Zaczyna się od trzęsienia ziemi: w katastrofie drogowej ginie dokładnie czterdziestu i czterech pielgrzymów jadących do sanktuarium Matki Boskiej Bardzkiej. Wśród nich są: Jeremi, fan Jacka Kaczmarskiego i posiadacz zbioru relikwii po księdzu Popiełuszce (niedopałków papierosów John Player Blue), porzucona przez narzeczonego, żądna zemsty buddystka Teresa, opętany przez dybuka Henryk, Piłat i jego Rydzykowne Babki wiozący transparenty na sprzedaż, siostra Małgorzata, której sam Jezus złożył na barkach misję głoszenia odnowy Kościoła, i małżeństwo Tarasów z ciężarną z Arabem córką Renatą.
Potem jest już tylko gorzej. Stężenie polskich, narodowych, bogoojczyźnianych kompleksów, obsesji i fobii jest takie, że nie ma siły: to musi wybuchnąć.
Miałam szczerze mówiąc nadzieję na to, że nawet jeśli ta książka nie okaże się znakomita, to może przynajmniej będzie śmieszna, bo jednak umówmy się, kraj się często sam podkłada pod parodię, i ja bym się chętnie dla odmiany pośmiała z tego zamiast martwić. Jak widać po gwiazdkach – nie wyszło. Autorka próbuje tu zrobić rzeczy bardzo wiele, przedstawić multum postaci, pośmiać się ze wszystkiego, napiętnować sporo i przy okazji zahaczyć nawet o głębię. Problem polega na tym, że nic z tego nie śmieszy i będąc brutalnie szczerą powiedziałabym chyba, że nie mam wrażenia, że autorka miała zdolności literackie wykraczające ponad przeciętną społeczną. Przez powieść przetacza się bardzo groteskowa plejada postaci, z których niewiele wynika, bo dostajemy opisy, które nie wychodzą właściwie prawie poza stereotyp czy wodewil (kogo tu nie ma – jest bojowy kibic Legii i jego dziewczyna „tipsiara”, malarz Żydów z pieniążkiem opętany przez dybuka, handlarze „kołdrami przymierza”, których córka „zaciążyła” z Arabem, paru domorosłych naziolków-ksenofobów, w tym jeden wielbiciel Hitlera, siostra zakonna z wizjami, biskup z fetyszem…). Każda jednostka dostaje kawałek o sobie, a potem wszystkie postaci schodzą się pod koniec książki w jednym miejscu i właściwie tyle. Nic z tego nie wynika i konia z rzędem temu, kto mi powie, czemu na przykład opisanych osób musiało być akurat X a nie o 2 czy 3 mniej, bo nie wszyscy coś w ogóle na koniec robią. Gruba kreska w szkicowaniu postaci jest niewątpliwie zamierzona i ma bawić, ale co zrobić, jak nie bawi i nie jest to chyba tylko kwestia poczucia humoru, bo niektóre sceny nie są nawet porządnie opisane – jest tam na przykład moment, gdy mafia z Konstancina w przebraniach chasydzkich Żydów robi rozróbę w modnej knajpie położonej na terenie byłego getta – z tego się od biedy da wyciągnąć groteskę, ale w wersji podanej przez autorkę opis sceny zajmuje pół akapitu i sprowadza się do streszczenia. Jakby rozbawiła ją sama wizja i zapomniała rzecz opisać. Jest w tej książce parę takich momentów, które wręcz frustrowały – widziałam potencjał na dobry absurd, ale nikt mi go nie podał. Z drugiej strony są i sceny ociekające metaforą, która czasem tak odpływa, że parę razy złapałam się na tym, że nie widzę w niej sensu, jakby autorce dane sformułowanie po prostu „tak się napisało”. Przez pół książki miałam zamiar dać temu dwie gwiazdki za rozmach, ambicje grzebania w polskiej duszy i to, że czytało się w miarę wartko, ale druga połowa już mnie makabrycznie zmęczyła i w takim męczeniu się po nic doprawdy nie widzę żadnego sensu, bo ani to dobre literacko (styl w ogóle autorka ma specyficzny i dla mnie zbyt miejscami dosadny), ani poznawczo, ani nawet rozrywki z tego nie ma. Nie bez znaczenia jest też dla mnie to, że w książce zmieściły się przynajmniej 3 opisy gwałtu (w tym samym lekkim „zabawnym” tonie), i parę wzmianek o innych okropnych rzeczach, o których jak już muszę czytać, wolę czytać w lepszym wydaniu. Odradzam mocno. Uznajmy, że pomęczyłam się za was.
Z rozkoszą daję 5 gwiazdek. Szpila to jest moje najlepsze odkrycie tego roku. Z jednej strony żałuję, że tak późno, ale czytanie tego po raz pierwszy robi mi mocne wow. Język, historia, łączące się wątki i różnorakie odniesienia. Wspaniale się to czyta i jak kiedyś napiszę książkę, to chciałabym popełnić właśnie taką.
Zmarnowany potencjał. Przyklaskuję satyrze na Polskę i Polaków - katoli, kiboli, narodowców, antysemitów, homofobów, rasistów, patryjotów, prymitywów. Ale zmysł obserwacji i chwilami (chwilami, bo dowcip jest tu nierówny) fajne, odjechane poczucie humoru to za mało, trzeba jeszcze umieć skonstruować jakąś sensowną fabułę, a tu jej praktycznie nie ma. Całość sprowadza się do symbolicznego zrzucenia w przepaść wszystkiego tego, czego jako Polacy powinniśmy się wstydzić. (Też bym tego chciała, też o tym marzę). Jak na powieść to za mało.
uwielbiam miec kontrowersyjne oceny i really did enjoy it tbh, dobra satyra polski i polskosci, jako oddzielne historie bardo odebrac mozna duzo lepiej niz jako calosc
Książka wydaje się być sklejona z kilku historii, które oddzielnie miałyby świetny potencjał - chociażby historia malarza obrazów Żyda z pieniążkiem nawiedzonego przez dybuka, obarczonej misją odnowy Kościoła siostry Małgorzaty, czy też mówiącego po aramejsku (jak mniemam - w powieści była mowa o "języku Ducha Świętego") dziecka. Autorka jednak porzuca indywidualne historie swoich bohaterów i prowadzi ich wszystkich do autokaru, który ma wyruszyć w ostatnią - dla każdego z pasażerów - podróż do sanktuarium Matki Boskiej Bardzkiej. Co ani bohaterom, ani czytelnikom nie wychodzi na dobre.
Mamy tu przekrój przez wszystkie typy i stereotypy na temat polskości. Są wśród nich postacie zarówno oryginalne (jak te wyżej wymienione), jak i te do bólu oklepane i sto razy obśmiane: kibol Legii i jego dziewczyna tipsiara, starsze wielbicielki Radia Maryja, otyły nacjonalista i jego świnka morska imieniem Rota, chutliwy biskup-antysemita, wreszcie hipsterka-buddystka, którą narzeczony zostawił dla mężczyzny.
Książkę czyta się bardzo dobrze, jednak zakończenie rozczarowuje. To już? Ale o co w tym chodziło? Że Polacy są rasistami, antysemitami, i religijnymi na pokaz prymitywami, którzy chcą się nażreć na all inclusive w Egipcie? To już wiemy aż za dobrze, to przecież codzienny temat artykułów w Internecie, innych książek i memów z nosaczami. Co dalej? Co z tego wynika? Mamy tu co najmniej dwa wyjątkowo sugestywne opisy gwałtów i jedno zabójstwo, które jednak - poza nawiązaniem tego ostatniego do historii opowiedzianej na początku powieści (nie bardzo nawiązującej do reszty fabuły) - nie niosą ze sobą żadnego przesłania. Oddzielnie wszystkie te historie mogłyby być naprawdę mocne i z głębią. Jednak zmieszane razem w narodowo-katolicko-januszowym tyglu stają się zbyt groteskowe, by mieć przesłanie.
Książka Agnieszki Szpili, “Bardo” to dość pokazowe zmarnowanie potencjału pisarskiego. Jest to powieść zabawna, chwilami nawet bardzo, ale jednocześnie położona fabularnie i w efekcie dość prosta w wymowie.
Zrealizowano w niej najprostszy schemat - przez ponad połowę książki dostajemy charakterystyki postaci, które w finale się spotkają, a ponieważ autorka nie miała pojęcia co z nimi zrobić, to zamordowała swoich bohaterów bez skrupułów. To trochę za proste jak na ponad dwustustronicową książkę. A zaczyna się tak dobrze…
Jeremi Knot “miał kochającą rodzinę - żonę Magduszkę i syna, siedmioletniego Witusia. Ten wpatrzony w ojca jak w święty obrazek wspierał zakrojone na wielką skalę patriotyczne podboje tatusia (...)”. Ultra-patriotyczna rodzina, u której nawet czerwień na fladze i biel były intensywniejsze niż u sąsiadów. Przerysowanie niezwykle udane. I jak ktoś nie lubi “Obławy” Kaczmarskiego, to będzie zachwycony. “Jest to jedna z tych piosenek, które wzbudzają najstarszą, gadzią część mózgu, nakazując partycypującej w śpiewaniu jej, bądź w słuchaniu, wspólnocie szukać okazji do spuszczenia łomotu innym bądź sobie, co nie różni się zasadniczo niczym więcej niż tym, czy jesteśmy podmiotem, czy przedmiotem owej aktywności”. Trochę to pokrętna logika, ale w kategorii groteska jest zrozumiała.
Zdzisław Taras sprzedaje “kołdry mojżeszowe”, a jego córka Renata nosi w łonie dziecko “muslima”, egipskiego sprzedawcy karmy dla wielbłądów. Oczywiście mieszka w Żyrardowie i ma “żal do Polski o to, że wsadziła go na ten tor bez przygotwania. Bez empatii. I bez odpowiedzialności za jego życie. Że pozostawiła go wraz z żoną Haliną i córką Renatą poza drużyną tych, którym dano szanse na bycie w grze”. Na szczęście obwoźna sprzedaż Kołder Przymierza przynosi profity. Ale to dziecko.... Czy urodzi się białe? To najważniejsze zmartwienie Zdzisława Tarasa.
Piłat ma potrzebę bycia akceptowanym i dlatego z babcią Jadzią i kółkiem różańcowym produkuje transparenty w rodzaju “Wszyscy wierni są niewierni”. Rydzykowne Babki wraz Piłatem, który na konwencji Młodzieży Wszechpolskiej przedstawił “teorię zachowań świnki morskiej na terytorium zagrożenia oraz wynikającą z niej strategię przetrwania w czasach zbliżającego się kalifatu”, jadą do Barda.
Jest też opętany malarz Żydów z pieniążkiem, będący ulubieńcem mafii, Jacuś-nazista, który jedzie na spotkanie Taize do Berlina, żeby pójść na koncert nazistowskiej kapeli, Czarny Waldi,legionista i jego dziewczyna Sanda, zwana przez innych legionistów “Dupą Waldiego” lub Sendi, co brzmiało “bardziej międzynarodowo”, siostra, którą nawiedza Chrystus (chyba najciekawsza opowieść) i inne postaci tego autoramentu. To są sprawne parodie i karykatury utkane z najprostszych stereotypów. Niestety jak się temu przypatrzyć bliżej, to wychodzi, że “Bardo” prowadzi nie do ośmieszenia, a do infantylizacji naprawdę niebezpiecznych upodobań społecznych, a w konsekwencji do ich banalizacji. Rozumiem, że to satyra, ale gdy się głębiej zastanowić, to jednak bardzo smutna. Bo najstraszniejszy nie jest Waldek-legionista spod kebsa, a nazista udający poważnego polityka. I to oni nam zagrażają, nie Waldki. I ten wysiłek Szpili jakby na marne idzie. Choć może nie - może po prostu potraktujmy “Bardo” jako zabawną opowieść bez szczególnych ambicji socjologicznych. Tylko ktoś na okładce napisał, że ma być to powieść-lustro, “w którym przejrzy się cała Polska”. To taka cyrkowa sztuczka marketingowa, podobnie jak cyrkowe są te lustra, w których nagle wyglądamy jak małe myszki czy wielkie goryle. Nic to nie znaczy.
Inna sprawa, że marketing tej powieści to coś porażająco dziwacznego - te zdjęcia autorki, jakieś bilbordy… jakby inną powieść chciano nam sprzedać. Ładna okładka, ale projektował ją Tomasz Majewski, a to specjalista najwyższej klasy.
Szpila w “Bardo” świadomie odwołuje się do prozy Olgi Tokarczuk (trochę trudno pisać o okolicach kotliny kłodzkiej bez tych odniesień), uważnie jednak przeczytała Ostachowicza (a może nie, ale to bliskie pokrewieństwo) i chyba lubi Masłowską. Ma niezwykłe poczucie humoru, rubaszne, dosadne, czasem szarżujące, ale w ostrości satyry wyprzedziła konkurencję o wiorstę. Inna sprawa to poziom tego dowcipu, bo nie zawsze jest on najlepszy i zdaje się, że czasem mamy śmiać się tylko z tego, że ktoś użyje przekleństwa. Ale wybaczam, bo są momenty koncertowe. Ma Szpila talent do języka i obserwacji ludzi, do szybkiej, błyskotliwej opowiastki, ale pomysł na powieść okazał się zbyt wątły, by to się udało. Ale choćby dla pierwszej części warto na Bardo” popatrzyć ciepło, zwłaszcza jako książkę “do pociągu”, czy “na plażę”. Wierzę, że jest taka kategoria książek może nie w pełni udałych, ale napisanych bez obrażania naszej inteligencji i dających radosną rozrywkę. W tej kategorii “Bardo” zdecydowanie warto polecić.
Aha - gdy odkryjecie skąd się bierze “ojczyznomat” dajcie znać, ja się zaśmiewałem dłuższą chwilę.
Aha - podkreślmy, że Szpila POTRAFI pisać, ale może jakiś kurs scenariusza i odrobinę głębsze przemyślenia, a w kolejnej powieści możemy dostać coś naprawdę dobrego.
Świetnie napisana satyra na to co obecnie możemy zaobserwować przyglądając się polskiemu społeczeństwu. Agnieszka Szpila nie oszczędzała tutaj nikogo i w sposób bardzo demokratyczny potraktowała wszelkie plagi, które od kilku a może kilkudziesięciu lat trawią Polaków. Zrobiła to zaś w taki sposób, że nadal mi się micha cieszy kiedy sobie przypominam niektóre sceny z tej książki, a piszę tę opinię że sporym poślizgiem.
Kto interesuje się trochę naszym południowym sąsiadem ten być może tak jak ja zazdrości Czechom autoironii i dystansu do siebie. Słuchając opowieści Mariusza Szczygła jak to Czesi potrafią się śmiać z samych siebie tak bardzo żal, że tego samego za grosz nie potrafią nasi rodacy wiecznie napinający się na cień choćby satyry. Polacy bowiem pokazują już od wieków, że z trudem przychodzi im akceptowanie własnych przywar, a ponad próbę jakiejkolwiek autorefleksji wolą odreagowywanie frustracji poprzez zawiść do wszystkiego co inne. Nieznane znaczy obce, obce znaczy zagrażające, a lęk budzi nienawiść i agresję. Może i nie stanowimy jakiegoś wyjątku na tle coraz bardziej brunatnej Europy, ale uważam za głupie szukać w ten sposób usprawiedliwienia dla braku tolerancji i solidaryzmu w kraju, który pretenduje do miana awangardy chrześcijańskiej. Całe to polskie zacietrzewienie i podwórkowy zamordyzm wzięła właśnie na tapetę Agnieszka Szpila w "Bardo".
Kibole przebrani w mundury żołnierzy wyklętych, pielgrzymujący na Jasną Górę prosto z kibicowskiej ustawki, kler który ponad pokorę i służbę wiernym wybiera rozpustę i obżarstwo, a do tego dewoci którzy bezmyślnie podążają za pasterzami prowadzącym ich na manowce to właśnie bohaterowie powieści Agnieszki Szpili. Bohaterowie stworzeni przez autorkę po to by odprowadzać nas po tym świecie bezeceństw i hipokryzji tyleż śmieszą co przerażają, a czasem wręcz budzą współczucie. Są jakby wycięci na ten sam szablon, a zdaje się ich różnic tylko wiek i płeć. Poza tym są tak samo podatni na manipulację i pozbawieni własnej inicjatywy co do budowania własnej wizji świata. W zamian za to wolą gotowce i nie tylko lenistwo jest źródłem ich motywacji w tej kwestii, ale przede wszystkim trzeba to wprost powiedzieć - głupota.
W autobusie na pielgrzymkę do Bardo wyrusza grupa osób, które na ulicy często nie podały by sobie ręki mijając się z obojętnością. Tym co połączy ich podczas podróży jest niechęć do obcokrajowców, Żydów i innych religii. Każdy kogo wizja życia choć trochę odbiega od kalki narzuconej przez episkopat i małomiasteczkową wizję patriotyzmu zostanie wzięty na celownik. Co najgorsze uczestnicy tej narodowej pielgrzymki są w stanie łączyć w swym ideologicznym miksie przekonania wprost sprzeczne, bo w duchu chrześcijańskiego umiłowania Matki Boskiej zieją jednocześnie jadem nienawiści do innych ludzi. Panuje tu ogólne przyzwolenie na wulgaryzm przy założeniu, że adresatami bluzgów są wrogowie ojczyzny i jedynej słusznej wiary. Symbole urastają do rangi pogańskich bożków, bo przecież zabobony i i przekonania będące źródłem krzywdzących stereotypów na stałe są wpisane w polską religijność i trudno je będzie wyplenić dopóki sami hierarchowie kościoła używają ich do własnych celów. Jedzie więc tak sobie ten autobus i człowiek modli się o to żeby to wszystko w końcu trafił szlag, a jak wiemy z zapowiedzi na samym początku książki w końcu trafi, ale zanim to nastąpi czeka nas wiele śmiechu przez łzy. Mocno polecam lekturę "Bardo" ludziom z dystansem do siebie i poczuciem humoru w przeciwnym wypadku lepiej omijać tę książkę gdyż ku mojej wielkiej uciesze Agnieszka Szpila się nie certoli.
Cięty język. Śmieszno-gorzkie, często trafne, spostrzeżenia na temat rzeczywistości w opcji Polsko-Katolicko-Patriotycznej, takiej dla bohaterów koniecznie przez duże "P"i duże "K", chociaż bywalcom warszawskiej Charlotte na placu Zbawixa też się dostaje. Zinstytucjonalizowanych kultów i innych religii niż katolicyzm autorka również tutaj nie oszczędza. Widać, w co jest też wymierzona cała ta satyra. Jednocześnie książka to taki roast Polski, gdzie każdy bohater stereotypowego imaginarium i jego fobie mają na scenie swoje pięć minut. Z ust bohaterów antysemityzm, rasizm, mizoginia, homofobia sączą się gęsto, wszystko ku chwale ojczyzny i miłości do Matki Boskiej w czerwonym płaszczyku, najlepiej w rytm "Obławy" Kaczmarskiego. Tak właśnie wygląda większa część "Bardo". Autorka po prostu po kolei prezentuje nam wybranych bohaterów, których symboliczną liczbę 44 uśmierciła już na pierwszych stronach. Rozumiem, że przez to książka może być ciężkostrawna. Bywa śmiesznie, ale bywa i żenująco i obscenicznie i brutalnie, bo w pewnych momentach przerysowanie do granic powoduje konsternację i niesmak.
No i fajny pomysł ewidentnie przerósł autorkę, która chciała powiedzieć zbyt dużo, a w trakcie pisania musiało okazać się, że zbyt wiele do powiedzenia nie ma. Poziom absurdu i abstrakcji jest adekwatny do obecnej sytuacji politycznej, tylko szkoda, że został utopiony w obuchem-przez-łeb lewicowaniu pisarki, przez co z dającej do myślenia satyry wyszła książkowa adaptacja fanpeja Sok z buraka. Nie wyobrażam sobie przez to, by jakakolwiek osoba z prawej strony barykady mogła spojrzeć na tę pozycję z powagą i wyciągnęła z niej jakiekolwiek wnioski. Oczywiście książkę da się czytać i jest to bezbolesna forma rozrywki (boże broń - nie intelektualnej), a na dodatkową gwiazdkę zapracowała sobie klamra kompozycyjna, która na początku robi książce krzywdę ("Hej, czemu to potem jest takie słabe?"), ale na samym końcu całkiem skutecznie podnosi ją z kolan.
Bardzo rzadko tak nisko oceniam książki, ale ta zostawiła we mnie olbrzymi niesmak. Sięgnęłam po nią z ciekawości po Heksach, które dla mnie są wybitną (choć z niedociągnięciami) powieścią o niezwykłej siłe wyobraźni i odwadze do jechania naprawdę po bandzie. Bardo to z kolei po pierwsze nie jest w ogóle powieść, tylko zlepek nieciekawych stereotypów. Było parę elementów które mi się podobały (Jezus nawiedzający siostrę Małgorzatę, scena z XIX wieku), ale były od czapy, jakby zupełnie niepołączone z resztą treści.
Najgorsza książka przeczytana przeze mnie w tym roku. Miała to być powieść, w której przejrzyj się cała Polska. Tymczasem dostajemy do ręki książkę która jedynie neguje wszystkie zachowania ludzkie, bohaterów tak słabo złożonych, że nie polubi się żadnego, historie wyssane z palca, owszem niektóre całkiem realne, ale w większości bardzo podkoloryzowane. Nie spodziewałam się fajerwerek, ale na pewno czegoś znacznie lepszego. Totalna porażka.
Wszystko bardzo ładnie i sprawnie napisane, ciekawie nawet. Tylko zastanawiam się, po jaką cholerę przeznaczać czas na pisanie powieści o ludziach, których się nie lubi, nie szanuje i nie rozumie. Co gorsza, mam wrażenie, że wychodzi się z tu założenia, że się ich rozumie - więc książka ma być chyba refleksyjną satyrą. A tymczasem ja odebrałem ją jako pseudogłęboką karykaturę, choć nie powiem - czytable.
No niestety, jednak nie bardo. Choć wszystko, co przybliża do kresu panowania paradygmatu romantycznego w kulturze polskiej i budowania na nim tożsamości narodowej, u mnie zawsze w cenie. Stąd dwie gwiazdki.
Miejscami zabawne, obrazowe. Ale nadmiar, stanowczy nadmiar i to najgorszy, bo nadmiar niczego i powiew badziewia. Można przeczytać w jeden wieczór, albo i nie czytać.
Trochę obrzydliwe, trochę śmieszne. Bohaterowie ze skondensowanego szlamu pyskówek w internecie, chcę wierzyć, że takich ludzi w realu jednak nie ma. Ciekawe.
,,Bardo" to książka, która boli. Rani dogłębnie, ale zmusza do śmiechu przez łzy. Pozostawia czytelnika w głębokim szoku i niedowierzaniu. Potrzebujemy takich książek tak samo mocno, jak tlenu.
Ta niepozorna książka, z niepozorną okładką i całkiem zwyczajnym opisem zawiera w sobie historię, która zostawia czytelnika w tak wielkim… szoku, że ciężko się pozbierać po jej przeczytaniu.
Książka podzielona jest na dwie części. Pierwszą – wprowadzającą, składającą się z historii ważnych dla pozostałej części fabuły, oraz drugą- podzieloną na rundy będące rozegraniem całej akcji. Część pierwsza to w szczególności opowieści o bohaterach występujących w książce oraz zarys wydarzeń będących genezą dla zdarzeń późniejszych. Część druga to już pełnowymiarowa tragikomedia, rozgrywająca fabułę już do końca. Kiedy bohaterowie spotykają się w autokarze jadącym do Sanktuarium Matki Boskiej Bardzkiej rozpoczyna się przedziwna podróż, mająca swój koniec aż w kosmosie.
Agnieszka Szpila w swojej humorystycznej książce sięga po wszelkie przywary i stereotypy opisujące Polaków jakie tylko istnieją. Znajdziemy tu cechy typowego ,,januszostwa i grażynowania”, cwaniactwo i zaściankowość, ale też homofobię i rasizm. Wszystkie te cechy są wytłuszczone i na maksa podkreślone i moim zdaniem – był to zabieg jak najbardziej celowy, ale o tym potem. Zaraz po przeczytaniu, jak już pozbierałam się na tyle, że byłam w stanie racjonalnie pomyśleć o tej książce, zajrzałam na lubimyczytać po opinie i zbytnio się nie zaskoczyłam. ,,Bardo” to książka o mocnym charakterze wytykającym ludzkie przywary i nie wszystkim ludziom się to podoba. Tak jak obecnie, kiedy społeczeństwo w naszym kraju dzieli sią na prawicowe i lewicowe i jedni drugich za coś potępiają.
Agnieszka Szpila nie mówi wprost, że przedstawione w tej książce cechy takie jak rasizm czy przemoc są złe, ale przez to, że te cechy są aż tak wytłuszczone i związane z ,,normalnymi" ludźmi, czytelnik po prostu wie że coś tu nie gra i nachodzą go potem myśli, że jeśli pozwolimy by takie nastroje ,,wzięły górę” to eskalacja wewnętrznych konfliktów w naszym społeczeństwie może doprowadzić do katastrofalnych skutków. ,,Bardo”, jak głosi napis na okładce, to książka lustro, w którym przejrzy się cała Polska i tak jak skomentowała to Anna Dziewit-Meller – ,,,(...) twarz odbita w tym lustrze nie jest sympatyczna, ale wielu bohaterów książki uważałoby pewnie, że jest inaczej".
Podczas czytania tej książki targało mną wiele emocji. Niestety, przeważał smutek. Autorka ma ogromny talent do rozbudowywania zdań, robi to po mistrzowsku, przy okazji racząc czytelnika dawką czarnego humoru tak dużą, że razem z Malcolmem XD mogliby zabijać śmiechem. Szkoda tylko, że wydarzenia opisane w książce bardziej dołują i przerażają tak, że nawet najlepszy humor nie zmienia wydźwięku książki. Czytając śmiałam się, ale był to śmiech przez łzy. Wiedziałam bowiem, że to co dzieje się w książce, dzieje się w rzeczywistości w wielu polskich domach. Za drzwiami, gdy nikt nie widzi i nie słyszy rozwija się przemoc, kwitnie trujący bluszcz nienawiści, rasizmu i homofobii. Rozwija się krzywdzący fanatyzm, który z przykrością obserwuję w mediach. W obecnych czasach, w czasach pandemii i podziałów ta książka nie mogłaby być bardziej aktualna. Ta książka to cios poniżej pasa dla wszystkich. I tych prawicowych i lewicowych. Otwiera oczy na zjawiska, które są obecne w polskiej rzeczywistości i to właśnie dzięki temu przejaskrawieniu pewnych wydarzeń i ludzkich cech. Ta książka dołuje bardziej niż bym się po niej spodziewała. Ci którzy podejdą na chłodno do tego co jest w tej książce opisane znajdą miejsce na śmiech, na zironizowanie i szyderę, ale na koniec i tak wszyscy usiądziemy i powiemy do siebie ,,co tu się właśnie odwaliło?”
Nie dam oceny bo nie skończyłam, myślę że to sprawiedliwe. Myślałam, że znajdę w tej książce coś, czego jeszcze nie wiem o Polsce i polakach a dostałam książkę pełnej stereotypów i ogólnie sytuacji które baaardzo nie podobają się lewej stronie. Nie mam nic przeciwko śmianiu się z samej siebie ale to było raczej nachalne przedstawienie "wad polaków". Nie doczytałam książki więc później może jest lepiej ale jakoś nie mam ochoty tego sprawdzać. Generalnie autorka nie pokazała mi nic czego już bym nie wiedziała. Chyba jestem zbyt cyniczna.