Współczesna Warszawa. Ginie bezdomny alkoholik. Prowadząca śledztwo komisarz Monika Brzozowska przeczuwa, że w sprawie chodzi o coś więcej niż porachunki kloszardów. Kolejne zbrodnie o podobnym modus operandi potwierdzają jej przypuszczenia. W toku śledztwa okazuje się, że dawne grzechy zamordowanych wiążą się z błędami młodości samej komisarz. Cierpiąca na zaniki pamięci Brzozowska zostaje wplątana w niebezpieczną grę, która zmusi ją do spojrzenia wstecz i ponownej walki z demonami przeszłości. Demonami, które przed laty pokonała tylko pozornie.
Rysa to zajmujące połączenie kryminału z thrillerem psychologicznym, w którym największą zagadką okazują się zepchnięte do podświadomości bolesne doświadczenia. To także przekonująco opowiedziana przez mężczyznę opowieść o kobiecie, która z całych sił stara się odnaleźć w patriarchalnym policyjnym świecie, wygrać z dręczącymi ją lękami i ocalić samą siebie. Czy mimo głębokich cieni, jakie rzucają dawne grzechy, uda jej się to osiągnąć?
Podczas lektury przeszłam przez kilka etapów: zaciekawienie, spadek zainteresowania, lekkie znudzenie, śpiączka i delikatne drgnięcie serca na zakończenie. Sama nie wiem, "Rysa" nie jest zła - niby dużo się dzieje, niby bohaterka daje radę, niby wszystko gra i buczy, a jednak nie do końca, przynajmniej dla mnie. I nie wiem nawet jak to wyjaśnić, chyba nie do końca "podszedł" mi styl autora. Czytałam kilkanaście stron i odkładałam książkę na później, nie potrafiłam się wciągnąć i, co tu dużo ukrywać, od połowy zaczęłam się nudzić. Nie dla mnie "Rysa", ale podejrzewam, że wielu osobom przypadnie do gustu.
To powinno się zaznaczyć już na samym początku. „Rysa” jest jak „Dziewczyna z pociągu”. Po pierwsze: w mojej opinii przypadnie do gustu jedynie początkującym czytelnikom kryminałów. Po drugie: jest niczym więcej jak bublem, które swoją przygodę powinno zakończyć w wydawnictwie. A najlepiej w tamtejszym koszu na śmieci.
Nie jest to książka, którą wybrałabym sobie sama w księgarni. Ani okładka nie jest interesująca, ani opis nie zachęca. Może dlatego, że czytam kryminały i thrillery od dobrych kilku lat, a intuicja podpowiada mi, które z nich powinny trafić w moje ręce. „Rysę” przeczytałam, bo musiałam. I tylko to zmusiło mnie do skończenia książki.
Monika Brzozowska to prowadząca śledztwo komisarz i jednocześnie główna bohaterka tej tragedii. Postać, której nie byłam w stanie w żaden sposób polubić, czy choćby współczuć. Już po kilku stronach wywoływała u mnie odruchy wymiotne. W jaki sposób nakreślić całą fabułę książki? Najlepiej tak. Pani Brzozowska to komisarz, która wyszła z nałogu. Uzależnienia nigdy nie można całkowicie wyleczyć. Alkoholik na zawsze pozostanie alkoholikiem. Pani komisarz zażywała heroinę, a od niedawna na nowo zaczęła palić haszysz i marihuanę. Bo to jej przecież nie szkodzi. To jej jednak nie przeszkadza patrzeć z pogardą na patolog sądową, która dziennie wypija kieliszek koniaku. Brutalne zabójstwo jednego z bezdomnych rozpoczyna nie dającą się w żaden sposób zatrzymać karuzelę. Popełniane są kolejne morderstwa, natomiast Monika kompletnie nie pamięta co robiła w ich trakcie. W końcu podejrzenia padają również na nią.
Historia jak z wielu kryminałów. Bardziej zaprawieni w boju czytelnicy tego gatunku mają już tysiące hipotez. I muszę przyznać, że zakończenie nie było aż tak oczywiste. Ale nie mogę się w tym aspekcie wypowiedzieć. Głównie dlatego, że nawet nie starałam się sama rozwikłać zagadki. Jedyne do czego dążyłam, to zamknięcie książki po ostatniej stronie. A to dlatego, że autor zabił mnie swoim stylem. Stylem tak złym, że trudno ująć to w słowa. Ani to nie wciąga, ani nawet nie ułatwia lektury. Od razu powiem, że czytałam książkę przed ostateczną korektą. To, co tu napiszę, może się odrobinę różnić od tego, co pojawi się w egzemplarzu finalnym. Książka nie jest podzielona na żadne rozdziały, czy części. Autor skacze sobie w akapitach z jednego końca Warszawy, do drugiego. Od jednej postaci, do drugiej. Na początku trudno się połapać, w którym dokładnie miejscu jesteśmy i z kim nasza bohaterka rozmawia. Dodatkowo pan Igor Brejdygant ma bardzo specyficzny sposób pisania. Karkołomny wręcz. Czytając książkę czułam się jakbym płynęła. Pod prąd. Wpław. Wtrącenia, które nie mają żadnego sensu. Wypowiedzi na odczepne. Podobnie opisy, które w książce pojawiły się jedynie, aby zapchać miejsce. I słowo „konstatował”. Oczywiście, jest takie słowo. I pewnie, można go użyć. Przecież nikomu nie można tego zabronić. Ale za każdym razem? Nie przypominam sobie, żeby słowo „stwierdził” wyszło już z mody.
Gdyby nie przeczytana wcześniej „Tulipanowa gorączka”, to „Rysa” z pewnością wylądowałaby na pierwszym miejscu czarnej listy tego roku. I jest to trochę smutne, biorąc pod uwagę fakt, że książka ta jest szeroko reklamowana. Sama otrzymałam już kilka zapytań, czy polecam lekturę. Wręcz przeciwnie. Odradzam, stanowczo odradzam. Szkoda zmarnowanego czasu i nerwów.
Nie miałem wobec "Rysy" dużych oczekiwań, więc nie mogę stwierdzić, że się zawiodłem. Ale takiej męczarni się nie spodziewałem...
Pierwsze kilkadziesiąt, może sto stron to nieustanny ból zębów spowodowany koszmarnym stylem. Liczne powtórzenia, dziwaczne konstrukcje, zupełnie niepotrzebne używanie słów takich jak "koncyliacyjny" czy "tromtadracja", które w prowadzonej prostym, niewyszukanym językiem narracji wyglądają śmiesznie, do tego wszystko zdaje się być "na oko" lub "jakby" - sporo tego. Sama główna bohaterka też jest dla mnie niestrawna, kompletnie nieprzekonująca i przekombinowana, a do tego zwyczajnie irytująca.
Nieco lepiej zaczyna się robić mniej więcej w połowie powieści, kiedy kanciasty styl trochę się poprawia, a sama fabuła nabiera kształtu. Niestety Autor chyba nie wiedział, czy woli iść utartą ścieżką, czy wykombinować coś nowatorskiego, skutkiem czego za jednym zamachem powiela gatunkowe klisze, brnąc przy tym w wydumane fabularne kurioza.
To nie jest wg mnie dobra książka, to nawet nie jest zbyt dobre czytadło, ale ponieważ "Rysa" zostawia więcej pytań niż odpowiedzi, a ja lubię czasem skrzywdzić się kiepską poczytajką, pewnie moja niechęć przegra z ciekawością co do dalszych losów bohaterów...
Pomiędzy kryminałem a psychologicznym thrillerem, bliżej tego drugiego. W Warszawie zamordowany zostaje w dość specyficzny sposób człowiek będący, pozornie, zwykłym menelem. Ot, pijak zadźgany w melinie, tylko dlaczego tak dziwnie zginął. Komisarz Monika Brzozowska uznaje, że ta śmierć to coś więcej niż zwykłe pijackie porachunki. I za chwilę mamy drugie zwłoki, zamordowane tak samo, a pochodzące z zupełnie innego świata. Kiedy pani komisarz zacznie drążyć, okaże się, że sprawa dotyka jej przeszłości. Jest to bardzo dobrze napisane i wydaje się psychologicznie wiarygodne (piszę "wydaje się", bo nie mam pojęcia jak działają zaniki pamięci, palimpsesty, natomiast opisane to jest świetnie). Napięcie jest, dzieje się sporo, atmosfera jest gęsta. Co prawda nie do końca rozumiem zakończenie, czy raczej pewną sytuację, ale skoro to część 1., poczekam na kontynuację, powinno się wszystko rozjaśnić.
Do mnie ta książka zupełnie nie trafiła. Zupełnie. Niewiarygodna psychologicznie bohaterka, fabuła nietrzymająca się kupy, próby niby feminizowania ale strasznie nieudolne, przekonanie, że klimat miasta nadaje się używając wszystkich znanych sobie nazw ulic... Niespójności językowe, sporo drobnych deus ex machina... Skończyłam tylko dlatego, że nie znoszę nie kończyć książek przeczytawszy ponad 30% a tu jakoś się zagalopowałam, siłą inercji byłam w połowie jak się zorientowałam że jest źle.
O Boże, jakie to popierdolone było! I rozwleczone. Zupełnie jakby brat Bondy dorwał się do pióra. A Szadź była taka fajna! Nie można było napisać ciągu dalszego Agnieszki Polkowskiej? Trza było opisywać halucynacje/hipnozy/chuj wie co Moniki Brzozowskiej? Jeśli ktoś lubi autora za Paradoks i za Szadź, niech lepiej nie czyta tego czegoś.
Ginie bezdomny alkoholik. Sprawę prowadzi Monika Brzozowska i z początku wszystko przebiega tak jak zawsze. Jednak kiedy pojawiają się kolejne zbrodnie, a ofiary giną w ten sam sposób to odkrywa, że dawne czyny zamordowanych są ewidentnie powiązane z błędami popełnionymi w młodości przez Monikę. Trudnością w rozwiązaniu sprawy jest fakt, że kobieta cierpi na zaniki pamięci i ma trudność ze złożeniem wszystkich elementów w jedną spójną całość.
Dwie gwiazdki zostawiam dlatego, że książka była okej, ale nic poza tym. Nie wyciągnęłam się w tę historię, nie czułam się zaangażowana, co mi autor podał to w takiej formie to przyjęłam i nie zastanawiałam się dlaczego, po co albo jakie będzie następstwo. Bardzo naciągany jest motyw amnezji na wskutek zażywania substancji niedozwolonych, bo w zasadzie on usprawiedliwia wszelkie działania lub bierność głównej bohaterki. Wiele przedstawionych scen, które miały być ekscytujące, wciągać czytelnika w fabułę, przyjmowałam z całkowitą obojętnością i może nawet lekkim znudzeniem. Ciągła ucieczka przed swoimi kolegami, z drugiej wciskanie palców między drzwi, a framugę, żeby na siłę samemu wszystko rozwiązać i nie dać sobie pomóc.. no nie poczułam, żeby to było jakieś ekscytujące.
Czuję, że za jakiś czas o tej książce po prostu zapomnę.
Oj, włączył mi się jakiś dziwny tryb przy lekturze "Rysy". Po pierwszej stronie dostałam alergii na słowo "emfaza", po kilku kolejnych wciągnęłam się w powieść jak w bęben pralki, następnie uznałam główną bohaterkę za niedojrzałą emocjonalnie, przed finiszem raz mnie od książki odrzucało, a raz do niej ciągnęło, natomiast końcówka spotkała się z moją całkowitą obojętnością. Albo jestem emocjonalnie rozchwiana (nie wykluczam! ;)), albo czytałam lepsze pozycje.
Nic nie przekonało mnie do "Rysy" na tyle, żeby piać z zachwytu. Ani kreacje bohaterów, ani sama historia, ani lekkość pióra autora. Książka naprawdę ma to wszystko. Ale po pierwsze - jest przekombinowana, a po drugie - nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym spośród przeczytanych przeze mnie thrillerów i kryminałów.
Zakończenie niby takie jakie lubię - otwarte. "Niby", bo zwykle taka kompozycja zachęca mnie do własnych domysłów i interpretacji. Tymczasem końcowe strony "Rysy" to było jedno wielkie "a, ok, niech będzie i tak".
I co z tego, że "Rysa" "szybko wchodzi", skoro po "Układ" nie za bardzo chce się już sięgać..?
Ok, this started out real bad, with a very unlikable protagonist. I also couldn't decide whether she was competent or not. That said, the book quickly started getting really interesting and I could overlook the faults in the protagonist. I generally like stories that a) have something to do with playing with memories, b) have their roots years in the past and since this book had both, that was a big plus to me. The supporting cast was also quite interesting. The plot also wasn't bad... if a bit far-fetched. Unfortunately, the identity of the various bad guys was pretty easy to decipher. Perhaps I've read too many such books. Nevertheless, for all its faults, I picked up volume two immediately after finishing the first part, so I must say I have enjoyed reading it.
The beginning is very offputting, the main character is presented in such a negative way, together with her environment, that I wanted to drop the book. Anyway, after one hour of listening to an audiobook the story got more complicated and more interesting, therefore I continued. I was hoping that the plot would end with this book but it didn't. I'm not sure if I go for another part. The story is twisted and unbelievable, the most amazing fact is that Monika survives it all and everyone else dies.
Uważam, że to dość ciekawy kryminał. Jednak wiedząc jakie jest zakończenia i ogólnie jaki jest zarys fabuły nie miałem zaskoczeń. Polecam tym którzy lubią wątki: zaniki pamięci, narkotyki, szukanie w przeszłości.
Monika Brzozowska jest policjantką o trudnej przeszłości. Ma za sobą epizod z narkotykami, a nawet pobyt w szpitalu psychiatrycznym, z którego niewiele pamięta. Zostaje jej przydzielona sprawa morderstwa bezdomnego. Proste z pozoru śledztwo się komplikuje, gdy wkrótce zostaje znalezione ciało milionera, którego rany do złudzenia przypominają te zadane bezdomnemu. Na domiar złego Monika znajduje w swojej kieszeni wizytówkę klubu, w którym bawił się milioner na krótko przed śmiercią, a w jej pamięci zieje dwudniowa dziura...
"Rysę" miałam okazję przeczytać w ramach booktouru organizowanego na Instagramie przez @aga_love_books. Wiem, że poprzedni czytelnicy, delikatnie mówiąc, zachwyceni lekturą nie byli, ja jednak mam w zwyczaju podchodzić do każdej książki z optymizmem i szukać w niej raczej dobrych stron. Tym bardziej, że udało mi się ją przeczytać w jeden dzień (no ok, teoretycznie dwa, bo skończyłam o 2 w nocy), a wszyscy wiemy, że kiepskie książki nie wchodzą tak łatwo. Niemniej rozumiem moje poprzedniczki booktourowe, bo kilka elementów poważnie raziło nawet mnie.
Po pierwsze - błędy! Jeszcze nigdy nie spotkałam się z taką ilością błędów w jednej książce. Ktoś jest raz Moniką, raz Agnieszką, (takich postaci z rozdwojeniem jaźni było chyba trzy), ktoś raz inspektorem, raz komisarzem, ktoś raz ma klucze do mieszkania, raz nie ma. Wygląda to tak, jakby ani autor ani wydawca nie zadali sobie trudu ponownego przeczytania tekstu przed drukiem, tylko jak napisał, tak będzie i koniec. A to akurat wada, którą naprawdę łatwo wyeliminować, więc szkoda.
Po drugie - za dużo trudnych słów. Nie chodzi o to, że nie rozumiałam tekstu, bo te trudne słowa były mi znane, ale pasowały jak wół do karety. A raczej jak kareta do wołu, bo aż raziły jakimś snobizmem na tle całej reszty tekstu napisanego raczej językiem potocznym. Przywodziły mi na myśl królową Elżbietę w swojej najlepszej sukni przechadzającą się slumsami Rio de Janeiro. Nie wiem czy autor ma jakiś kompleks i potrzebuje odbudować swoje poczucie wartości używając mądrych słów, czy po prostu chciał się popisać, ale nie wyszło. Miejscami nie wyszło tak bardzo, że chciałam walić głową w ścianę - jak wtedy, gdy trafiłam na słowa "te jego ciemne rogówki". Ciemne rogówki? Litości. Panie Brejdygant, pan podeśle swój adres, to na święta wyślę Panu podręcznik biologii dla 4 klasy podstawówki, coby Pan przeczytał czym jest rogówka i więcej takich bzdur nie pisał. Z drugiej strony jak przeczytałam "podniosła bułkę do ust a okruszek z newtonowską nieuchronnością spadł jej na kolana" to tak się śmiałam, że skończyłam z tuszem do rzęs rozmazanym na policzkach. Problem w tym, że w założeniu autora to zdanie chyba miało być poważne...
To wszystko jednak drobne techniczne szczegóły. Najbardziej moją ocenę obniżyła sama intryga. Może jestem głupia, ale jej nie rozumiem. Nie wiem jak mogę opisać moje zarzuty nie spojlerując zakończenia, ale naprawdę nie potrafię dojść po co to wszystko było. Jaki miało cel. Tym bardziej biorąc pod uwagę kto był wrabianym a kto wrabiającym. Po co? Nie wiem.
Tyle moich zarzutów pod adresem książki, teraz dobre strony. Ta sama intryga, która mnie tak razi, musi zostać też pochwalona. Bo choć nie rozumiem pobudek jej autorów, to muszę przyznać, że sam pomysł jest oryginalny i ciekawy. Zahaczamy tu już o thriller psychologiczny, a to jest coś, co tygryski lubią najbardziej. Może i jest mało prawdopodobne, że główna bohaterka znika na dwa dni i nikt się temu nie dziwi, ale sama historia jest ciekawa i zdecydowanie mnie wciągnęła. Zabawę trochę popsuło mi jedno zdanie wypowiedziane przez bohatera w połowie książki, który ściągnął nim na siebie moje podejrzenia - jak się okazało słuszne. Ale i tak czytałam dalej z zainteresowaniem, ciekawa jak się cała rzecz zakończy.
Nie mogę też powiedzieć nic złego o warsztacie autora. Widać wyraźnie, że dobrze mu idzie współpraca z długopisem/klawiaturą. Wyobraźni również mu nie brakuje, bo pomimo pozornie niespiesznego tempa akcji, w książce naprawdę sporo się dzieje. Za te dwa elementy należy się pochwała.
Słowem podsumowania, to niezła powieść, aczkolwiek jest kilka rzeczy, które psują jej odbiór. Od osobistych preferencji czytającego zależy czy zwróci na nie większą czy mniejszą uwagę i jaki będą miały wpływ na końcową ocenę książki. Mnie raziły bardzo, za co muszę ocenę obniżyć, ale wciąż bawiłam się nieźle i nie wykluczam sięgnięcia po inne dzieła autora w przyszłości. Fanom gatunku polecam, co do reszty, zostawię decyzję Wam samym.
Ciężko mi ocenić tę książkę. Z jednej strony to ciekawa historia młodej kobiety, z drugiej natomiast szeroka skala spisku, jakiego stała się udziałem, ciągnąca się w nieskończoność.
Monika Brzozowska to trzydziestokilkuletnia pani komisarz Komendy Stołecznej Policji w warszawie. Ponadto to kobieta z przeszłością, przeszłością trudną, przeszłością narkotykową, przeszłością ze specyficznym towarzystwem i ...lukami w pamięci. Poznajemy ją w momencie, gdy zaczyna prowadzić śledztwo po znalezieniu zwłok mężczyzny - Remigiusza Wąsika, zamordowanego kloszarda z wieloma ranami kłutymi oraz śladami po wstrzyknięciu do organizmu wielu trujących, narkotykowych substancji. W krótkim czasie pojawiają się drugie zwłoki, tym razem cenionego biznesmena, Mariusza Kolowskiego. W międzyczasie Monikę kilkukrotnie dopadają stany lękowe, zaburzenia świadomości, zaniki pamięci, palimpsesty, rysy na umyśle i świadomości. Początkowo nie budzi to jej, większego niż zwykle, niepokoju. Ten pojawia się natomiast, gdy przy kolejnym morderstwie wiele śladów prowadzi...do niej samej. Akcja nabiera tempa a jednocześnie poważnie zwalnia, pozwalając Monice odnaleźć prawdę o sobie i swojej przeszłości. Kim jest Monika? Co spotkało ją w przeszłości? Kto wstawia się za nią, pomaga jej, a kto uważa za niepoczytalną narkomankę i morderczynię? Odpowiedzi na te pytania pojawiają się w trakcie lektury. Sporo wątków pozostaje jednak niewyjaśnionych, co mnie niejako zawiodło.
Warto dodać, iż jest to pierwszy tom. Za jakiś czas sięgnę zapewne po drugi, z nadzieją, że wyjaśni on pewne wątki i zamknie cała, wykreowaną przez pana Brejdyganta historię.
Cytaty:
- Wspomnienia? Czyn są? Zapachem, dźwiękiem, myślą, obrazem, uczuciem? Pewnie wszystkim naraz, kiedy są kompletne, ale u niej zachowały się jedynie niewielkie fragmenty jakichś warstw niepołączonych ze sobą w konkretną całość, strzępy empirii i włókna emocji.
- Z mroku wyszłaś, w mrok powracasz.
- Samotność. Doskwierała jej właściwie całe życie. Zarówno zanim znalazła narkotyki, bo też głównie dlatego przecież je znalazła, jak i po tym, gdy przestała je brać. W trakcie brania samotna bywała rzadko, ale doskwierało jej za to permanentne umieranie.
- Mam palimpsesty. - Palim...?- Piotr się uśmiechnął. - Palimpsesty. Nie pamiętam wielu godzin, w jednym przypadku prawie dwóch dni - wyjaśniła, sama nie rozumiejąc za bardzo. - Film ci się urwał - uściślił Piotr. - To nie do końca jest to samo z fizjologicznego punktu widzenia.
- Potok myśli. Strumień świadomości. Paranoja czy prawda?
- O co tak naprawdę chodziło? Może właśnie o jakąś rysę. Sama zbudowana była z rys i pęknięć, cała właściwie jej konstrukcja psychiczna była jak posklejane z kawałków naczynie, które kiedyś z hukiem spadło na podłogę i pokruszyło się w drobny mak.
- *** Nigdy wcześniej nie przyszłoby jej do głowy, że w związku z tym mężczyzną siła namiętności może ją porwać z taką mocą. Przez pierwszy kwadrans nie padło żadne słowo. Najpierw rozebrali się pospiesznie, patrząc sobie w oczy, potem był stół, podłoga, w końcu łóżko. Pierwszy raz szczytowała jeszcze, kiedy stali, ona wsparta o framugę, on przytrzymujący ją w potężnych ramionach, potem były jeszcze dwa razy. Jeden na podłodze, kolejny, już spokojniejszy zaczął się od tego, że Piotr całował ją tak długo, aż dotarł pomiędzy jej uda. Gdy już prawie doszła, wszedł w nią i wtedy eksplodowali razem, a ona nie wiedziała już, ani gdzie jest, ano co się wokół niej dzieje. Kolejne orgazmy działały jak potężne strzały narkotyku, pozbawiały świadomości, na chwilę przeciągały ją na tamtą stronę, powrót za każdym razem był jak mozolne zmartwychwstanie.
Pomysł na tę historię jest dobry, ale to by było na tyle z zalet tej książki. Nawet nie wiem dla kogo ona jest, bo osoba czytająca kryminały będzie się tu nudzić, ale czy to książka dla osób zaczynających z tym gatunkiem? Bo mam wrażenie, że jeżeli ktoś taki po nią sięgnie, to na tym może się skończyć przygoda z kryminałami.
Nic mi w tej książce nie pasowało. Styl autora jest słaby, opiera się jak dla mnie na powtarzaniu cały czas tych samych zdań, żeby do nas doszło po raz 87 na przestrzeni 100 stron, że główna bohaterka na zawsze pozostanie uzależniona od alkoholu i narkotyków, BO NIGDY NIE DA SIĘ DO KOŃCA WYJŚĆ Z NAŁOGU (to ile razy autor nam to mówi jest aż śmieszne, naprawdę). Generalnie jest tutaj dużo takich głupotek, które nijak się mają do sytuacji, a tylko frustrują (zdanie, że Adam jest homoerotykiem i dlatego tak dba o higienę, nadal jest w mojej głowie). Oprócz powtórzeń, Brejdygant lubi też skakać z tematu na temat, że czasami nie do końca wiadomo o co chodzi, a ja już w pewnym momencie przestałam próbować nadążać. Z jakiegoś powodu również bardzo lubi używać bardzo wyszukanych i oryginalnych słów, co zupełnie, ale to zupełnie nie pasuje mi do jego stylu. Ciężko się to czyta, bo ciężko jest to napisane.
Jeszcze co do bohaterki, ona jest nie do polubienia. Została tak wykreowana, że jej się nie da kibicować, było mi zupełnie objętne co się z nią stanie. Jest kompletnie nieprzekonująca, nie wierzę w nią, nie wierzę w tę historię.
Nie wiem jak ona wypada, gdy się ją czyta, ale obawiam się, że może być jeszcze gorzej niż w audiobooku, bo słabe kryminały często wypadają lepiej w audio. Nie polecam, no chyba, że macie ochotę się trochę pomęczyć.
Według mnie początkowo za dużo podobieństw do innej bohaterki Brejdyganta - Agnieszki Polkowskiej z „Szadzi”. Z czasem to wrażenie uciekło. Brzozowska próbuje rozwiązać sprawę tajemniczego morderstwa, które jak się okazuje, bezpośrednio związane jest z nią samą. W momencie, gdy zostaje odsunięta od śledztwa, a jednocześnie staje się główną podejrzaną, zaczyna prowadzić swoje prywatne dochodzenie, cały czas ukrywając się przed swoimi „kolegami po fachu”. Dokonuje rzeczy niemożliwych dla przeciętnego Kowalskiego, a gdy zbiera możliwie wszystkie dowody swojej (na wpół) niewinności, oddaje się w ręce policji.
Technicznie: polubiłam się ze stylem pisania autora, ale ostatnie kilka stron musiałam czytać z przerwami i ciągłymi powrotami do poprzednich fragmentów, bo zagmatwany styl, niedopowiedzenia i same „halucynacje”/stan hipnozy bohaterki były dosyć męczące. Ostatecznie nie do końca połapałam się w „zakończeniu” (historia ma dwa tomy, a „Rysa” to pierwszy z nich), ale z ciekawością sięgnę po „Układ”.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Ksiazka ta, a raczej rating ksiazek, moze szczegolnie na tym portalu nie zawsze sie do konca przeklada sie na to czy dana, znaczy ksiazka bedzie misie podobal. Co i fajnie. Bo ksiazki w roznych osobach budza chyba rozne uczucia. W tym przypadu, czyli ksiazki "Rysy" Igora Brejdganta jest tak ze bardzo sie ona podobala. Zgadzam sie ze moze bohaterka nie za bardzo jest z zycia wzieta osoba, ale przeciez nie jest to literatura faktu. Troche moze i poczatek jest nie za bardzo wciagajacy, ale po pewnym czasie mozna w toczaca sie akcje wciagnac. Duzo to zagadek, powiklan oraz historii z zycia bohaterki, ktore wlasciwie do samego konca nie wiadomo czy sa prawda, czy tez fragmentami wspomiemien, urojen, z bardzo zapetlonego zycia bohaterki. A czy jest to kryminal czy tez thriller psychologiczny to chyba nie ma to zadnego znaczenia.
Niestety, ale nie zaiskrzyło między mną a "Rysą". Szkoda, no potencjał był ogromny. Mam taką zasadę, że staram się za szybko nie poddawać i nie porzucać książki. Pierwszy kryzys dopadł mnie bardzo szybko, bo już na 12 stronie pomysłałam, że ja nie dam rady jej przeczytać. Doczytałam ją jednak do końca i jeśli dałabym sobie spokój na początku, to niewiele bym straciła. Nie podszedł mi styl autora, bardzo duża ilość trudnych słów zawarta w tekście, która komplikowała czytanie. Do tego mnóstwo błędów - raz bohaterka nazywana jest Agnieszką, raz Grażyną. Raz Piotr nie ma kluczy, za chwilę nagle już ma. Główna bohaterka irytująca! W fabule pełno nieścisłości a rozwiązanie sprawy nie było zaskoczeniem. Nie było tu żadnego efektu wow, tylko irytacja. Ehh, szkoda.
Świetna. Historia ciekawa - policjantka, była narkomanka, ma kilkudniowe odjazdy, po których nie pamięta co robiła, w ich trakcie giną ludzie. Naturalnym przypuszczeniem jest że ma jakiegoś rodzaju schizofremię i jest odpowiedzialna za morderstwa. Fabuła trzyma w napięciu, ale największą zaletą książki są dialogi. Rozmowy są konkretne w punkt. Często autor łączy prostacki język bohaterów z elokwetnym opisem narratora, co wywołuje wielokrotnie niepowstrzymywany śmiech.
Czytałem również Dziewczynę w pociągu, i ta ksiązka jest znacznie lepsza.
Poprzednia książka tego autora: Szadź czytała mi się świetnie więc oczekiwania na starcie co do nowego cyklu miałam spore. I jest dalej bardzo wyraziście, plastycznie, można liczyć na sceny dość spektakularne, jakby pisane pod film jakiś przyszły. No ale proszę Was: w polskich realiach policjant prowadzący śledztwo raczej bez konsekwencji nie może sobie nadużywać😂🤣 co podważa wiarygodność głównej bohaterki.
Dziwnym trafem najpierw przesłuchałem (tak, audiobook) drugą część i byłem rozczarowany. Jednak "Rysa" zrobiła na mnie lepsze wrażenie. Mniej banałów, fabuła się "kleiła", było wartko i całkiem ciekawie. I właściwie tyle! Nie wstrząsnęło mną jakoś szczególnie ;) ale też cały czas byłem ciekaw rozwoju wydarzeń!
daje 3,75 bo dopiero końcówka mnie naprawdę porwała, nie powiem zakończenie mnie lekko zszokowało, na pewno na plus jest fabuła książki, chociaż wolałabym, żeby rozdziały były po numerowane, bo dużo łatwiej się czyta jak tekst jest oddzielny, zawiodłam się lekko nad relacją postaci, brakuje mi więcej relacji Warecki Monika, serial cudowny książka taka sobie
Może dlatego , że czytałam ją bezpośrednio po rewelacyjnej "Szadzi" tego samego autora - za wolno, za rozwlekle. Jakoś ciężko mi uwierzyć, że to ten sam autor.