Wydawać by się mogło, że po siedmiu tomach, setkach opowiadań i kilku tysiącach zapisanych stron, ósmy tom Kronik Jakuba Wędrowycza będzie marną, mocno nieudolną próbą odświeżania dawno zdechłego pomysłu. Tymczasem nic bardziej mylnego - Jakub powraca w pewnej okazałości, tak samo obrzydliwy, tak samo przaśny i tak samo przyjemny czytelniczo jak w poprzednich zbiorach.
Może dlatego, że niemal wszystko, co wychodzi spod pióra Wielkiego Grafomana jest, w najgorszym wypadku, zdatne do czytania, w najlepszym zaś wywołuje łzy śmiechu połączone z niezbyt subtelną dozą obrzydzenia. Może dlatego, że mniej lub bardziej prawdziwe życie marginesu społecznego jest nadal tak samo zabawne jak 15 lat temu. A może po prostu dlatego, że Andrzej Pilipiuk z wyjątkową wprawą i celnością potrafi komentować absurdy dzisiejszego świata i przerabiać je w znakomicie napisane opowiadania.
Tak zatem Konan Destylator porusza kwestie środków dopingowych, markowych dresów i nielegalnej dilerki drożdżówkami w szkołach. Wyśmiewa ekomodę na wegańskie jedzenie i skandynawskich wojowników (łącząc ze sobą te dwie kwestie, co, ze względu na moje kierunkowe zboczenie, stało się ulubionym punktem w całym zbiorze) czy brodatych facetów ze zbyt wielkim zamiłowaniem do paragrafów. A dodatkowo rozprawia się z Panem Kleksem, zdradza tajemnicę długowieczności Semena Korczaszki i przestawia wampira, który zarówno z opisu, jak i z wielce sugestywnej ilustracji Andrzeja Łaskiego, przypomina Korwina. Jakub Wędrowycz po raz kolejny zajmuje się więc drobnymi upierdliwościami życia codziennego.
Umówmy się - nikt nie sięga po jakubowe opowiadania w poszukiwaniu literatury wysokich lotów, pełnej zaskakujących metafor tudzież poematów dygresyjnych. Mój spaczony mózg z czytania kolejnych opowiadań Andrzeja Pilipiuka czerpie nieco masochistyczną przyjemność, dlatego mam nadzieję, że Wędrowycz trwać będzie do końca świata. I o jeden dzień dłużej.