Bardzo obiecujący literacki debiut świetnego reportera!
W zamachu terrorystycznym w Pizie ginie dwóch młodych Polaków. Wieś, z której pochodzili, wpada w bezsenność. Patrząc na niegasnące światła w oknach domu rodziny ofiar, mieszkańcy uświadamiają sobie własną starość i samotność. Ich świat wymiera, a oni są bezsilni.
Na pozycję lidera społeczności wyrasta miejscowy strażak. Znajduje sąsiadom wroga i rozbudza w nich strach, który żywi się wszystkim, co napotka na drodze. Ludzie odzyskują poczucie siły. Wkrótce prawie cała wieś zaczyna fantazjować o przemocy...
Gdzieś mi umknęło, że Konrad Oprzędek ma pisarski (reportażowy co prawda) debiut za sobą, więc miałem małą niespodziankę, że to nie totalny nowicjusz. Zaserwował czytelnikom krótką powieść, powiastkę nawet, z na poły fantasmagoryczną wizją polskiej przemiany społecznej, która bierze swój początek w malutkiej wsi. Punktem zapalnym jest śmierć synów jednego z gospodarzy, którzy zginęli podczas zagranicznej wycieczki w wyniku zamachu terrorystycznego. Bardzo uproszczone studium postępującego zamknięcia się społeczności, przy jednoczesnym obskurantyzmie i skutki tychże. Troszę obraz naszej współczesności, gdzie, pomimo dostępu do źródeł informacji, szerzy się ignorancja a oświecenie, paradoksalnie, jest w defensywie.
Kiedy kupowałam tę książkę nie mogłam się doczekać jej przeczytania. Historia, którą opisuje jest ciekawa i wciągająca, niektóre cytaty bardzo zapadły mi w pamięć. Ale sposób w jaki jest napisana książka i język sprawiały, że co jakiś czas musiałam ją odkładać i odetchnąć. Pamiętam, że momentami wzbudzała we mnie uczucie odrazy. Nie wiem czy taki był zamysł czy nie, ale dla mnie to zdecydowanie minus. A szkoda, bo sama historia jest dobra i warta uwagi.
Nie jest to książka łatwa, ale porusza ważne problemy społeczne. Dodatkowo podoba mi się poetycki język. Zakończenie jest dopełnieniem całości, na mnie wywarła spore wrażenie.
To debiut powieściowy Konrada Oprzędka z 2018 roku i jest to książka dla mnie bardzo dziwna. Sama nie wiem, czy mi się podobała, czy jednak mnie zobrzydziła. Szala się przechyla raczej w te pierwszą stronę, bo język jest tu niezwykle plastyczny. Tutaj wydzieliny (ropa, śluz, krew, łzy, pot) sączą się, snują, skapują; noc pełznie, czołga się,zasnuwa oczy. Wszystko dzieje się w niedużej wsi, z której większość młodych już wyjechała, którą nagle spotyka tragedia a ludzie starają się jakoś układać sobie życie pomimo niej. Dlatego tak dużo tu rozpaczy, beznadziei i brzydoty. Nie napiszę, jaka to tragedia, bo jest o niej mowa dopiero na 90 stronie, czyli niemal w połowie książki (bez sensu opisana jest z tyłu okładki, bo trochę psuje jej własnoręczne odgadywanie). A okazuje się, że Łaskoci to wcale nie połączenie łakoci i łaskotek, tylko inna odmiana słowa łaskotać (łaskocze)
Bardzo dziwne, specyficzne. Trzeba się mocno nagłowić o co chodziło autorowi. Nie jestem pewna czy zrozumiałam przekaz - jeśli tak, to nie jest to nic innowacyjnego. 3.60 - za to, że jest to na pewno coś innego w mojej biblioteczce