Świadek to opowieść non-fiction o ucieczce ze szczególnego więzienia - więzienia dla mózgu.
Łukasz, urodzony w rodzinie świadków Jehowy, opowiada o podwójnym wykluczeniu: najpierw o społecznym wykluczeniu chłopca z "kociej wiary" w Polsce lat dziewięćdziesiątych. Potem z własnej grupy wyznaniowej i rodziny. Eksperymenty z ciałem, literatura, przyjaźń i poszukiwanie swojej tożsamości wśród mężczyzn i kobiet - sprawiają, że w oczach innych świadków, a przede wszystkim we własnych, staje się trędowatym. Takiemu nie podaje się ręki.
Książka przybliża hermetyczną wspólnotą świadków Jehowy. Jest jednocześnie przewodnikiem po ich prawdach, które główny bohater powoli odrzuca.
Miałam w podstawówce koleżankę, która nie obchodziła urodzin i brała od innych cukierków przynoszonych do klasy z tej okazji. Nie chodziła z nami na lekcje religii, mówili, że jest z "kociej wiary". Nigdy nie rozumiałam, czemu z kociej. Ale też nigdy nie czułam, że jest inna. Była po prostu fajną koleżanką. "O tym, że jestem inny, dowiaduję się w zerówce" (s. 15), mówił o sobie Łukasz, gdy jeszcze żył. Inny jako świadek Jehowy wśród tych, którzy nie byli wyznawcami. A później inny wśród swoich. Nie bardzo wiem, jak mam napisać, co myślę, a bardziej, co czuję po tej lekturze. Z jednej strony to przybliżenie zamkniętego świata świadków Jehowy, ich doktryn, prawd, nakazów. Tego, czym się kierują, a co zawsze jakoś mnie intrygowało. Ale przybliżenie tylko, mało też w tym reportażu reportażu. To nic nie szkodzi.
Bo z drugiej strony "Świadek" to nie jest książka o religii, to książka o konkretnym człowieku, który najpierw fanatycznie się w tej religii zatracił, a później równie fanatycznie poszukiwał z niej ucieczki, gdy odkrył w sobie kogoś, kim nie wolno mu było być. Ta opowieść kipi od tak silnych emocji, aż przytłacza. Kiedyś, gdy czarne było fascynujące, zatraciłabym się pewnie w Łukaszu, w tajemnicy i mroku, które w sobie nosił. Zagubiony chłopiec szukający swojej Nibylandii. Ale czarne nie jest fascynujące, czarne boli do granic wytrzymałości, przeraża, dlatego to, co działo się z Łukaszem i w Łukaszu, przeżywałam bardziej, niż bym chciała. Jego wszelkie zatracenia i walkę z samym sobą. Poszukiwania, pragnienie śmierci, końca. Łukasz męczył siebie, otoczenie, mnie. Uciekał z jednej klatki w drugą.
Bolesna jest ta książka, przytłaczająca. Nie dla tych, którzy szukają w niej przede wszystkim informacji o świadkach. Ale dla tych, którzy szukają opowieści o poszukiwaniu, ucieczce i odnajdywaniu własnej drogi, choć czasami wyglądała na drogę bez wyjścia. O trudnej, nierównej walce o siebie, grożącej kolejnym odtrąceniem i to przez najbliższych. I o odwadze, by żyć.
Misz masz. Gdyby z każdej z trzech konstrukcji zrobić osobną książkę i wyciąć połowę, byłoby świetnie.
Dostajemy tu ciekawe informacje o Świadkach Jechowy, ale przeplatane życiorysem młodego człowieka. Tam, gdzie ma to bezpośredni związek z wiarą, tam jest to interesujące. Niestety 80% to „zwykłe życie” (acz przeplatane odkrywaniem tożsamości i spędzaniem wolnego czasu, długimi akapitami z pamiętnika i listów).
Przeczytałem do końca i nie dowiedziałem się, jaki był cel tej książki. Jej narrator i jego życie były mi obojętne.
Na początku dałam dwie gwiazdki, bo jedną to jakoś głupio dać książce, którą się w końcu przecież przeczytało. Jednak po krótkim namyśle... Nie mam za co oceniać jej wyżej. Spodziewałam się reportażu o świadkach Jehowy. Tych kilka informacji wplecionych jakby tylko z przymusu (bo książka miała spełniać formę non fiction) nie było wartych męki wgłębiania się w osobistą historię pogubionego chłopaka. Mam wrażenie, że całe sedno książki kręciło się tylko wokół faktu, że był gejem i miał depresję. Pokręcona forma, w której raz jest Łukaszem, raz Robertem zupełnie do mnie nie trafia, wręcz irytuje brak literackiej płynności. Aż jestem zła na Dowody na Istnienie za tę pozycję. Do tej pory na żadnej od nich tak się nie zawiodłam.
Miały być 3 gwiazdki ale ostatnie 20 stron to była taka mordęga, że cała książka mi zbrzydła. Należy się pewien rodzaj podziwu za to, że autor zdecydował się na obnażenie siebie w całym swoim żenaczłowieczeństwie. Do pewnego momentu ta narracja świetnie pasuje, dojrzewanie to przecież festiwal żenady, taki to już okres w życiu. Ale potem lata Robertołukaszowi lecą, a festiwal trwa. I tego poziomu pretensjonalności ja już nie potrafię przełknąć.
Literacko kiepska, język toporny i żmudny, fabularnie ma szansę trafić do bardzo wąskiego grona odbiorców, głównie czyta się marnej jakości fragmenty wpisów z pamiętnika, jeśli ktoś czytał choć jeden artykuł w prasie na temat Świadków Jehowy to możliwe, że będzie lepiej poinformowany niż po przebrnięciu przez tę książkę.. Skąd taki twór w serii reporterskiej?
Z książki wyniosłam wiele informacji na temat doktryny Świadków Jehowy, o których wcześniej nie wiedziałam. Duży plus za ukazanie hipokryzji w jej założeniach. Natomiast nie przekonał mnie wątek przerzucania odpowiedzialności za problemy emocjonalno-seksualne głównego bohatera, na sektę. Moim zdaniem z treści książki taki związek nie wynika. Bohater jest w takim wieku, jakim zwykle kształtuje się osobowość człowieka, niezależnie od tego jakiego jest wyznania. Wiele rzeczy dzieje się przede wszystkim w głowie głównego bohatera, a nie w rzeczywistości. Faktem jest, że jako człowiek szczególnie wrażliwy przeżywa niektóre sytuacje silniej i głębiej, ale przecież tak robi wielu młodych, wrażliwych ludzi i religia niewiele ma z tym wspólnego.
4.5 stars. On a personal level there is something that spoke directly to me although my own story is quite different. His approach to bringing to the surface the experience of growing up different is original and effective. His unique insight into the mechanics of the Jehovah's Witness organization is fascinating. I will be preparing a review for publication and will link it back here when it goes live.
Autobiograficzna opowieść o wyzwalaniu się z hermetycznej społeczności świadków Jehowy, a przede wszystkim - z opresyjnych przekonań na temat seksualności, z poczucia wstydu i alienacji. Pierwsza część, w której wspomnienia przynależności do zboru i wnikliwe obserwacje praktyk świadków przenikają się z fragmentami pamiętnika nastoletniego Kamila - na próżno próbującego wyrzec się "ciernia" (tak bohater określa stopniowo odkrywany homoseksualizm) - przejmuje, wciąga, a chwilami przeraża. Pozwala uzmysłowić sobie siłę oddziaływania religijnych restrykcji na codzienność ucznia podstawówki, który czuje się wykluczony i niezrozumiany nawet podczas błahego rozdawania cukierków ("Miałem takie marzenie, żeby wszystkie urodziny i imieniny były w lipcu i sierpniu, wtedy miałbym spokój"). Demaskuje tragiczną stronę przekonań wyznaniowych (bohater wspomina wydanie specjalne "Przebudźcie się!", periodyku świadków Jehowy z 1994 roku, zatytułowane "Młodzi dający pierwszeństwo Bogu" - cyt.: "Na okładce zdjęcia dwadzieściorga sześciorga dzieci. Wszystkie cały pierwszeństwo Bogu - nie przyjęły transfuzji krwi i umarły.").
Z czasem opowieść traci niestety impet, bo żywioł reportażu ustępuje autoanalizie. Konwencja wpisów z pamiętnika, które dodawały autentyzmu opisowi dorastania, w części "dorosłej", jako zapiski dwudziestoparolatka, trąci pretensjonalnością i banalizuje przekaz.
W sekcji podziękowań Rient wymienia Mariusza Szczygła, twierdząc, że bez jego uwag "książka byłaby znacznie grubsza". Rientowi gratuluję odwagi, jego świadectwo wyzwolenia jest poruszające i cenne - ale Szczygła od dziś jeszcze bardziej lubię.
Podczas czytania kilka razy szeroko otworzyłam buzię (i oczy) ze zdziwienia. Fajne spojrzenie zagubionego młodego człowieka na to jak wygląda życie w zborze od środka. Wyczułam jego ból i ogromny żal, bo wiele stracił ( przede wszystkim siebie) i wycierpiał. Fragment, w którym chciał obciąć sobie 🍆 🤯. Najciekawsze były dla mnie fragmenty ,,Świadkowie" ze względu na ,,ciekawostki" z życia świadków. Rozdziały gdzie autor cytował swój pamiętnik momentami nudziły. Rozumiem zamiar, miało mi to opisać jego zagubienie i codzienne życie w tym wszystkim. Jednak wstawki o tym co zjadł itd niepotrzebne. Do tego trochę za dużo tego było, wiele nieistotnych informacji, do których nie przykładałam zbyt wielkiej uwagi.
Kiedyś miałem pomysł, żeby napisać rewolucyjną autobiografię o zwykłym życiu. Przez całą książkę nic się dzieje, tego jeszcze chyba nie było! W najlepszym wypadku ktoś by napisał: "Nuda. 2/10". A potem przeczytałem patologicznego "Świadka". Czytałem ze skrzywieniem na twarzy. Merytoryczne fragmenty ciekawe (20%) i gdyby wyciąć wspominki z życia to by była ciekawa książka. A tak: jest jak jest. Degeneracja. 4/10.
Książek poruszających tematykę różnych odłamów religijnych, jest na rynku wydawniczym bardzo wiele. „Świadek” ukazuje nam hermetyczne środowisko Świadków Jehowy. Każdy z nas miał z nimi styczność, jednak czy tak naprawdę są nam znani? Jakie wrażenie wywarła na mnie relacja byłego członka tej społeczności? Zapraszam do zapoznania się z moją opinią…. https://taka-jest-agata.blogspot.com/...
Czuję niedosyt. Myślała, że będzie tam więcej zaplecza kościoła i wspólnoty religijnej. Tymczasem to książka, przede wszystkim, o osobistych rozterkach. Nie chcę odebrać im ważności, ale oczekiwałam czegoś innego. Nie podoba mi się również konstrukcja tekstu. Dla mnie było za dużo chaosu.
Książka nie spełniła oczekiwań. Liczyłam na pogłębienie wiedzy o świadkach Jehowy a otrzymałam relacje o homoseksualiście i jego rozterkach. Nie polecam, strata czasu.
Bez oceny. Bo nie umiem tej książki ocenić jako literatury, choć często i gęsto mój wewnętrzny cynik się czepiał, żachał albo oceniał (książkę, czy człowieka?). Ale to, wyjątkowo w tym przypadku, pozostawię dla siebie.
Przeczytane trzewiami. Kto wie dlaczego, ten wie. Kto nie wie, niech się domyśli.
Chyba jednak dość hermetyczne i dla wtajemniczonych, tak mi się wydaje. Ale w sumie skąd mogę wiedzieć…
Relacja człowieka, który dzieciństwo i młodość spędził jako świadek Jehowy, jak może wyglądać świat po odejściu z tej grupy religijnej. Może być na początku walką ze sobą i otoczeniem, bo zostaje się w wieloma rzeczami samemu. Nie ma już wparcia rodziny i grupy ze zboru.
"Memoirs can be tricky, often defying facile classification. Witness is no exception. Is it a memoir, or is it reportage? Does it even matter? For the late William Zinsser, “A good memoir requires two elements—one of art, the other of craft. The first element is integrity of intention. . . . The other element is carpentry. Good memoirs are a careful act of construction.” Both elements are present in Witness." - George Henson
This book was reviewed in the May 2017 issue of World Literature Today magazine. Read the full review by visiting our website: https://www.worldliteraturetoday.org/...