Dotarliśmy do ostatniego tomu cyklu o Benie Ashwoodzie, i chociaż dwa poprzednie tomy nie doczekały się recenzji na moim profilu, to tym postem chciałabym pokrótce podsumować całą tą historię.
Po pierwsze, nigdy nie spotkałam się z serią, w której piwo ma tak wielkie znaczenie, zarówno dla bohaterów jak i dla fabuły. Nasz bohater zaczynał w końcu jako piwowar w małej miejscowości o nazwie Widoki, a przez całą podróż, a ta krótka nie była, kosztował nie jednego napitku różnej jakości.
Drugim głównym elementem tej serii był motyw drogi. Normalnie go kocham, tu zmęczyła mnie ta droga prawie tak bardzo jak bohaterów i mimo, że spotykamy na niej czarodziejki, magów, wojowników, wieśniaków, władców, złodziei i oczywiście demony to momentami sama podróż ciągnie się nieskończenie długo, a czytelnik ma wrażenie, że bohaterowie wciąż są w ruchu z małymi przerwami na jakąś akcję.
Ben z przyjaciółmi zdecydowanie powoli wkupili się w moje łaski, szczególnie jeden taki Szelma, który odpowiadał za wprowadzenie humoru do tej historii. Ostatecznie się z nimi całkiem polubiłam, mimo, że ich dialogi często były podsumowaniami sytuacji i czymś w rodzaju narady, gdzie każdy powtarza na czym stoimy i co powinniśmy robić dalej. Trochę łopatologicznie przybliżając odbiorcom sytuację. Często jak dla mnie taki zabieg jest zbędny, bo zakłada, że czytelnik nie umie dodać dwa do dwóch.
Ben, mimo że bardzo się zmienił od dnia opuszczenia wioski, to wciąż momentami zachowuje się jak otępiały, szczególnie jeśli chodzi o aluzje ze strony płci pięknej. Ale to poczciwy chłopaczyna, z sercem we właściwym miejscu. Amelia natomiast, mam wrażenie, że jest postacią trochę papierową i w tym tomie nie zrobiła na mnie wrażenia, mimo jej linii fabularnej.
Moim ulubionym tomem z całej serii zdecydowanie był tom 5, lubię, gdy gang zbiera się do kupy by pokonać wielkie zło. Miło było ponownie spotkać różne grupy, z którymi Ben spotykał się na swojej drodze by te stoczyły bitwę przeciwko przerażającym potworom. Ten tom zdecydowanie nie zawiódł pod względem walk i najmocniej mnie zaangażował.
Wydawać by się mogło, że to właśnie na epickiej walce z demonami cykl powinien się zakończyć, jednak autor uznał, chyba że istnieje coś gorszego na świecie niż potwory.
Tom ostatni, utrzymał poziom tomu poprzedniego, tylko, że tu zamiast stawiać czoła demonom, Ben z ekipą musieli stawić czoła Protektorce i dwóm wrogim armiom nastającym na siebie. Misja zapobiegnięcia wojnie oczywiście pakuje naszych przyjaciół w sam środek potyczki. Ale ich ostatnia wyprawa ładnie zamyka cały cykl i pokazuje jak dużo się zmieniło w życiu piwowara.
Zabrakło mi trochę emocji, strachu o ekipę Bena. To jest taki cykl, że nie boisz się o bohaterów, wiesz, że dążymy do żyli długo i szczęśliwie a cała kraina była miodem i mlekiem płynąca. Wszelkie pozornie niebezpieczne sytuacje, w które trafiają postacie zwykle obracają się wygodnie na ich korzyść i ostatecznie każdy jakoś tam z tego wychodzi w miarę. Trochę żałuję, że pan Cobble nie zdecydował się na trochę ostrzejsze traktowanie swoich bohaterów, dodałoby to ciężkości tej historii. Ale w sumie biorąc pod uwagę ostatnie strony, myślę, że autor od początku chciał wystosować tą serią idealistyczny przekaz. I na koniec wpadł w bardzo moralizatorski ton.
Do uwag dorzucę też brak ilustracji w ostatnim tomie. Przyzwyczaiłam się do prac pana Woźniaka na stronach tej serii, więc nie rozumiem czemu zabrakło ich na sam koniec historii. Mimo, że słuchałam jej w audio to po każdym fragmencie wertowałam strony książki, by te grafiki zobaczyć.
Ciężar korony uważam, za solidne zakończenie. Autor pozamykał wiele wątków, dając pole nawet tym sięgającym tomu pierwszego.
Cała seria zostanie w mojej pamięci, głownie dlatego, że to pierwsza seria, którą przesłuchałam wspólnie z moim mężem. Mimo, że nie jest to zdecydowanie najlepsza fantastyka z jaką miałam styczność, to dla mnie kojarzy się komfortowo. Seria jest solidna w swej prostocie i na pewno dobra na początek z gatunkiem. Czy jest to coś odkrywczego i nowatorskiego – Nie, ale miło spędziłam z nią czas.