Wyprowadził się z Warszawy, spakował plecak i zdecydował wyruszyć w samotną podróż do najdalszych zakątków świata, żeby zgubić siebie i ponownie odnaleźć.
Szlak prowadzi koleją transsyberyjską przez lodowatą Rosję, dalej przez upalną Tajlandię, kolorową Malezję, baśniową Nową Zelandię, tajemnicze Peru i Wyspy Wielkanocne. Jednak w poszukiwaniu siebie przeszkadza mu ciało z jego uciążliwą psychosomatyką, krępująca bliskość ludzi i podstępne pułapki zastawiane przez rozgadany umysł, który staje się jego głównym kompanem. Umysł obarczony wiedzą i doświadczeniem, trenowany przez lata w terapii, medytacji i szamańskich praktykach co chwilę podsyła podróżnikowi myśl, że traci czas, donikąd nie zmierza, niczego nie osiąga.
Poruszająca i intymna opowieść Rienta prowadzi przez intensywny lęk, sen o przebudzeniu i najgłębsze pragnienia, za które gotowi jesteśmy zapłacić każdą cenę. To również sensualna kronika egzotycznych smaków, zapachów, fotografii, wzruszeń i najważniejszego - pojednania.
Od podróży z plecakiem znacznie bardziej heroiczne i wymagające uważania na siebie wydaje mi się słuchanie wiadomości, chodzenie do pracy, która zabiera osiem, a z dojazdami dziesięć godzin, płacenie rachunków, życie historią ludzi z telewizora, których nigdy nie spotkałem, ale w imię których gotów jestem znienawidzić innych ludzi, którzy wybrali historię innych ludzi z telewizora, gromadzenie rzeczy i wyposażania domu, martwienie się, ciągłe martwienie się o to, co może się wydarzyć, jak się do tego przygotować, co powinienem mieć, osiągnąć, kim być, zwłaszcza w porównaniu do tych, którzy – co wyraźnie potwierdza ich oś na Facebooku – już kimś są. Umrę, ta myśl jest tak prosta, tak oczywista, że umysł uwielbiał nad nią przeskakiwać i biec dalej, do tak zwanych ważnych spraw. Umrę, a skoro tak, może czas się zrelaksować. Dlatego postanowiłem znaleźć raj.
Bardzo dobrze czytało mi się tę książkę. Może dlatego, że rozumiem neurozy autora i imperatyw poszukiwania? A może to po prostu fajnie napisana historia o drodze.
Sięgając po Przebłysk, spodziewałem się, że nie będzie to typowa podróżnicza relacja z podróży dookoła świata. Nie zawiodłem się.
Dużo kontaktu z naturą, duchowości, poszukiwania własnego ja i nieco fizjologii budują unikalną narrację, która bardzo do mnie przemówiła. Spodobała mi się też nieco inna koncepcja przypisów - prowadziły do wycinków utworów literackich, które czy to kojarzyły się autorowi z danym momentem, czy tez odnosiły się do poruszanej tematyki.
Może to tylko moje wrażenie, ale im dalej prowadziła droga, tym mniej w niej dostrzegałem ludzi - zostają w niej tylko natura i ja.
Podobało się, choć nie wciągnęło na tyle mocno, bym pożarł w jeden wieczór z wypiekami.
Bardzo rzadko znajduję dobre książki do przeczytania od początku do końca. Jeszcze rzadziej te, od których nie możesz się odebrać, bo trafiasz w podróż. W Przebłysku Robert zostawia wszystko i wyrusza w podróż dookoła świata żeby znaleźć siebie. Ludzie, zwierzęta, budynki, przyroda, doświadczenia, wszystko to czujemy i przeżywasz razem z autorem, łapiąc oddech między wierszami jego historii.
Pierwsze rozdziały spodobały mi się na tyle, że kupiłam drugi egzemplarz w prezencie dla znajomej. A potem pożałowałam, bo sama tej książki nie dam rady skończyć. Cudze neurozy mogą być interesujące, ale trzeba je interesującymi uczynić. Mogę mieć sympatię dla autora, ale nie mam cierpliwości do jego twórczości.
Dziś chciałabym napisać o niezwykłym tytule, któremu nie można poświęcić zaledwie jednego wieczoru. Pozornie nie jest to tekst długi, liczy zaledwie około 300 stron. Teoretycznie na zapoznanie się z nim wystarczą trzy lub cztery godziny. A jednak z jakiegoś powodu te 300 minut to zdecydowanie za mało, aby zapoznać się z książką „Przebłysk” autorstwa Roberta Rienta Sięgając po nią spodziewałam się typowej relacji podróżniczej, długich opisów historycznych, zagłębiania się w szczegóły i analizy dokonanej z perspektywy „obcego”, który tylko na moment styka się z lokalnym kolorytem egzotycznych miejsc. Otrzymałam zaś opis podróży nie tylko w przestrzeni, dookoła globu, ale też tej do wnętrza człowieka, jego emocji, przekonań i odczuć, czasami tych najbardziej osobistych.
Czytając „Przebłysk” odniosłam wrażenie, że poznaję nie tyle miejsca, co świat jako taki. Postrzegam rzeczywistość oczami autora, przynajmniej przez te kilka „chwil” jakie spędzam nad książką. Na moment stykam się z przypadkowych ludzi, których prawdopodobnie nigdy bym nie spotkała, nawet jeśli pokusiłabym się o pokonanie identycznej trasę. Nadal pamiętam Oficera Żółte Wąsy, Atletycznego czy Rudego (przy czym Rudego chyba lubię najbardziej). Wraz z autorem chwytamy chwile, emocje, zdarzenia, te zaś stają się motorem napędowym refleksji na temat świata, życia, pogoni za sukcesem.
Ta mieszanka podróży i tego czegoś, co aż prosi się o nazwanie „filozofią” czyni tą książkę inną od większości, jakie w życiu czytała. Sprawia, że jest bliska, swojska i dziwnie znajoma. Być może wynika to z faktu, iż w wielu punktach zgadzam się z przemyśleniami człowieka, którego śladami kroczę, czytając ten tytuł.
„Od podróży z plecakiem znacznie bardziej heroiczne i wymagające uważania na siebie wydaje mi się słuchanie wiadomości, chodzenie do pracy (…) ciągłe martwienie się o to, co może się wydarzyć, jak się do tego przygotować, co powinienem mieć, osiągnąć, kim być, zwłaszcza w porównaniu z tymi, którzy – co wyraźnie potwierdzają ich osie czasu na Facebooku – już kimś są.”
Nie jest to książka dla każdego. Wymaga nie tylko skupienia się, ale też refleksji, krytyki względem siebie, jak również innych; spojrzenia na świat z innej perspektywy. Jednak jeśli jesteście gotowi na taką lekturę, to gorąco polecam Wam „Przebłysk”!
Chciałam, żeby ta książka mnie zachwyciła, jak poprzednie autora, a nie zachwyciła. Ale może dlatego, że jestem w innym miejscu drogi i mój umysł nie pozwala? Albo może ta książka nie była tak bardzo pisana dla mnie/nas jak dla autora? W każdym razie czegoś mi brak. I chyba nie do końca odnajduję się w wymieszaniu porządków: raz bardzo głęboko i intymnie o duchowości, raz o historii i geografii. Jakoś mi trudno było się przestawić. Ale czytało się płynnie i na pewno mam o czym myśleć.
Czytając ma się przemożną ochotę podzielić dobytek na cztery i z tym niezbędnym wybrać w podróż w nieznane, nieodkryte, niebezpieczne, śladami autora. Styl i narracja ewoluuje wraz z postępem podróży.