Nie wstydzę się tego powiedzieć - książkę czytało mi się bardzo dobrze. Autor serwuje nam zaskakująco trafny obraz kondycji współczesnego społeczeństwa. Przejaskrawiony, groteskowy i obłąkańczy, ale w tym wszystkim celny. Czy nam się to podoba, czy nie.
Mogłabym się teraz rozwodzić nad tym, że było wulgarnie, że było obrzydliwie i w ogóle jakoś tak niesmacznie. Ale dokładnie to samo mogę powiedzieć o większości rozmów zasłyszanych w tramwajach. Na ulicach. W galeriach handlowych. Nikogo już nie dziwią ordynarne komentarze wścibskich staruszek, opowieści rozwiązłych nastolatek czy bezpośrednie propozycje składane przez biznesmenów nie mniej zepsutym współpracowniczkom. "Każdy, jak po nim poskrobiesz, kryje jakiś brud. Każdy." Piotr C. pisze nie tylko o Warszawie. Ze światopoglądem Relu, głównego bohatera, nie sposób się nie utożsamić. Żeby było zabawniej - większość czytelników z bólem w sercu odnajdzie też cząstkę siebie w spotykanych przez Relu postaciach. Takie rozdwojenie jaźni może wyjść odbiorcy na dobre. Z jednej strony (podobnie jak główny bohater) mamy czasem dość tej papierowej, miałkiej rzeczywistości, która nas otacza. Z drugiej zaś - warto spojrzeć krytycznie na samą czy samego siebie i przyznać, że przespaliśmy wiele lat, nabywając cechy, które wcześniej drażniły nas u innych.
W powieści nie podobały mi się w zasadzie trzy czynniki. Pierwszym z nich jest wybijający się na pierwszy plan wątek "o mało co" romantyczny. Wprawdzie jest z pazurem, nieoczywistość goni nieoczywistość, a sami uwikłani też nie są wycięci rodem z romansów, ale jakieś to wszystko oniryczne, trochę nierealne, przypieczętowane patetyczną końcówką. Nie odpowiadało mi również to, że fabuła praktycznie się nie kleiła. Kilka wątków biegło obok siebie, trochę się przeplatając, trochę zazębiając, trochę wpadając na siebie z zaskoczenia, ale ciężko tu mówić o misternie utkanej, dopracowanej historii. Drażniły mnie również niektóre wtrącenia, żarciki czy spostrzeżenia, które w pewnych kręgach mogą pewnie uchodzić za mądrości ludowe, ale w istocie są żenujące i mają brodę dłuższą niż Amazonka.
Czy "Brud" to dla mnie arcydzieło? A skąd. Przyznaję jednak, że gra na emocjach. Nie chodzi mi o to, że jest ckliwie. Jest depresyjnie. Jest ostro. Bywa też bezkompromisowo. Ale autor szokuje w taki sposób, że zmusza do refleksji. Nawet, jeśli wnioski z nich płynące nie są przyjemne.
Boimy się działać. Boimy się zmian. Boimy się usłyszeć: "Tak". Boimy się naprawiać to, co już wcześniej zdobyliśmy. Boimy się, że nagle będzie dobrze, bo przecież dawno nie było.
Boimy się żyć. Żyć tak naprawdę.