„To był pomysł z gatunku tych oczywistych, tych, które pewnego dnia przychodzą do głowy i budzą zdziwienie: Dlaczego nie wcześniej? Dlaczego dopiero teraz pomyślałyśmy o tym, by przywołać pamięć o żydowskich kobietach, które w czasie wojny poświęciły się opiece nad osieroconymi lub chorymi dziećmi i tak często, nie próbując się ratować, były z nimi aż do końca?
Oddajemy w Państwa ręce książkę, w której osiem autorek napisało o kilkunastu z nich. Wśród bohaterek są kobiety lepiej i słabiej znane, są też takie, o których nie wiemy niemal niczego, znamy tylko imię, skrawek życia. Wybór, jakiego dokonały redaktorki, nie wyczerpuje oczywiście tematu. Chciałybyśmy, by nasza książka była tylko strażą przednią i by w ślad za nią powstały dalsze, poświęcone jeszcze innym spośród tych, o których nie wolno nam zapomnieć”.
Niejednokrotnie uroniłem łzę, czytając tę ważną, smutną, ale przynoszącą iskierkę nadziei książkę. Historia dobrych kobiet, które ze swymi podopiecznymi poszły na śmierć, bo przecież by ich nie zostawiły.
Książka mnie zawiodła - wiadomo, że nie losy bohaterek, które opiekowały się dziećmi podczas wojny. Zawiodły mnie autorki, które jak dla mnie mało ciekawie opisały historię tych kobiet. Opisy były miejscami nudne i nie potrafiłam się wciągnąć. A szkoda, bo jest to ważna część historii.
krótko o raczej nieznanych bohaterkach. bo tak je nazwę - te, które poszły i umarły razem ze swoimi podopiecznymi, bo przecież ich nie zostawią. są fragmenty bardziej dokumentalne, utrwalające fakty, ale są też opowieści, przez które się płynie. chociaż płynie się raczej rzeką rozpaczy, inaczej się nie da.
“Przecież ich nie zostawię. O żydowskich opiekunkach w czasie wojny” to książka wyjątkowa już z tej przyczyny, że zbiory reportaży dostajemy rzadko i są one ciekawą lekturą choćby ze względu na możliwość przyjrzenia się strategiom narracji wybranym przez poszczególne autorki. Bo, że temat ważny i publikacja mocno pionierska, to chyba nikomu tłumaczyć nie trzeba.
Magdalena Kicińska pisze o opiekunkach z lubelskiego sierocińca Centosu i robi to w klasycznym stylu reportażu prasowego uwzględniającego zarówno wydarzenia historyczne, wypowiedzi świadków jak i aktualne losy pamięci o zagładzie lubelskich Żydów. Beata Chomątowska wybrała postać Felicji Czerniaków i odtworzyła jej biografię, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że odrobinę sztampowo, ale może to kwestia tego, że zaraz za tym tekstem są “Ćwiczenia z normalności” Sylwii Chutnik. I to się czyta! No laska wymiata i tyle. Jak ta napisała o Lubie Bielickiej z bogobojnej wileńskiej rodziny, to ja bym chciał, żeby wszyscy tak mi o historii pisali. No, rządzisz Chutnik. Oczywiście było jej łatwiej, bo kontekst warszawskiego getta jest bardziej znany i nie musiała, jak Patrycja Dołowy skupiać tyle uwagi na tworzeniu tła. Inna sprawa, że Dołowy mając w rękach niesamowity dokument - gazetę tworzoną przez dzieci, wychowawców i wychowawczynie Zielonego Domu przy Marysińskiej 102 i równie pasjonującą historię prywatną, jakby gubi te atuty i nie w pełni je wykorzystuje. Chciałoby się napisać jak najwięcej, zidentyfikować na zdjęciach (jeśli cudem się znalazły), opisać, zrekonstruować, zadać pytania, porozmawiać ze świadkami, przeczytać wspomnienia. A tu miejsca za mało. To chyba jedyny mankament tego zbioru. Karolina Przewrocka-Aderet przywraca nam Annę Reginę Feuerstein i losy krakowskiego sierocińca dla dzieci, Karolina Sulej odtwarza portret Zofii Zamenhof, a Agnieszka Witkowska-Krych pisze o Annie Braude-Heller, pierwszej i jedynej dyrektorce Szpitala Dziecięcego imienia Bersohnów i Baumanów. I to jest portret kobiety naprawdę niezłomnej, wybitnej i o wstrząsającej wręcz sile. Monika Sznajderman przypomina o znaczeniu kolonii dla żydowskich dzieci, na których mogły spokojnie się najeść, wypocząć, wybiegać i nauczyć, że mają prawo do głosu. Wychowawczynie z wzorowego sanatorium Medema. Trzy, bo “trzy bohaterki to maksimum, które mit może znieść”. To największe ryzyko tego tomu i najważniejsze osiągnięcie tego tomu - że uniemożliwia stworzenie mitu jednej postaci, nie pozwala na jeden pomnik. Ten mit będzie zbiorowy i choć może mniej wyrazisty, niż było to w przypadku książki Kicińskiej o Stefanii Wilczyńskiej, to może jakoś uczciwszy? Potrzebujemy tak samo mitów jak i bohaterów, bohaterek. Ale potrzebujemy też zadać sobie pytanie o koszt tego bohaterstwa, o to jak się tworzą bohaterki i dlaczego trzeba było tylu lat, byśmy o nich czytali.
Kobiety piszą o kobietach, upominają się o pamięć o nich, ale też zadają ważne pytanie - dlaczego to w większości kobiety zostały skazane na rolę ostatnich pocieszycielek, dlaczego musiały, dlaczego wybrały taki los? Kobiety gdy piszą o kobietach to widzą więcej. Widzą coś, co jest poza oficjalną biografią, wiedzą, jak trudno dzisiaj, a co dopiero w tamtej epoce, być bohaterką. Być kobietą. Tom kończy esej Hanny Krall, która powołując się na Ryszarda Stanisławskiego, przypomina, że trzeba zjechać z autostrady historii, do której jesteśmy przyzwyczajeni, trzeba stawiać pytania o to czy na pewno zło jest banalne, a może dobro też jest?
Ta książka nie krzyczy – ona mówi szeptem, który przebija się przez czas, przez zapomnienie, przez śmierć. „Przecież ich nie zostawię” to niezwykła opowieść o żydowskich kobietach, które w czasie Zagłady nie wybrały ucieczki, lecz zostały – z dziećmi, z chorymi, z bezbronnymi. Z miłością. Z poczuciem odpowiedzialności silniejszym niż instynkt przetrwania.
Osiem autorek wydobywa z mroku historii kilkanaście takich postaci – znanych i nieznanych, nazwanych po imieniu i tych, których imiona ledwie przetrwały. Każda historia to czuły portret odwagi i bezgranicznego oddania, każda to próba ocalenia pamięci – nie tylko o tragedii, ale przede wszystkim o człowieczeństwie.
To nie jest książka, którą się „czyta jednym tchem” – to książka, którą się przeżywa. Strona po stronie, z rosnącym wzruszeniem i wdzięcznością. Dla tych kobiet. Dla autorek. Dla tej potrzebnej, poruszającej inicjatywy.
To nie jest koniec – to początek. Początek dalszego pamiętania.
"Jedzie do pracy na rowerze i nawet nie przeszkadza mu codzienny widok trupów na chodnikach. Wiele lat później powie: -Człowiek ma zadziwiające zdolności adaptacyjne. Niesamowitość jest regułą, jeśli nabiera cech trwałych."
Czemu ta książka jest taka bez emocji??? Jeśli kogoś nie interesują szczegółowe nazwy, nazwiska, ulice i daty to się okropnie wynudzi, napisane jak encyklopedia. Poza tym większość opowiadań się ze sobą zlewa, a przecież książka pisana była w celu upamiętnienia kobiet, które poświęciły się dla dzieci.
Z plusów- można doszukać się paru ładnych zdań i jest dużo zdjęć
O Januszu Korczaku wiedzą i pamiętają chyba wszyscy. Nie tylko on pokazał swoją postawą na czym polega miłość do swoich podopiecznych. Autorki książki ukazują mniej znane kobiety, które również poświeciły swoje życie,a nawet życie swojej rodziny całkiem obcym dzieciom. Nic o nich się nie mówiło, a robiły dla dzieci czasami nawet więcej niż wszystkim znany Korczak. Zapomniane, na nowo ożywają na kartach tej książki. Historie wstrząsające, ukazujące miedzy innymi ostatnie chwile ich życia.
Całość spinana jest refleksją Hanny Krall, która w posłowiu zastanawia się nad banalnością dobra — jak ciche, codzienne aktyczności napotykane w tych opowieściach (opieka, lekarstwa, dotyk pocieszenia) są czymś niebanalnym, wartym pamięci i rozgłosu.
Książka o tych, które zostały zapomniane. A przecież wcale nie były mniej bohaterskie od słynnego Korczaka, niektóre tak samo jak on poszły na śmierć razem ze swoimi wychowankami i wychowanicami. Jedna z nich prowadziła za rękę swojego syna, bo uważała, że nie powinien dostać szansy, której nie mają pozostałe dzieci tylko dlatego, że jest jej synem. Inna wśród wojennej zawieruchy rozdawała swoim uczennicom numerki, decydując o tym, która z nich - jeszcze - będzie żyć. Lublin, Kraków, Warszawa, Łódź, Otwock, Miedzeszyn. Osiem historii (plus zakończenie autorstwa Hanny Krall), osiem autorek, z których każda ma swój styl opowiadania. I dziesiątki kobiet, niektóre mniej lub bardziej znane (Adina Blady-Szwajger, Felicja Czerniaków, Zofia Zamenhof), inne wciąż bezimienne. Kolejna książka, która udowadnia, że wojna toczy się nie tylko w okopach, a jej bohaterami i ofiarami są nie tylko polegli na froncie.
Bardzo dobra książka w temacie, o którym dopiero teraz zaczęto dużo pisać - o żydowskich dzieciach w czasie II Wojny Światowej i ich opiekunach, którzy często szli z nimi na śmierć.