Nie wiedziałam, że Arturo Pérez-Reverte, autor zręcznych intryg, znawca historii i sztuki, obdarzony jest takim poczuciem humoru!
Podczas lektury noweli "W cieniu orła" chichotałam często, zdarzało mi się też roześmiać w głos. Po przeczytaniu miałam ochotę zakrzyknąć jak Osioł w jednej ze scen "Shreka": ja chcę jeszcze raz!
Kampania 1812 roku, wojska napoleońskie mające coraz bardziej pod górkę i batalion byłych jeńców hiszpańskich prących na armię Rosjan. Tylko że z tym parciem sprawa skomplikowana. Oni pędzą, by się poddać, Francuzi widzą w tym obłąkanym marszu bohaterski atak na siły wroga. To fabuła. Wszystko jednak rozgrywa się na poziomie języka.
Napoleon to Cholerny Kurdupel, Le Petit Coutafon, a nie Cesarz Francuzów. Jeden generał to Le Cimbel, inny Labraguette (rozporek), co chwilę pełno "mądiów, sakreblów i nądediów" (sprawdźcie sami). Mały Kapral to nadęty typ, patrzący ze wzgórza na rzeź, która zamieni się w "półtora wersu w opublikowanym nazajutrz biuletynie Wielkiej Armii", przybierający minę dobrze wyglądającą na portretach i kosztującą tysiące zabitych na polach bitewnych.
Pięknie tu opisany jest absurd wojny. Nieudolność dowódców, żołnierze jak mięso armatnie, heroizm, który nie jest heroizmem, ale pomyłką lub złą interpretacją działań. Historię piszą zwycięzcy, prezentują artyści - prawda bywa pierwszą ofiarą wojny.
Skojarzenia z "Paragrafem 22" Hellera są tyleż natrętne co oczywiste - i tu, i tam absurd goni absurd, dowódcy zdobywają ordery, bo ich żołnierze się poświęcają ("cudze bohaterstwo zawsze wzrusza jak cholera"), cwaniactwo zyskuje nowe oblicze, a 450 Hiszpanów to Yossarian, Dunbar i Orr razem wzięci - pal licho bohaterstwo i wygraną, trzeba ratować własny tyłek!
Nie mam słów, by oddać zachwyty związane z tłumaczeniem Filipa Łobodzińskiego - tekst, przypisy - matkobosko, tu wszystko jest wspaniałe!