Co tu dużo mówić - po prostu bardzo dobry zbiór reportaży. Planowałam zacząć Merhabę, kiedy skończę Ziarno i krew Rosiaka - ale że pan Rosiak mi się trochę dłuży, a w dodatku opuścił już tereny okołotureckie, zaczęłam jednak wcześniej, równolegle. I cóż - okazało się, że to jedna z TYCH książek, które niby chciałoby się już odłożyć - no bo przecież święta, trzeba się socjalizować, a nie siedzieć z nosem w czytniku - ale jakoś nie bardzo to wychodzi. Tych z gatunku "jeszcze tylko jeden podrozdział!". W efekcie w Ziarnie i krwi utknęłam na parę dni w Libanie, za to Merhabę, nieoczekiwanie, skończyłam wczoraj.
Jestem przyjemnie zaskoczona częścią "alfabetową": generalnie nie lubię takiej formy, jest dla mnie zbyt ogólnikowa i chaotyczna (od razu przypomina mi się Alfabet zakochanego w Indiach, który wspominam - jeśli w ogóle - źle), ale tutaj jakoś wyjątkowo się sprawdziła. Może autor wybrał sobie po prostu dobre hasła. Bez niej wiedziałabym zdecydowanie mniej o Erdoganie, migdałowych wąsach, a także - z części humorystycznej - o tureckim podejściu do "złego losu".
Ton całego zbioru jest przeważnie lekki i często zabawny. Ale nie zawsze: mocno kontrastują z nim zwłaszcza dwa reportaże, te o prostytucji (jak na mnie - najgorszy, tzn. nie pod względem wykonania, a wpływu emocjonalnego) i zabójstwach honorowych, stanowiący bardzo nieoptymistyczny akcent zamykający książkę. W moim odczuciu jest to wszystko bardzo dobrze wyważone. Można się pośmiać, ale na heheszkach się nie kończy; można się sporo dowiedzieć, ale bez tej przytłaczającej czytelnika śmiertelnej powagi, od której wszystkiego mu się odechciewa.
Przypadł mi do gustu styl pana Szabłowskiego; ma dobre wyczucie tego, ile należy wyjaśnić, gdzie lepiej coś dopowiedzieć, a gdzie urwać, zamiast tłumaczyć rzeczy oczywiste. Opinie autora na większość przedstawianych tematów są chyba zupełnie jasne i uważam, że to dobrze, że nie czuł się zobowiązany do komentowania czy oceniania każdej problematycznej kwestii, z jaką się w Turcji zetknął. A w niedopowiedzeniach czy wręcz dramatycznych urwaniach jest naprawdę niezły; polecam tu zwłaszcza rozdział dot. życia seksualnego Turków, kończący się takim właśnie zawieszonym w próżni pytaniem/westchnieniem, po którym chyba nie sposób się nie zaśmiać. Gorzko, żeby nie było, ale i tak dość głośno.
W ogóle podobieństwo niektórych tureckich zachowań do polskich jest aż... przykre. W niektórych fragmentach naprawdę wystarczyłoby wyciąć nazwę kraju, a "muzułmanie" i "islam" zamienić na "katolicy" i "katolicyzm" - i voila, mielibyśmy typową wypowiedź typowego przedstawiciela pewnej grupy społecznej.
Jestem bardzo ciekawa pozostałych felietonów/reportaży z Zabójcy z miasta moreli. Przy okazji następnej wizyty w Polsce na pewno poszukam jej w bibliotece i doczytam wszystko to, co nie trafiło do Merhaby.
A tymczasem biorę się za świeżo kupioną Rzeź na Tarlabasi.