– Co porabiasz, Krzysiek? – No, jestem w Warszawie, staram się nakręcać jakieś filmy, kombinuję, czasem mi wychodzi, czasem nie wychodzi...
Krzyśkowi, synowi urzędniczki i inżyniera budowlanego, "nakręcanie filmów" ostatecznie wyszło. Jak mało komu w polskiej kinematografii. Jak doszło do tego, że chłopak uciekający przed prześladującą jego rodzinę chorobą został reżyserem filmowym? Jak to się stało, że twórca, któremu nawet najbliżsi współpracownicy przepowiadali koniec, odniósł z dnia na dzień światowy sukces? Dlaczego świat końca dwudziestego wieku chciał w nim widzieć proroka? I dlaczego – jak określił to jeden z przyjaciół – sam siebie aż tak bardzo "zarzynał"?
Kieślowski zawsze osiągał cel. Nie było siły, która odwiodłaby go od realizacji zamierzenia. Wolał się zagłodzić, niż pójść do wojska. Do łódzkiej filmówki zdawał trzy razy, bo uparł się, że nie zawiedzie matki. Niemal nigdy jednak, nie był zadowolony z tego, co osiągnął. Wciąż zadręczał się pytaniem, czy dobrze wybrał zawód.
Kieślowski. Zbliżenie to więcej niż biografia reżysera, twórcy m.in. "Przypadku", "Dekalogu", "Podwójnego życia Weroniki" i "Trzech kolorów". To również pełen niuansów reporterski portret artysty, który mimo spektakularnego sukcesu zmagał się z widmem niespełnienia.
Z Kieślowskim mam coś takiego, że to Wielka Postać moich lat licealnych – Wielki Twórca poznany właśnie jako byt egzystujący Wielkimi Literami (właściwie głownie pośmiertelnie), „nasze” nazwisko wśród innych obowiązkowych nazwisk, w czasach gdy oglądałam Bergmana seriami i uczyłam się na pamięć, jaki operator czy kompozytor współpracuje z kim. Kieślowskiego wtedy oglądałam, ale głównie późnego, i się nim zachwycałam, to wyraźnie pamiętam. Mam na strychu jego autobiografię. Mam więcej niż jedną płytę z muzyką do jego filmów. Mam dobre wspomnienia. Ale nie widziałam żadnego jego filmu od 20 lat i nie myślałam o nim prawie wcale, a w międzyczasie okazało się, że obiegowa opinia o Kieślowskim (przynajmniej w moich kręgach) trochę się zrewidowała – Wielki Twórca jest nudny, manieryczny, „filozofujący na siłę”, naiwny, „zbyt kościelny”, sztuczny, itd. itd. Od biedy wypada lubić jego stare dokumenty. Dowiedziałam się tego wszystkiego gdzieś pomiędzy premierą tej biografii a kolejną rundą, którą po fejsie robił wywiad z Ishiguro, który w 1995 w Cannes był w słynnym jury, które nie przyznało Złotej Palmy „Czerwonemu”. Przypomniawszy sobie o Kieślowskim, kupiłam biografię. Pewnie zamiast tego powinnam obejrzeć jeszcze raz „Weronikę” czy „Niebieski” i sprawdzić, czy nadal działa, ale po co to komu – jeszcze wyjdzie, że nie.
Z książki Surmiak-Domańskiej nie dowiemy się czy Kieślowski był Wielkim Twórcą czy twórcą średnim; autorka nie jest filmoznawcą, nie jest nawet wielkim fanem kina i nie porywa się na żadne sądy – przytacza nam za to dużo opinii osób mniej i bardziej postronnych – przyjaciół reżysera, kolegów i koleżanek po fachu, gazetowych recenzentów, macherów filmowego świata (witamy Henry’ego Weinsteina, nie dało się go uniknąć, ale czyta się to dziwnie w roku 2018). Opinię mamy wyrobić sobie sami. Tak samo jak o Kieślowskim człowieku, którego postać autorka buduje tak samo ze skrawków wspomnień i opinii ogromnej liczby osób pamiętających go podobnie, ale nie całkowicie zgodnie. Reporterska robota została zdecydowanie wykonana solidnie, widać te trzy lata docierania do źródeł, widać dostęp do materiałów rodziny. Nie buduje się tutaj pomnika ze spiżu, choć zdecydowana większość ludzi mówi o Kieślowskim bardzo dobrze. Są wady, są fakty dwuznaczne, są słabości.
Przez trzy czwarte książki byłam pewna, że jest to pozycja, w której osoba, która Kieślowskiego nie lubi (lub po prostu nawet nie zna) nic dla siebie nie znajdzie. Oczywiście jak w każdej solidnie zrobionej biografii jest tu dużo historii społecznej – trochę interesujących faktów na marginesie; ciekawe spojrzenie na życie i politykę PRLu, bo z mniej typowej strony determinowanej zawodem postaci. Dla kogoś, kto kinem się interesuje samo czytanie o czynnikach warunkujących robienie filmów (szczególnie dokumentów) „za komuny” jest niezaprzeczalnie ciekawe. Bo filmy dokumentalne robi się wtedy trochę po prostu, żeby je robić, by może pokazać je na małym festiwalu gdzieś za granicą i czekać, aż kolejna zmiana władzy wyjmie je nagle jak króliki z kapelusza za lat 3 lub 6, lub czekać i się nie doczekać, bo władza ich nigdy nigdzie nie pokaże, lub robi się je na zamówienie, „na temat”, usiłując zrobić coś, co zadowoli władzę, ale nie zaszkodzi postronnym. Filmy robi się lawirując, sztukując, stosując dużo wytrychów i prześlizgując się między regułami. Robi się je ostrożnie, bo alternatywy bywają brzemienne w skutkach (Kieślowskiemu udaje się w życiu popełniać błędy i wypuścić dokumenty, których wymowy żałuje). Mnie te historie wciągały mocno, ale kogoś mniej wciągniętego w kino podejrzewam wciągałyby o wiele mniej.
No ale jest jeszcze ostatnia jedna czwarta książki – Kieślowski metafizyczny i ten Kieślowski „francuski”, którego pamiętam z dzieciństwa. I to jest najbardziej fascynująca część tej książki, bo pokazuje człowieka, który z wyraźnym trudem odnajduje się w rzeczywistości. Człowieka rzuconego w wir gigantycznych zmian, który finalnie odniósł sukces, taki, jaki do tej pory uchodzi w Polsce za najbardziej wartościowy, czyli „sukces zagraniczny”, a jednocześnie kompletnie się w tym pogubił (lub nie kompletnie, znów autorka zostawia to nam do oceny). Kieślowski nie odnajduje się w rzeczywistości właściwie już w latach 80., w stanie wojennym, w rosnącej polaryzacji opinii i społeczeństwa – jego pesymizm każe mu patrzeć z pewnym sceptycyzmem na Solidarność, jego skłonność do empatii i szukania tego, co ludzkie, wszędzie i zawsze, objawia się zbyt łagodnym podejściem do władz, a niechęć do bitew politycznych nie pozwala iść na barykady. Nie chce popierać stanu wojennego, ale nie przyłącza się do „Solidarności”; w piwnicy trzyma zapas benzyny na dojazd do granicy „jakby wojska radzieckie weszły”. Nie kręci nic przez 3 lata aż zdobywa pozwolenie na kręcenie „Dekalogu”, który nie jest wyrazem jego religijności (Kieślowski jest już wtedy na kościół „obrażony”) tylko objawem zamyślenia nad ludzkimi wyborami i przede wszystkim samym sobą. Skręca mocniej w metafizykę. Nikt nie wydaje się tym być zainteresowany.
I wtedy właśnie upada komunizm. Polska jest nagle interesująca, przez chwilę jest w modzie. Bycie Polakiem jest romantyczne, jest melancholijne, „egzotyczne”. Na zachodzie otwierają się drzwi – wpada w nie „Krótki film o zabijaniu”, a potem „Krótki film o miłości” (5 i 6 część Dekalogu). Cannes koronuje nowe guru. Znajdują się pieniądze i współpracownicy, Kieślowski kręci dalej we Francji. Kręci jak szalony, w gigantycznym stresie, pod presją czasu, z niepewnością, od której całe życie wydawał się wolny, w kulturze, której nie lubi i nie zna. Pierwszy raz w życiu przejmuje się liczbą widzów i zyskami, boi się „zawieść” zachwyconych poprzednimi dziełem krytyków. W momencie, gdy może dyktować wszystkim warunki, ponieważ jest rozchwytywany, narzuca sobie nieludzkie tempo, prawie nie śpi, żyje na papierosach i kawie, stresuje się, nakręca, wykańcza. Odnalezienie się w kapitalistycznej rzeczywistości przychodzi mu z wielkim trudem choć wydaje się być na samym jej szczycie.
Kieślowski umiera półtora roku po premierze „Czerwonego”, na zawał serca. Czytelnik zostaje z dojmującym wrażeniem, że przez ostatnie kilkadziesiąt stron czytał o rozciągniętym w czasie samobójstwie. I to wykraczaj już poza krąg rzeczy interesujących tylko dla "wtajemniczonych".
Zwykly, niezwykly czlowiek. Rezyser, ktory przeszedl droge od szykanowanego i wysmiewanego, do wielbionego i traktowanego niemal jak Boga. A najwazniejsze, zawsze pozostal soba, gosciem, ktory wpada do sasiada, zeby naprawic mu spluczke.
Po przeczytaniu tej biografii mam do Kieslowskiego jeszcze wiekszy szacunek. Oddawal siebie calkowicie. Robil swoje, nie baczac na opinie swiata. Poza portretem rezysera, jest to tez ksiazka wiele mowiaca o czasach komunizmu i o ludziach tamtego pokolenia. Zrozumialam pare rzeczy, z ktorych wczesniej nie zdawalam sobie sprawy. A i do Ninateki warto zajrzec przy okazji i obejrzec filmy, o ktorych mowa. Naprawde niezla uczta! :-)
Ta biografia może wzbudzić sentyment i zainteresowanie wśród osób dobrze pamietajacych komunizm i kinematografie lat 70-90-tych.
Sporo dowiedziałam się o Kieślowskim i jego twórczości mimo tego, że jego filmy były mi dość dobrze znane. Największym atutem tej książki i jej autorki jest jej .... ambiwalencja. Często czytelnikowi wydaje się, że autorka wręcz nie pała sympatią do reżysera, nie mówiąc już we o pisaniu "laurki". Uważam tego typu biografie za najbardziej wartosciowe, bo dają czytelnikowi przestrzeń do własnej interpretacji zachowania podmiotu w danej sytuacji. Autorka z pewnością włożyła wiele pracy i czasu w zgromadzenie obszernego materiału, który wydaje się być rzetelnie zebrany.
Jeśli chodzi o minusy to z pewnością nie jest to dobrze literacko napisana książka. Przede wszystkim zabrakło mi tu jakiejś spójności i porządnej redakcji tekstu. Niby generalnie autorka trzyma się chronologii wydarzeń, ale bardzo często, zupełnie bez żadnego logicznej przyczyny, przeszukuje na inny wątek dekady przed lub po omawianym wydarzeniu. Było to dla mnie zupełnie niezrozumiałe i niczemu niesłużące. Językowo też było kilka podknieńć i zabrakło mi tu jakiejś .....nie wiem....finezji. Trochę to wszystko "grubo ciosane", że tak się kolokwialnie wyrażę.
Najbardziej ciekawy wydał mi się jednak fakt, że mimo dziesiątek wywiadów i zebranych informacji, nie ma ich właściwie od jedynej i wieloleniej żony reżysera..... I nie sądze, żeby to było z braku chęci bądź zaniedbania autorki. Myślę, że to bardzo wyjątkowe i godne zastanowienia, że w świecie, gdzie publicznego prania brudów nie są w stanie ustrzec się nawet królewskie dwory, ktoś jeszcze rozumie, że świętości istnieją....
Okres liceum to była fascynacją Kieślowskim. Od lat chcę powtórzyć sobie jego filmy, nawet już je zgromadziłam, ale jakoś odwlekam i odwlekam. Po tej biografii już nic nie będę odwlekać. Surmiak-Domańska wykonała tytaniczną pracę, żeby przybliżyć postać słynnego reżysera. To chronologiczna opowieść o życiu Kieślowskiego, o którym, przyznam, nie wiedziałam nic. Ciąg dalszy: https://przeczytalamksiazke.blogspot....
Technicznie bardzo udana biografia, ale pozbawiona emocji, uczuć, "tego czegoś". O tym i kilku innych sprawach dzisiaj chciałbym, żebyśmy porozmawiali.
Jest w literaturze taki moment najważniejszy, miejsce, w którym decyduję się, że dana opowieść jest tym, za czym chcę podążać. Czasem bywa to już pierwsze zdanie, niekiedy bohater, miejsce, sytuacja, fragment, rytm, cytat. Bywa różnie, ale szukam zawsze "tego czegoś", co sprawi że nie będzie to kolejna książka, którą po prostu przeczytałem. Oczekiwań wobec nowej książki Katarzyny Surmiak Domańskiej miałem sporo i po trochu zostały one spełnione, po trochu może czytelnik-Szot chciał za wiele, po trochu może biograficzny gatunek nie pozwolił autorce na poszybowanie na literackie poszukiwania.
W książce “Światło obrazu. Uwagi o fotografii” Roland Barthes przedstawia dwie kategorie, którymi możemy opisywać oddziaływanie fotografii na odbiorcę - “studium” i “punctum”. “Studium” to ogólne tło, które jest łatwe do odczytania, odwołuje się do tego co znamy (albo możemy sobie wyobrazić jako istniejące). Przenosząc to na literaturę - jest to narracja, która w biografii musi wystąpić - bohater rodzi się, uczy, zakochuje, pracuje, odnosi sukces (lub porażkę) i umiera, tak w wielkim skrócie wygląda biografia większości z nas. Dzieje się to w jakimś czasie, miejscu i pośród przedmiotów i ludzi. “Punctum” zaś to szczegół, który uwiera, zatrzymuje oglądającego i decyduje o tym, że coś zapada nam w pamięć. “Punctum” w biografii może być osobistym zaangażowaniem biografa, który przełamie opowieść, pokazując własne zmagania z tworzeniem historii, ale może być też opowieścią o poszczególnych elementach biografii, które pozornie odległe lub oddalające od głównego nurtu,decydują o tym, że zapamiętujemy kolor włosów, imię ukochanego psiaka, jakąś letnią wycieczkę, markę sprzedanego samochodu. Surmiak-Domańska doskonale potrafi w ”studium”, o “punctum” zapomina.
Na “Kieślowskiego” składają się ustalenia biografki, wspomnienia świadków, dokumenty z epoki, relacje poboczne i to wszystko jest ułożone wręcz perfekcyjnie - zarówno zachowane są proporcje (zbyt dużo o liceum nie można, skoro to filmówka była szkołą bardziej znaczącą, o szkole też nie za wiele, bo przecież chcemy czytać o słynnym reżyserze, o filmach dużo, bo to najważniejsze dzieło), jak i robi wrażenie rozmach autorki w serwowaniu nam cytatów, mnożenie bohaterów drugoplanowych, ciekawość w zakresie obyczajowym (choć miejscami można było się bliżej przyjrzeć postawom etycznym). Tu wszystko jest tak jakby perfekcyjnie, dopieszczone i jednak dość gładkie. Oczywiście jest to piątka w kategorii literatura biograficzna, ale sądzę, że Surmiak-Domańska w swoich poprzednich książkach była bliżej szóstki. Doceniam zwłaszcza uniknięcie kanonizacji i trzeźwe spojrzenie na Kieślowskiego - człowieka, który wziął się z przypadku i choć stworzył niezwykłe kino, było ono pełne pytań, bo ich autor nie czuł się wyrocznią i wieszczem, do czego czasem chcą nas przekonać osoby o nim piszące. Ten trzeźworozsądkowy portret bardzo mi się podoba i doceniam opanowanie autorki.
Brakuje mi jednak takiego reporterskiego podążania za szczegółem, za sprzedanym samochodem, nawet historia szalonego kolegi ze studiów, choć pociągnięta (autorka rozmawiała z bohaterem telefonicznie), jakoś jednak nie dźwięczy odpowiednio. Matka bohatera kieruje stołówką? A co tam jedzono? Sztućce były przytwierdzone do blatów? Co jest tam dzisiaj? Sokołowsko to wdzięczny temat do poszukiwań. Dolnośląska przeszłość obfituje w smaczki, które można było już na pierwszych stronach książki wydobyć mocniej i się nimi pobawić. Ostatnie lata pokazały, że najlepsze biografie to nie te, które “po bożemu” podchodzą do gatunku, a te, które wprowadzają do niego zamęt - reportaż czy esej intelektualny są gatunkami idealnymi do wykorzystania w opowieści biograficznej.
Zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby Surmiak-Domańska poszła tymi wszystkimi tropami, to powstałaby książka, która ma 800 stron, ale może byłaby jednak bardziej wpadająca w pamięć i “z biglem”. Bardzo tu reporterskiego pazura brakuje, bo to, że autorka ma opanowaną materię biograficzną, to oczywiście robi wrażenie i doceniam, ale traktuję to jako oczywistość i nie takich książek szukam. Mogę przeczytać biografię kogoś, kto mnie kompletnie nie interesuje (Kieślowski mnie interesował), ale dzięki zaskakującym momentom, “punctum” właśnie, okaże się, że jest to opowieść o świecie, na którą od zawsze czekałem.
Podtytuł książki Surmiak-Domańskiej to “zbliżenie”. Zaskakująco korespondujący z moimi intuicjami, że właśnie zbliżeń mi zabrakło. Najwyraźniej inaczej je rozumiemy. Jak pisał w portalu Proarte Marcin Schulz, “przeżycie punctum jest momentem subiektywnym, bezpośrednim i oczywistym – a więc nie poddającym się dyskursywizacji”. Fenomenologia Barthesa nie poddaje się w pełni logicznemu wyjaśnieniu - ’punctum’ może być coś na drugim planie, czasem wydarzenia z głównego wątku, zawsze jednak ‘punctum’ to coś, co się dzieje pomiędzy dziełem a widzem. Moment uwagi, zaciekawienia, te trzy sekundy, które na fejsie decydują, że szerujemy lub później mówimy “widziałem taki mem”, dzielimy się ze znajomymi uwagą, że “czytałem taką biografię”. To jest bardzo dobra książka, z której pewnie nie wiele zapamiętam, nie mam wiele do cytowania, mało tu było “punctum”.
”Punctum” to według Barthesa “przypadek, który (...) celuje we mnie”. Jakoś mi smutno, że w biografii reżysera, a więc człowieka pracującego właśnie nad ciągłym szukaniem ‘punctum’, mnie to olśnienie nie napotkało. Choć może nie powinno? Bo “punctum” są tu filmy i dzieła, a nie życie, które jak się okazuje byłoby całkiem zwyczajne, gdyby nie przypadek. Przypadkiem Kieślowski został Kieślowskim. I pokazanie tego to jednak wielka zasługa Surmiak-Domańskiej.
Mam potężny problem z tą książką. Doceniam risercz i jest to momentami bardzo dobrze napisane ALE -nie ma w tej biografii spójności czasowej, w losowych momentach pojawiają się małe rozdzialiki traktujące o nieistotnych postaciach/wydarzeniach, zupełnie jakby ta książka miała być klasyczną biografią przemieszaną z randomowymi tekstami "prasowymi" - brykowe omówienia filmów Kieślowskiego i faktów z historii Polski (na litość Thora, wszyscy wiemy, czym była "Solidarność". Generalnie ta książka mogłaby być spokojnie krótsza o 200-250 stron. Męczyłem tę książkę prawie miesiąc, odłożyłem z uczuciem ulgi i mimo wszystko trochę zmarnowanego czasu
Such an amazing journey and an exceptionally well-written biography. Krzysztof Kieślowski is without doubt one of my favorite directors. I especially value 'Blue' - the first installment of the 'Three Colours' trilogy. It was a great opportunity to get to know him better, look closer at his life, full of obstacles, persistence and dedication and his extraordinary personality. I hope to revisit his work once again after reading this book and probably I will look at his movies differently than before.
Zapomniałam o Kieślowskim, mimo (mało oryginalnej) fascynacji w okresie licealnym. Nie tylko zapomniałam, ale przesunęłam do szufladki, w której wylądowali Wharton, Irving i Coelho. Dopiero „Kino moralnego niepokoju” w reżyserii Borczucha odświeżyło mi „Amatora”, a ten przypomniał, że Kieślowski to nie tylko okres „francuski”. A doskonała biografia autorstwa Katarzyny Surmiak-Domańskiej uświadomiła mi jak niewiele o Kieślowskim wiedziałam. W niezwykle równej, nietracącej ani na moment tempa i uwagi czytelnika biografii, reporterka wielowymiarowo przedstawia reżysera i jako człowieka i jako artystę. Kieślowskiego poznajemy dzięki wypowiedziom jego przyjaciół, znajomych z dzieciństwa, studiów i pracy, krytyków filmowych, fanów i wrogów. Do tego tło powojenna historia z odrobiną polityki przez pryzmat środowiska ludzi filmu, teatru i kina. Niesamowicie ciekawe fakty z historii obu polskich szkół filmowych, tygodnika Polityka czy Zespołu Filmowego Tor. Jak to się cudownie czytało! I choć nie było to celem autorki to polubiłam Kieślowskiego z jego ogromnym autokrytycyzmem i towarzyszącą mu ascedią.
When author focus on Kieślowski and his movies it's very good. Unnecessary beginning about childhood, too long and unimportant. Characteristical for journalists thinking they're writers tries to improve style is pathetic and annoying sometimes. But historical background presented honestly and Kieślowski described as complex human being not only as very good director but also as sometimes annoying personality.
Dużo historii polskiego kina, dużo kontekstów, dat i rozmów, które pozwalają poznać lepiej Kieślowskiego (choć sam na to zbytnio nie pozwalał). Nie wchodzimy mu do głowy, ale sklejamy obraz swój na podstawie opinii jego bliskich i osób z branży. Autorka nie odpowiada też na pytanie, czy był to wielki reżyser, odpowiedzi trzeba udzielić sobie samodzielnie.
„Kieślowski. Zbliżenie” to pięknie napisana biografia przez Katarzynę Surmiak-Domańską. Rzetelna szczegółowa, bez ubarwień i zbędnych uniesień. Ciekawa postać, jak również życiorys który przekładał sie na tworzone filmy.
4,5 gwiazdki Bardzo dobra i - wydaje mi się - troszku niedoceniona biografia, dzięki której zbliżamy się nie tylko do jakże ciekawej postaci, jaką był Kieślowski, ale i do "ciekawych czasów", w których przyszło mu żyć. Niczym przy dobrej powieści przeżywamy różne emocje, śmiejemy się i wzruszamy, na zakończeniu płacząc obficie; jak przy dobrej książce historycznej mamy poczucie, że autorka potraktowała nas uczciwie, sumiennie wykonując swoją pracę i nie dążąc do uproszczeń. Postać Kieślowskiego to legenda, której dotykamy nawet nie znając jego filmów, zaś z każdym kolejnym filmem - tak to wygląda przynajmniej w moim wypadku - reżyser staje się nam bliższy i coraz bardziej intrygujący jako osoba. Bo jaką trzeba mieć wrażliwość, jaką czułość dla drugiego człowieka, żeby zrobić "Czerwony"? Jednym z bardziej pamiętnych momentów z książki będzie wspomnienie o Kieślowskim jako nauczycielu, których dla swoich uczniów był guru, podczas gdy Wajda - mistrzem, i cudowne rozróżnienie pomiędzy tymi kategoriami. Kieślowski był również synem, bratem, mężem, ojcem, przyjacielem (przecudownie rozpisana tutaj relacja z Hanną Krall i przepiękny fragment o szczerej zazdrości pisarki o sukcesy filmów Kieślowskiego w Brazylii <3), miłośnikiem samochodów jeżdżącym jak wariat, zadeklarowanym pesymistą, przede wszystkim zaś: reżyserem i dzieckiem swojej epoki.
Poza tym: świetny audiobook czytany przez Artura Barcisia. Nie wiem jak udało mu się to zrobić, że kiedy czyta cytaty z Kieślowskiego i naśladuje przy tym jego sposób mówienia, wychodzi mu to bardzo wiarygodnie i bez najmniejszego efektu śmieszności. Wersja papierowa również prezentuje się zachęcająco.
„Kino to jednak śmiertelnie poważna sprawa, można w nim siebie zobaczyć.” / biografia przejawiającego genetyczną skłonność do smutku Krzysztofa Kieślowskiego, reżysera pośredniczącego w trudnej drodze człowieka do poznania samego siebie.