Nikt tak naprawdę nie wie, kiedy to się zaczęło; kiedy TO stało się TYM. Kiedy można było powiedzieć, że to już; że już mogę przestać czuć się bezpiecznie, że już muszę uważać na siebie; że muszę iść, przemierzać kilometry, ale ciągle oglądać się do tyłu; że muszę patrzeć uważnie - lustrować, zastanawiać się, szukać choćby najdrobniejszego niepokojącego znaku we wszystkich napotkanych twarzach. Myśleć czy oczy, w które spoglądam będą jednocześnie tymi, które zobaczę na kilka chwil przed własną śmiercią.
****
Autostrada Łez dla kogoś, kto nie zna jej tragicznej przeszłości, być może Autostradą Łez wcale nie będzie, a przynajmniej - nie w dosłownym sensie znaczenia tych słów. Betonowe pasmo przecina naturalistyczny krajobraz Kolumbii Brytyjskiej, dzieląc go na dwie bliźniacze części. Podczas podróży samochodem ma się więc wrażenie, jakby czas stanął w miejscu; jakby jakaś siła wyższa wytyczyła tu jedyny słuszny szlak, który owszem, pozwoli przemierzyć się człowiekowi, ale jednocześnie odgrodzi go od zbytniej ingerencji w zwarty ekosystem dzikiej przyrody. Pobocza autostrady numer 16, ciągnące się przez ponad siedemset kilometrów, porasta bujna roślinność; połacie liściastego terenu rozlewają się po obu stronach drogi, uniżając się jednocześnie pod czubkami strzelistych drzew i koronami ogromniastych szczytów majaczących na tle nieba.
To opustoszały, wręcz pierwotny pejzaż, jednak mimo wszystko w pewien sposób nawiedzany; czynnik ludzki, który pojawił się w tym zakątku świata, przejawia się nie tyle w pędzących mechanizmach, co po prostu w sylwetkach autostopowiczów rozsianych wzdłuż ekspresówki; w stojących samotnie osobach, prawie że nieruchomych, prosząco przywołujących pierwszą lepszą okazję.
Gdy jedno z wielu zniknięć wreszcie nabrało rozgłosu, zaczęto zastanawiać się i przypominać sobie, zagadkowe zaginięcia pozostałych dziewcząt. Co prawda nikt nie potrafił dokładnie określić, która z nich zapoczątkowała to pasmo niewyjaśnionych wypadków, i czy faktycznie powód do niepokoju był uzasadniony, bo jak też słyszano – kobiety przepadały bez wieści, gdy tego chciały; gdy zamierzały zacząć nowe życie, w zupełnie nowym miejscu.
Ale matka tej nastolatki, tej małej Wilson, była przekonana, że jej córce musiało przytrafić się coś złego. Ucieczka w ogóle nie wchodziła w grę. Ramona miała swoje plany - ambitne i skonkretyzowane - jednak jasno uporządkowane; przypuszczenie, że miałaby je porzucić na rzecz wycieczki w nieznane, zakrawał o absurd. Znajdowała się na przełomowym etapie swojego życia. Była młodą, zdolną, pełną życia dziewczyną. Zmieniała właśnie pracę na lepiej płatną, bardziej perspektywiczną, bo w przyszłości chciała iść na studia, jako pierwsza z rodziny. Marzyła o zostaniu psycholożką, jej wrodzona empatia i ciepło kierunkowały ją w stronę pomocy ludziom.
Dlaczego miałaby więc tak nagle, gdy wszystko szło po jej myśli, zniknąć? Nie mówiąc nikomu o tym, co zamierza?
Te pytania kotłowały się po głowie zrozpaczonej Matildy, kiedy ta usiłowała nie dać zbyć się funkcjonariuszom, bagatelizującym zniknięcie jej dziecka. Matilda przy próbie zgłoszenia zawiadomienia usłyszała to, czego słyszeć nie chciała - frazesy, ogólniki i krzywdzące komentarze często niestety, odnoszące się bezpośrednio wobec przynależności etnicznej Wilsonów, z góry zakładające oczywiste powiązanie rodziny ze środowiskiem patologicznym. A skoro patologicznym, to wiadomo – rozwiązanie sprawy musiało być banalnie proste; córka była na weekendowej imprezie, zabalowała nieco, przesadziła z alkoholem, wróci za kilka dni.
Niestety, Ramona w domu nie pojawiła się już nigdy. Jej rodzina została porzucona i skazana sama na siebie, po pomoc musiała zwracać się do lokalnej społeczności i ciężko pracować nad tym, aby o zaginięciu szesnastolatki nie zapomniano. Ich wysiłki przynosiły jedynie połowiczne skutki.
Przypadek Ramony Wilson nie był odosobniony. Co roku ginęły młode dziewczęta (głównie rdzenne mieszkanki, przedstawicielki Pierwszych Narodów), RCMP zazwyczaj umywała ręce, a ich bliscy, pozostawieni na łasce dobroci lokalnych społeczności, musieli jakoś radzić sobie z tą trudną sytuacją.
Szacuje się, że na przestrzeni ostatnich lat XX wieku z miast rozsianych wzdłuż autostrady numer 16 (przede wszystkim Prince Rupert, Prince George, Hazelton, Smithers, Telkwa, Edmonton) zostało porwanych/zamordowanych kilkadziesiąt kobiet. Znaczna część z nich, ze względu na pochodzenie została brutalnie zmarginalizowana; od początku bowiem zakładano błędne scenariusze oscylujące wokół stereotypów i krzywdzących założeń, zbywano większość istotnych doniesień oraz sensownych przypuszczeń, a wysiłki ze stron rodzin próbujących dociec przyczyn zbrodni, po prostu ignorowano. Co najgorsze jednak, to ofiary obarczano winą, przyczyn upatrując w ich zachowaniu. Jeśli miały one za sobą pobyt w placówkach społecznych czy rodzinach zastępczych, jeśli uczestniczyły w konfliktach z policją, jeśli dręczyły je uzależnienia, prostytucja, ubóstwo, bądź jakikolwiek inny poważny problem, z miejsca klasyfikowano je jako oczywiste przypadki niewarte poważnych starań.
W swoim reportażu Jessica McDiarmid analizuje przyczyny takich postępowań. I nie jest to łatwe zadanie, zwłaszcza z moralnego punktu widzenia, gdy trudno tak naprawdę zrozumieć powody owych, jednak McDiarmid radzi sobie na tym polu świetnie. Do tematu, pomimo ciężkiego ładunku emocjonalnego, podchodzi w sposób wyważony i rzeczowy; jej wydawałoby się pozornie chłodne, niekiedy nawet suche zestawienia statystyk i przedstawienia faktów, są w istocie doskonałym bodźcem do własnych przemyśleń i refleksji. McDiarmid ma niesamowitą zdolność łączenia paru elementów w wspaniale skondensowaną całość. Z jednej strony rozbiera na czynniki pierwsze wydarzenia rozgrywające się na przestrzeni kilku lat w Kolumbii Brytyjskiej, z drugiej zaś dopatruje się w nich czegoś więcej; osadza na ich tle ludzi z krwi i kości, prawdziwych poszkodowanych historii, wadliwego sytemu; społeczeństwa nie funkcjonującego tak, jak powinien to czynić zdrowy układ.
Nie brak więc tutaj mnóstwa odniesień do tematów muszących być pośrednio lub bezpośrednio powiązanymi z zaginięciami na Autostradzie Łez. Autorka na przykładzie świadectw i osobistych przeżyć swoich bohaterów, opowiada o wszystkich bolączkach nękających przedstawicieli mniejszości aborygeńskiej; jest tu sporo o nierówności społecznej, rasizmie, nadużyciach zarówno ze strony władz, jak i obywateli; o przemocy wobec dzieci, o wykorzystywaniu seksualnym, prostytucji nieletnich; o uzależnianiach, braku perspektyw i realnej pomocy, ubóstwie; o uciskaniu, ignorancji, nękaniu. Wreszcie – o ofiarach zbrodni, którym nigdy nie oddano należytego szacunku.
Bije z książki Jessici McDiarmid nie tyle brutalność, co przytłaczający smutek; ogrom bezsilności, poczucie niesprawiedliwości, skrzywdzenia, odrzucenia. Nie sposób przejść obojętnie wobec ciężaru tragedii dotykającej setki rodzin, a mimo to… Ktoś jednak się na to zdobył, ktoś przeszedł, ktoś zlekceważył walkę o podstawowe prawa; walkę o prawdę, o godność, o pamięć, o potrzebę bycia zrozumianym. Zauważonym. Ktoś zignorował głos człowieka, dotkniętego nagłą stratą, jego potrzebę do powiedzenia głośno o tym, jak niewymiernego bólu doświadczył.