Przed sięgnięciem po tę książkę nazwisko autora w ogóle nic mi nie mówiło. Błyskawicznie zorientowałem się, jak wielkiego szejmu się dopuszczam. Na różnorakich portalach mogłem bowiem przeczytać, że Jakub Małecki to nowa nadzieja polskiej literatury i biorąc pod uwagę zarówno ilość komentarzy rozpływających się w zachwycie nad jego powieściami, jak i poziom entuzjazmu mogę śmiało powiedzieć, że jak dotąd Małeckiemu udało się zostać „złotym chłopcem”, którego chwalą i poklepują po ramieniu (niemal) wszyscy. Dokonał on rzeczy trudno wykonalnej, a mianowicie udanego komercyjnie tranzytu z fantastyki na grunt czegoś, co inni nazywają literaturą piękną, ja zaś nazywam literaturą obyczajową. Od razu zaintrygowała mnie jego osoba – w końcu rzadko się zdarza, aby chłopak robiący niegdyś wyłącznie w fantastyce dokonał rewolty i odniósł sukces. Na pierwszy ogień poszło Nikt nie idzie.
Z mojego punktu widzenia powieść ta jest klasycznym przykładem literatury środka i piszę to w znaczeniu jak najbardziej pozytywnym, bowiem należy docenić twórców, którzy piszą bez zadęcia i adresują to do szerszego grona. Nikt nie idzie jest przygodą na jeden wieczór: łatwo się przyswaja, absorbuje uwagę na krótki czas, a przy tym jest sprawnie napisana. Zgrzeszyłbym, gdybym z krytyką pojechał po warsztacie Jakuba Małeckiego, gdyż na podstawie tego, co otrzymałem mogę zaryzykować twierdzenie, że jest to ten typ prozy, który umiejętnie omija rafy mielizn narracyjnych. Mój problem z tą powieścią jest taki, że w sumie po prawie 300 stronach nie bardzo wiem, o czym ta książka jest i co autor usiłował mi przekazać. Nikt nie idzie łączy kilka ludzkich historii, które rzecz jasna się zazębiają, ale poza klasycznym wyciskaczem łez nie dostrzegam w tej prozie żadnego innego potencjału, niż łatwe wzruszenie nad cudzymi dramatami. Autor w ogóle nie stara się zniuansować i opowiadanej historii i swoich bohaterów, podając czytelnikowi – niczym kolejni adepci angloamerykańskich kursów kreatywnego pisania - wszystko na tacy, jakby powątpiewał w inteligencję odbiorcy i stawiał pod znakiem zapytania umiejętność odczytania alegorii lub metafory. Małecki swym pisarstwem wypełnia wszystko to, nad czym mogłaby popracować wyobraźnia czytelnika. Nie mam złudzeń, że o perypetiach ludzi z traumami w sercu nie da się pisać efektownie, lecz cały wysiłek odautorski został włożony nie w to, by zgrabnie napisać o prozie życie, ile w to, aby emocjonalnym szantażykiem czytelnika obowiązkowo wzruszyć do łez. Wszystko w tej powieści jest podporządkowane temu celowi i niestety od Nikt nie idzie wali tanim sentymentalizmem, a sam styl autora zaczyna niebezpiecznie przypominać Janusza Leona Wiśniewskiego, tyle że dla ciut młodszego pokolenia.
Na bazie wzruszeń z autystycznym bohaterem Małecki serwuje kilka pobocznych historii, które same w sobie nie budują ciekawej opowieści, ale w połączeniu miały (chyba) stworzyć coś na kształt narracji o porzuceniach oraz utratach. Kompozycyjnie – łącznie z nader czytelnymi sugestiami, co czytelnik ma myśleć i jak odbierać sytuacje bohaterów – jest bardzo szkolna z takim ładnie wyodrębnionym wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. Jakub Małecki opowiada w niej o braku odwagi do zmierzenia się samemu ze sobą, ale buńczucznie, z gorliwością neofity narzuca narracyjnie pewne emocje i gotów jest zrobić bardzo wiele, aby ta mocno rozmyta fabularnie książka „wywołała odpowiednie wrażenie”, czyli inwazję smutków i smuteczków. Odkłada się ją z przeświadczeniem, że bardzo wzrusza. Obawiam się, że miesiąc po lekturze trudno będzie określić, co dokładnie to wzruszenie wywołało.