O ile tom pierwszy był bardzo dobry i sprawił, że z prędkością światła chwyciłam za drugi, o ile drugi był ciut (ale tylko ciut) gorszy, jak to często w seriach bywa, tak tom trzeci wtargnął do mojej wyobraźni jak antyterrorysta wywarzający drzwi.
Polała się krew, rozległy się wrzaski, ktoś kimś potrząsnął, ktoś inny się szamotał, a to wszystko okraszone niecierpliwym wypatrywaniem, kto, tak naprawdę stoi za wszystkimi okropnościami, jakie wydarzyły się do tej pory w serii o komisarzu Deryle.
Możecie nazwać mnie wróżką, bo stało się coś, do czego miałam już przeczucie w trakcie tomu drugiego. Pewna postać, która do tej pory była mało istotna i nie wprowadzała niczego istotnego, a nawet mnie trochę drażniła tym razem dostała okazję do małego – wielkiego popisu. Czy to dobrze? Z pewnością zaskakująco i nieszablonowo.
Za to Deryło, jak za każdym razem do tej pory spełnił moje oczekiwania przy okazji uchylając nieco więcej zza zasłony zatytułowanej „przeszłość”. Razem ze swoją ekipą dali mi solidną dawkę rozrywki i tylko wątek Brzeskiego mnie troszkę drażnił, ale nie zwinny autora. Zwyczajnie zbyt często ostatnio na niego natrafiam w czytanych powieściach.
W „Pokucie” zachwycają zwroty akcji; rosnące napięcie; ciekawość, co zastaniemy na kolejnej stronie oraz misternie zbudowana intryga. Pewnie, gdyby zawartość tych trzech tomów byłaby upchnięta w jednym, to stwierdziłabym, że jest zbyt dużo wątków oraz kombinatoryki. Jednak fakt rozbicia poszukiwań Cztery Iksa na trzy tomy sprawił, że autor mógł sobie pofolgować i zaatakować czytelnika z wielu różnych kierunków. Przyznam, że z moimi zainteresowaniami czytanie książek Czornyja było wielką przyjemnością i z radością przyjmuję fakt, że na naszym podwórku mamy taki talent.
Bo trzeba się takim popisać, aby stworzyć tego typu czarny charakter. Co prawda nie dołączy on do grona moich fikcyjnych mężów, jednak jest na tyle fascynujący, że potrafi spowodować, iż na policzkach wykwitną rumieńce.
Z rzeczy, które mogłabym wytknąć, jako niedoskonałości musze wymienić nie tyle skakanie z jednej perspektywy w inną, ale dorzucenie do całości retrospekcję. Oczywiście miała ona swoje uzasadnienie, jednak było to już ocieranie się o granicę przedobrzenia. Na szczęście autor w porę wyhamował.
Oczywiście jest jeszcze tempo akcji, które gna tu jak oszalałe. Jako, że miałam solidną dwutomową rozgrzewkę, to nie stanowiło to dla mnie problemu, jednak czuję się w obowiązku ostrzec, że jeżeli czytacie te powieści w dość długich odstępach, to możecie dostać zadyszki.