Na brzegu Wisły zostaje odnalezione ciało brutalnie zamordowanego mężczyzny. W śledztwo angażuje się brat Gotfryd, doświadczony inkwizytor, mający za sobą dochodzenia w Prowansji oraz Italii przeciwko katarom i waldensom. U boku mnicha staje dwóch rycerzy z Małopolski − Jaksa, pogrążony w dekadencji członek zasłużonego rodu Gryfitów, oraz Lambert z Myślenic, szlachcic drobnego znaku, a zarazem wybitny fechmistrz. Dawni kompani szybko natrafiają na ślady wiodące do ruin owianego złą sławą zamku Lemiesz. Poszukiwania zabójcy zostają jednak przerwane przez doniesienie o kolejnym zgonie. W zgorzałym dworze pewnego magnata zostaje odkryte ciało zwęglonego rycerza – zginął w czasie odprawiania pogańskiego rytuału przed obrazem, którego nawet ogień nie odważył się tknąć.
Rozpoczyna się awanturnicza przygoda, prowadząca towarzyszy prosto w cień doliny mieczy. Teraz mogą ufać już tylko sobie nawzajem.
3.5 Pierwsze spotkanie z p. Grzegorzem bardzo udane. Kryminalna zagadka mniej mnie wciągnęła, ale panowie Jaksa i Lambert ... No lubię łotrów 😊 Z polecania śmietniczka czyta się dobre książki. Dziękuję Kaśka Zaw i Ola ❤
„Pęknięta Korona” to książka, która nie wie czym chce być. Z jednej strony dostajesz średniowieczny kryminał, z drugiej strony jakieś niepokojące elementy słowiańskich wierzeń, a w trzeciej fanfic Inkwizytora ale napisali bez Piekarowego pierdolenia i dziadowstawa i magii. wszystko to oparte na fascynujących, ale dziwnie rozwlekłych postaciach. Kiedy zacząłem to czytać to miałem poczucie, że będę świadkiem jakiejś wielkiej intrygi i zbrodni z politycznym tłem. A co dostałem? No, w sumie, historię, która bardziej rozkręca się na… klimacie.
Klimat, klimat i jeszcze raz klimat
Kiedy sięgnąłem po kiążkę, miałem nadzieję na solidną dawkę średniowiecznego klimatu. I muszę przyznać, że nie zawiodłem się. Mamy tu Kraków z 1273 roku, śmierć tajemniczego mężczyzny, trójkę głównych bohaterów i intrygę, która kręci się wokół pogańskich rytuałów. Fajnie, że autor zbudował w ten sposób atmosferę, łącząc elementy historyczne z folklorem. Ale... trochę się zawiodłem na tym, jak to wszystko się rozwija.
Wielgus świetnie buduje klimat średniowiecza. Mamy tu Kraków, okolice Wisły, mnóstwo odniesień do średniowiecznej Polski i wierzeń ludowych. Strzygi, rusałki, wąpierze (ale nie namacalce za co plus) to wszystko świetnie współgra z głównym wątkiem, choć momentami przypomina bardziej literaturę fantasy, niż historyczną powieść. Ale tu znów pojawia się problem: z jednej strony autor daje fajne odniesienia do kultury i tradycji, a z drugiej to wszystko jest trochę „na powierzchni”. Czegoś mi zabrakło w tej całej głębi społecznej, kulturowej, może nawet psychologicznej, której w historii średniowiecza mogłoby być więcej. Wszak to czasy, kiedy polityka, religia i codzienne życie były przepełnione hierarchią, władzą i strachem.
Kasztany i fabuła dość.. Łatana + technikalnia
Zacznijmy od bohaterów. Gotfryd, inkwizytor, który w zasadzie nie mówi prawie nic, ale budzi niepokój na każdym kroku. Jaksa Gryfita, rycerz, który na co dzień raczej pije, niż walczy, ale ma nieziemski humor. I w końcu Lambert, który z ubogiego rycerskiego rodu musiał do wszystkiego dojść sam postać z potencjałem, chociaż nie do końca rozbudowana. I to chyba największy zarzut do tej książki: bohaterowie są wyraziste, ale jakoś mało „żywe”. W zasadzie za mało o nich wiemy, przez co, mimo że są ciekawi, w końcu stają się trochę płaskimi figurami na tle głównego śledztwa.
No właśnie, śledztwo. Zaczyna się mocno, bo już od pierwszych stron książki mamy morderstwo, zmasakrowane ciało i tajemnicze okoliczności. Potem wszystko się rozwija, pojawiają się kolejne ciała, z którymi bohaterowie muszą sobie poradzić. To, co mi się podoba, to fakt, że autor nie daje tu jakiejś wielkiej sensacji czy zaskakujących zwrotów akcji. W sumie cała historia toczy się raczej powoli, w klimacie detektywistycznym, ale... nie wiem, czegoś mi zabrakło. Z jednej strony fajnie, że nie ma tu zbyt wielkiego chaosu, ale z drugiej cała intryga pozostaje w cieniu bohaterów i raczej nie porywa aż do końca.
No i jeszcze język. Muszę przyznać, że był momentami trochę... za patetyczny. Dialogi były ok, ale miałem wrażenie, że bohaterowie mówili jakby pisali oficjalne dokumenty. Czasami może to pasować, bo książka stara się być zgodna z językiem z XIII wieku, ale momentami brzmi to sztucznie, jakby ktoś przemawiał do tłumu.
Podsumowanie + dlaczego to Lepszy Inkwizytor
„Pęknięta korona” to lepszy Inkwizytor po prostu dlatego, że nie dziaduje i działa. Nie musi być homofobiczna seksistowska i etc by być mroczna i ciężka klimatem. Bardzo kojarzyło mi się to z Inkwizytorem Piekary ale takim napisanym ze smakiem.
To książka, która ma potencjał, ma świetny klimat i naprawdę ciekawe pomysły, ale nie do końca wykorzystuje to, co mogłoby ją wynieść na wyższy poziom. Bohaterowie, mimo że wyraziści, pozostają trochę płascy. Śledztwo wciąga, ale nie do końca porywa. I w końcu coś, co najbardziej mi przeszkadzało wszystko toczy się w zbyt wolnym tempie. 2.5/5
Pęknięta korona to książka, którą potraktowałam jako odskocznię od tego co normalnie czytam. Po pierwsze różni się tematyką jak i długością od moich codziennych lektur. Jest to niepozorne dwieście stron, które mnie bardzo zaskoczyło.
Cała opowieść zaczyna się w momencie wyłowienia z Wisły martwego szlachcica. Szybko okazuje się, że jest on obcokrajowcem, a ślady wskazują na to, że został zamordowany. Wkrótce też pojawia się drugi trup, w spalonym dworze bogatego szlachcica. Tutaj wszystko wskazuje na zgoła odmienny los. Mężczyzna zginął podczas odprawiania heretyckiego rytuału. Czcił obraz, który uniknął losu domostwa.
Śledztwo prowadzi dwóch rycerzy i mnich. Jeden z nich jest tym, który wyłowił nieszczęsne zwłoki, drugi jego przyjacielem, a mnich to bernardyński inkwizytor znany obu rycerzom.
Książkę Wielgusa charakteryzuje, stylizowany barwny język, dzięki któremu z łatwością poczujemy się jakby przeniesieni w XIII wiek. Stylizacja całej powieści, łacińskie wstawki w rozmowach, imiona bohaterów. To wszystko robi świetną robotę i wcale nie nudzi, ani nie męczy, czego obawiałam się najbardziej. Smaczku dodaje także otoczka z wierzeń i zabobonów wciąż obecnych w chrześcijańskim narodzie.
Akcja prowadzona jest liniowo. To znaczy od jednej wskazówki do drugiej, od rozmowy z jednym, do rozmowy z kolejnym zamieszanym we wszystko człowiekiem. Czasem także pojawia się jakaś poboczna sprawa, która jednak zostaje szybko rozwiązana. Ten zabieg sprawił, że czułam się trochę jak w grze, gdzie podążając za kolejnymi krokami wykonujemy główne zadanie. To wrażenie miałam zwłaszcza w początkowej części Pękniętej korony. Takie trochę Wiedżninowo-Gothicowe klimaty.
Jaksa i Lambert byli charakternymi, inteligentnymi postaciami. Każdy miał swoje za uszami, choć autor nie zagłębiał się zbytnio w przybliżenie mam ich. Z całą pewnością stwierdzić mogę, że uwielbiali piwo, miód i inne trunki, nie brakowało im odwagi i rozumu. Obaj wzbudzili moją sympatię i pod koniec żałowałam, że muszę się z nimi rozstać. Brat Gotfryd też był dobrze wykreowanym bohaterem, jednak postacie związane z kościołem bardzo rzadko wzbudzają moją sympatię. Nie obwiniam tutaj inkwizytora, który, gdyby był kimkolwiek innym, zapewne również zyskałby moje uznanie. A tak doceniam jego chęć rozwikłania zagadki i włożony w to wysiłek, ale nic więcej.
Trzecie podejście do Wielgusa, bodaj jego druga powieść w dorobku (po vanity'owym Krzyżowcu) i znów mam poczucie, że mogło być naprawdę dobrze, a gdzieś po drodze rozeszło się to na boki.
Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to nierówne tempo. Z początku intryga rozwija się dość powoli, mimo trupa już na pierwszych stronach. Między ok. połową a 2/3 jest już naprawdę nieźle - z grubsza wiadomo kto jest przeciwnikiem i co leży na szali, by na końcu zarżnąć historię przeciągniętym, suchym opisem batalistycznym. Nie zdołałem nabrać sympatii do bohaterów, niespecjalnie więc interesowało mnie ich przeżycie. O ile w ramach fabuły stawka podnoszona była wyżej i wyżej, to na końcu zabrakło "spłacenia" (payoff) tego najwyższego poziomu - wpływu na świat. Można się tego domyślić, ale sam finał nie usatysfakcjonował mnie, ucięcie wątków w takim miejscu pozostawia duży niedosyt. To nawet nie otwarte zakończenie, bliżej tu do braku zakończenia, którego wyobrażenie autor zrzucił na mnie.
Jeśli chodzi o bohaterów, to co do zasady brakuje im głębi - najlepiej wypada tu inkwizytor Gotfryd, zwłaszcza w momentach kiedy musi dokonywać wyboru między mniejszym a większym złem (jak w przypadku Leszka czy pod koniec). Jaksa, pierwszy bohater wspierający, zaliczył nieładny ekspozycyjny wyrzut treści żołądka, gdzie po prostu tłumaczy czemu mu tak źle w życiu - zupełnie bez powodu, niepytany. O Lambercie, drugim z towarzyszy Gotfryda, wiadomo jeszcze mniej, toteż gdy bliżej zakończenia pojawia się go nieco więcej, niespecjalnie dbałem o jego losy. Cała paleta postaci drugo- czy trzecioplanowych ma co do zasady proste cele, czasem dla niepoznaki ukryte pod płaszczykiem zmyłki na potrzeby fabularne. Dotyczy to przede wszystkim antagonistów, początkowo nieznanych, później wychodzących na światło dzienne. Wszak miał to być kryminał. I momentami działało to naprawdę dobrze, najbardziej satysfakcjonująca mnie część to fragmenty gdzie Gotfryd zaczyna łączyć kropki i ukrywa część posiadanej wiedzy. Zatem dało się.
Nie jestem pewien przynależności gatunkowej "Pękniętej korony", początek bliższy jest kryminałowi, później przeradza się to w powieść przygodową, może awanturniczą. Autor nie trzymał się do końca prawideł, balansując na granicy, a czasem dowolnie je przekraczając - czuć było nuty Inkwizytora, ale i Trylogii husyckiej, bardziej w formie powidoków niż bezpośrednich nawiązań. Niestety zabrakło przy tym zaufania do czytelnika, dość częstą manierą jest nadmierne tłumaczenie sytuacji, począwszy od tak prostych elementów jak skromne krzesło mające pokazać dysonans w pozycji społecznej uczestników sceny, ale również w przypadku samej intrygi. Wolałbym sam do tego dojść. Wtrącone na siłę żarty (znane mi już z Erkal) nie znalazły we mnie sympatyka. Niejako zmarnowane znaki, zwłaszcza w przypadku pozycji tak krótkiej, tym bardziej że ilość poruszonych tu wątków zasługiwała na nieco obszerniejsze rozwinięcie. Inkwizycja i rola Kościoła w małopolskim księstwie, polityka zagraniczna Piastów, segregacja stanów i rozgrywki pomniejszych władyków - tematów było aż nadto, każdy liźnięty, ale żaden należycie wyeksploatowany. Szkoda, bo - jak i wcześniej - widać potencjał.
Nie przekonał mnie klimat, wyraźnie silący się na środkowe średniowiecze - archaizacja wypowiedzi bardziej przysłużyła się zwiększeniu patosu niż oddaniu dawnego świata. Folklor pojawia się kilkukrotnie i pełni raczej rolę służebną, by umknąć przed kopytami rycerskich wierzchowców pędzących w środek politycznej awantury. Mam wrażenie, że całość sprawdziłaby się lepiej jako low fantasy, w oderwaniu od realiów historycznych, choć luźno na nich bazując.
Jak na drugi tytuł autora - dobrze. Jak na całość rynku - średniak. Dobre czy poprawne elementy nie ukrywają dość dobrze tych słabszych. Głównym wyróżnikiem może być osadzenie w realiach rozbicia dzielnicowego, ale nie zostało to zrealizowane dość dobrze, by stanowiło wystarczającą zachętę. 2,5/5.
Czy można napisać kryminał i obsadzić akcję w średniowieczu? A jeśli do tego dodamy pogańskie wierzenia i słowiańskie stwory to czy to wciąż będzie dobra książka? Otóż tak! Grzegorz Wielgus w „Pękniętej koronie” udowadnia, że takie połączenie jest możliwe.
Akcja rozgrywa się w Krakowie i okolicach w roku 1273. Mamy tutaj aż trzech głównych bohaterów — tropiącego herezję inkwizytora — brata Gotfryda, pogrążonego w dekadencji zasłużonego członka rodu Gryfitów rycerza Jaksę oraz szlachcica i mistrza fechtunku — Lamberta. Na brzegu Wisły Jaksa znajduje ciało brutalnie zamordowanego mężczyzny. Wszystko wskazuje na to, że był cudzoziemcem. Tylko co oznacza znaleziona przy zmarłym figura szachowa z bardzo rzadkiej kolekcji? W śledztwo angażuje się cała trójka bohaterów. Ślady zbrodni prowadzą aż do ruin owianego złą sławą zamku Lemiesz. Poszukiwania zabójcy zostają jednak przerwane informacją o kolejnym zgodnie. We dworze pewnego magnata zostają znalezione zwęglone ciało rycerza. Okazuje się, że odprawiał on pogański rytuał przed obrazem „Udręczony Strzygoń”. Dlaczego nawet ogień nie odważył tknąć obrazu? Czy do Krakowa dotarły jakieś ciemne moce? Awanturnicza przygoda dopiero się zaczyna!
Mam tylko jedno ogromne zastrzeżenie odnośnie do książki Grzegorza Wielgusa. Za szybko się kończy! Dlaczego ma tylko 240 stron? Książka ma ogromny potencjał, ale czy został w pełni wykorzystany? Plusem na pewno jest język, którym posługują się bohaterowie. Większość czytelników może odebrać język jako trudny, bo pojawiają się łacińskie zwroty oraz archaizmy, ale nadaje to autentyczności. Dialogi pomiędzy Jaksą a Lambertem są pełne humoru. Zastanawiają mnie tylko niektóre porównania użyte w dialogach, wydają mi się bardzo współczesne. Mogę przyczepić się też do przekleństw, które w 1273 nie były jeszcze używane, a pierwsze dokumenty z zapisanym przekleństwem datuje się na 1415 rok. To już chyba moje językoznawcze zawodowe czepialstwo. Zasugerowałam się okładką i po wzięciu książki do ręki obstawiałam, że głównym bohaterem będzie brat Gotfryd. Nie jestem rozczarowana tym, że to nie on jest w centrum wydarzeń, a do głosu zostali dopuszczeni też rycerz i mistrz fechtunku. Moim ulubieńcem został Jaksa, typ humoru i sarkazmu, który sobą reprezentuje, bardzo przypadł mi do gustu. Sami bohaterowie to rycerze z krwi i kości. Autor w skrupulatny sposób przedstawia samych bohaterów, ale skupia się także na ich strojach czy cechach charakterystycznych związanych z urodą. Jednak za wiele nie wiemy o samych bohaterach, choć ujawniają niektóre fakty z życia, to ogólnie ich przeszłość jest owiana tajemnicą i mam nadzieję, że autor wątek postaci rozwinie w kolejnych częściach.
Wątek kryminalny jest prowadzony bardzo ciekawie i można rzec, że „im dalej w las, tym więcej trupów”. Przygody pojawiają się jedna po drugiej, bardzo szybko ubywa stron do przeczytania, a zagadka jest wciąż interesująca. Śledztwo wcale nie jest proste! Bardzo podobał mi się motyw wprowadzenia do fabuły wierzeń pogańskich, strzyg i pozostałych słowiańskich potworów. Nadało to książce tajemniczości! Kto spróbuje odgadnąć, kto stoi za wszystkimi morderstwami? Czy tajemnicze bóstwa, czy może jest tu jakiś spisek?
„Pęknięta korona” to historia o awanturniczych przygodach trzech bohaterów. Średniowieczne miasto, brutalne morderstwa, pogańskie wierzenia i czekająca za rogiem przygoda. Bardzo mi się podobała historia stworzona przez Grzegorza Wielgusa i liczę na to, że powstanie jeszcze książka o przygodach Gotfryda, Jaksy i Lamberta. Zakończenie sprawi, że będziecie chcieli więcej!
Lisioł i mordercze morderstwo. . W ramach wytchnienia od codziennych wyzwań Lisioł postanowił przejść się na spacer brzegiem Wisły, nim zanurzy się w średniowieczny Kraków. Spacerował tak wolnym krokiem, patrząc w niebo, aż się o coś potknął. Mrucząc pod nosem najgorsze przekleństwa, Lisioł spojrzał, co mu tam pod łapy wlazło, a to trup! I to chyba komuś mocno w szkodę wszedł ten tajemniczy jegomość, bo ledwo do człowieka podobny. Tym sposobem spokojny spacer zamienił się w niezłą kabałę! Co się nie działo! Lisioł złapał za swoją lupę i wyruszył na poszukiwanie mordercy u boku Inkwizytora Gotfryda (strasznie wysoki Pan w ciemnej piżamie),Jaksy spod znaku Gryfa (najlepszy kompan do picia) i Lamberta (ten rozsądniejszy w drużynie LisiołowoJaksowej). W ten oto sposób Lisioł zwiedził nieco średniowiecznego Krakowa oraz jego okolice, co rusz napotykając kolejne tajemnice. Jak nie jakiś upieczony na twardo rycerz gapiący się w obraz, to strzyga i nawiedzony zamek Lemiesz. Brrrr aż się futro na Lisiołowym grzbiecie zmierzwiło na myśl o tym jakże przytulnym miejscu noclegowym. Lisioł też się sporo nauczył, o szachach, flakach, pływaniu w Wiśle i szermierce. Dało mu to nieco do myślenia. Być może kryminały nie są takie złe? Może warto zlisiołkować więcej takich książek? Jeśli więc macie ochotę na kilka trupów na śniadanie, połączonych z kawową tajemnicą, posypaną średniowiecznym klimatem to książka Grzegorza Wielgusa, Pęknięta Korona jest stanowczo dla Was.
Średniowiecze, rozbicie dzielnicowe Polski. Kraków i okolice i panujący Bolesław Wstydliwy. W takich to czasach rozgrywa się akcja historycznego kryminału z wątkiem politycznym.
Mianowany rycerz Jaksa znajduje na brzegu Wisły nieżywego człowieka. Zwłoki są okaleczone, nie można rozpoznać któż zacz, ale odziane są w solidne, markowe ubrania, które wskazują, iż może to być szlachcic. Przy ciele znaleziona zostaje figura szachowa, która może być wskazówką. Rycerz wraz ze swym kamratem Lambertem oraz dominikaninem, inkwizytorem Gotfrydem, postanawiają rozwikłać zagadkę tajemniczej śmierci nieznajomego.
Pęknięta korona nie jest długa, trzyma poziom przez cały czas, skupia naszą uwagę. Język nieco stylizowany na dawny, jednak czyta się płynnie. Miejscami ocieramy się o ciężki humor, co powoduje, że mimo tematu książki, lektura jest lekka. Intryga dobrze skrojona, brak rozwlekłości, nawet opis bitwy jest akuratny. To dobra pozycja również dla kogoś, kto niezbyt lubi historyczne powieści. Bohaterowie też są dobrze oddani, choć najwyraźniejszą postacią jest Jaksa, a nie brat Gotfryd, o którym jest cykl. Być może wynika to z faktu, iż jest małomówny i dość mroczny, posępny, tajemniczy.
Mnie książka przypadła do gustu i chętnie sięgnę po kolejne części cyklu o bracie Gotfrydzie.