Jump to ratings and reviews
Rate this book

Polska może być lepsza

Rate this book
CZY ZMIERZAMY KU GEOPOLITYCZNEJ KATASTROFIE?

Mamy być dumni, że wstaliśmy z kolan, a nie zauważać, że upadliśmy na głowę.
Narzucają nam język nienawiści. Wyzywają od zdrajców i odmawiają polskości.
Koszulka z napisem „„Śmierć wrogom ojczyzny” ma być miarą patriotyzmu.

Świat jeszcze przed chwilą patrzył na nas z podziwem. Liczono się z naszym zdaniem. Byliśmy wiodącym państwem Europy. Dziś patrzy się na nas ze zdumieniem. Stoimy z boku. Władza mówi, że dumnie, ale faktem jest, że samotnie.

Po co nam Unia Europejska? Czy zagraża nam Rosja? Na ile możemy polegać na USA? Jak wrócić do wielkiej gry?

Na takie pytania odpowiada Radosław Sikorski, wykładowca Harvardu, były minister obrony i spraw zagranicznych. Człowiek, który prowadził grę z największymi: Clinton, Ławrowem, Merkel czy Janukowyczem.

400 pages, Hardcover

First published October 15, 2018

18 people are currently reading
143 people want to read

About the author

Radosław Sikorski

9 books21 followers
Radosław (Radek) Tomasz Sikorski (ur. 23 lutego 1963 w Bydgoszczy) – polski polityk, politolog, dziennikarz, minister obrony narodowej w latach 2005–2007 w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, senator VI kadencji, poseł VI i VII kadencji, od 2007 minister spraw zagranicznych w pierwszym i drugim rządzie Donalda Tuska, od 1 stycznia 2010 również przewodniczący Komitetu do Spraw Europejskich, wiceprzewodniczący Platformy Obywatelskiej.

Ratings & Reviews

What do you think?
Rate this book

Friends & Following

Create a free account to discover what your friends think of this book!

Community Reviews

5 stars
45 (29%)
4 stars
75 (49%)
3 stars
25 (16%)
2 stars
4 (2%)
1 star
3 (1%)
Displaying 1 - 6 of 6 reviews
Profile Image for Zbyszek Sokolowski.
299 reviews16 followers
September 6, 2020
Książka trochę wspominkowa, trochę o tym jak wygląda dyplomacja, jak reformowano ją w Polsce. I sporo o realizmie i mądrości w polityce. Warto przeczytać.

Parę cytatów

Odmieniając przez wszystkie przypadki słowo „suwerenność”, nasz nacjonalistyczny rząd zmienia nowelizację ustawy o IPN pod dyktando Izraela i USA.

Polityczne ryzyko i wysiłek podejmowane były przez właściwie wszystkich liderów naszej polityki zagranicznej – od Krzysztofa Skubiszewskiego po Grzegorza Schetynę, od Lecha Wałęsy po Bronisława Komorowskiego, a w szczególności przez Lecha Kaczyńskiego, który sprawami polsko-ukraińskimi zapisał najlepszą – w moim przekonaniu – kartę swojej prezydentury.

Zresztą powiedzmy szczerze – nie wynika to z miłości do Ukrainy czy Ukraińców, ale z własnego interesu. Polska powinna grać o Ukrainę z Rosją, bo rosyjska Ukraina to najprostsza droga do zagrożenia naszej suwerenności. Dziś widać to jak na dłoni: gdyby prezydent Władimir Putin nie musiał zabiegać o zdjęcie sankcji nałożonych po aneksji Krymu, gdyby nie musiał finansować swoich dywersantów we wschodniej Ukrainie, gdyby nie groziły mu rozprawy przed międzynarodowymi trybunałami za to, że jego żołnierze zestrzelili nad Ukrainą samolot cywilny, toby miał więcej środków i czasu na zajmowanie się państwami bałtyckimi albo przesmykiem suwalskim.

Władze rosyjskie nie mogą dopuścić do sukcesu Ukrainy jako wolnego państwa, jako liberalnej, dostatniej europejskiej demokracji, bo ostatecznie dowiodłoby to nieskuteczności despotycznego modelu zarządzania Rosją.

Dziś jest centrum ukraińskiego patriotyzmu i coraz częściej mówi się tam po ukraińsku. Gdyby prezydent Putin pogodził się z europejskimi aspiracjami Ukraińców i Partnerstwem Wschodnim, Ukraina i Rosja mogłyby powoli, w różnym tempie, razem ewoluować w kierunku Europy, natomiast grając ostro, zyskał jeden półwysep i po jednej trzeciej dwóch zrujnowanych prowincji. O gigantycznych kosztach nie wspominając. Tym, którzy w każdym rosyjskim posunięciu dopatrują się demonicznej skuteczności, sugeruję, że to nie jest pozytywny bilans.

Po naszych wystąpieniach Rada Majdanu zagłosowała, 35:2 za porozumieniem. Jeden z dwóch dysydentów zagadnął mnie na korytarzu, nadal niepogodzony z decyzją. „Jeśli nie podpiszecie, wszyscy zginiecie” – przestrzegłem go. Dziś wiemy, że plany utopienia Majdanu we krwi były gotowe. Odrzucenie porozumienia dałoby władzy idealny pretekst.

Mamy prawo czcić ofiary zbrodni wołyńskiej i być podejrzliwi wobec kultu Bandery, pod warunkiem że będziemy pamiętać o wiekach kolonialnej w gruncie rzeczy szlacheckiej eksploatacji Ukrainy, niedocenianiu kozactwa, nieratyfikowaniu na czas ugody hadziackiej, niepełnej realizacji unii brzeskiej czy bliższym naszym czasom rozbiorze Ukrainy do spółki z Sowietami w 1920 roku.

Na przykład nie warto dla pieniędzy. Jako wiceminister, poseł i senator zarabiałem około siedmiu

Wiem też, że niektóre niewytłumaczalne wolty polityczne – na przykład start byłego premiera Leszka Millera z list Samoobrony – tłumaczą się tym, że politykom zagrożonym utratą mandatu parlamentarnego staje przed oczyma widmo biedy.

„If you pay peanuts, you get monkeys”. Jeśli płacisz orzeszkami, dostajesz małpy – co łatwo zweryfikować, oglądając transmisję z obrad Sejmu.

Wdając się w politykę, panowie z WSI przekraczali swoje uprawnienia, a potem się dziwili, że klasa polityczna się ich bała. Wraz z moim pierwszym zastępcą, Aleksandrem Szczygłą, zajęliśmy się przeglądem kadr tej służby i w ciągu kilku tygodni większość oficerów pamiętających PRL przenieśliśmy w stan spoczynku.

Mało kto wie, że w momencie likwidacji średnia wieku oficerów WSI oscylowała wokół trzydziestu pięciu lat. Macierewiczowa czystka objęła w większości ludzi, którzy wstępowali do służby specjalnej już demokratycznej Polski. Z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że decyzja była wątpliwa.

W dodatku za sposób likwidacji WSI przez Macierewicza państwo polskie płaci – mam na myśli finanse i reputację – do dziś. Poważni przedstawiciele naszych najważniejszych sojuszników mówili mi potem latami, że nie rozumieją tego polskiego genu autodestrukcji i że z krajem, który tak traktuje swoje tajemnice, oni własnymi tajemnicami dzielić się nie mogą.

Styl, w jaki zakończyły się rządy PiS w roku 2007, dowiódł słuszności mojej decyzji. Afera gruntowa, czyli prowokacja CBA przeciwko Andrzejowi Lepperowi, była w gruncie rzeczy próbą przejęcia pełni władzy przy pomocy służb specjalnych. Zaimponował mi wtedy Roman Giertych. Jako szef drugiej partii koalicyjnej PiS miał ofertę dalszego rządzenia i nawet przejęcia części schedy po Samoobronie.

Podzielałem jego filozofię – zaufać Polakom – ale myślę, że zwycięstwo mimo kontroli mediów i służb państwowych przez PiS wpłynęło na późniejsze przekonanie, że można zostawić Mariusza Kamińskiego jako szefa CBA, bo dobrze, aby fanatyczny państwowiec wzbudzał strach przed korupcją przede wszystkim we własnym obozie. Niestety Kamiński okazał się większym fanatykiem niż państwowcem.

Czynienie z tego komuś zarzutu było typową zagrywką braci Kaczyńskich: rzucić insynuację, w której jest 5% prawdy, i niech się gość tłumaczy.

Dla braci Kaczyńskich już wtedy wybory były uczciwe tylko wtedy, gdy oni je wygrywali, a procedury państwowe godne szacunku tylko wtedy, gdy potęgowały ich władzę.

Kilka dni później premier Tusk wygłosił w Sejmie exposé, które osobiście mnie zdumiało. Trwało trzy godziny i było litanią obietnic. Doświadczenie rządowe podpowiadało mi, że wielu z nich nie da się spełnić. Po co zresztą eskalować obietnice, gdy kampania wyborcza już się skończyła i nadchodzi czas konfrontacji naszych pomysłów z twardymi realiami budżetowymi?

Interes narodowy nie może być przygadywaniem innym. Nie chodzi o to, by „przeczołgać” partnerów i nic nie uzyskać. Albo zademonstrować swoją „podmiotowość” poprzez łamanie ustalonych reguł. Byle kmiotek potrafi walić butem w pulpit, wywołać skandal i poczuć się ważny. W dzisiejszych czasach największym problemem jest zdefiniowanie interesu narodowego w każdym konkretnym przypadku i na tej podstawie podjęcie optymalnych decyzji.

Plemienne zaklęcia często maskują zupełny brak wiedzy. Na przykład o tym, że za certyfikaty pozwalające emitować określoną ilość dwutlenku węgla firmy będą płacić nie Brukseli, tylko polskiemu fiskusowi. Że jest to w gruncie rzeczy narodowy podatek od najbardziej trujących firm z przekazaniem połowy wpływów na inwestycje ekologiczne. Tyle że przepisy wypracowane są na poziomie europejskim. Można się zgadzać z takim pomysłem lub nie. Można – nawet trzeba – dyskutować o szczegółach wprowadzających go regulacji. Ale trzeba sam pomysł rozumieć, żeby mieć pojęcie, o co się walczy. Wymachiwanie maczugą patriotycznej retoryki sukcesu nie da, a u partnerów budzi zdumienie i politowanie.

Bo przecież realizacja polskich interesów zależy od tego, czy nasz głos będzie brany pod uwagę i dobrze rozumiany. Nie tylko w zgodzie z naszym obecnym potencjałem, ale także w zgodzie z tym, jaki może on być w przyszłości, jakim krajem możemy się jeszcze stać. Nasi partnerzy i oponenci muszą rozumieć, że chcemy i potrafimy grać w lidze europejskiej.

Prezydent Lech Kaczyński, ikona nacjonalistów, nie był nacjonalistą, lecz umiarkowanym federalistą.

Sławne powiedzenie Romana Dmowskiego: „Wielu Polaków znacznie bardziej nienawidzi Rosji, niż kocha Polskę” nadal jest w mocy. Co ciekawe, ci, którzy deklarują w Polsce największy sceptycyzm wobec Rosji, sami często postrzegają politykę w bardzo rosyjski sposób, uwielbiając metody, których Ochrana by się nie powstydziła. Dążenie do samowystarczalności ekonomicznej, kult wodza, jedność ideowo-religijna narodu, rozpamiętywanie krzywd, alergia na odmieńców obyczajowych, podejrzliwość wobec zagranicy, przekonanie o szczególnym posłannictwie wobec ludzkości i historii – czyż to nie brzmi znajomo?

Ale polskim komentatorom bardziej podoba się zdanie „skoro Rosjanie brzydko potraktowali naszego ministra, to on musi być beznadziejny”. Może gdybym trzasnął drzwiami i demonstracyjnie opuścił Moskwę z pustymi rękami, zyskałbym medialny poklask. Kochamy puste gesty, za które trzeba płacić słoną cenę.

Amerykanie wskazywali, że Polska jest dla nich szczególnie dogodna, ponieważ ze względu na trajektorie lotów antyrakiety wystrzelone z naszego terytorium miałyby największą szansę na przechwycenie rakiet wystrzelonych w kierunku USA właśnie z Bliskiego Wschodu.
Antyrakiety w tej pierwotnie proponowanej konfiguracji miałyby też swoje zasięgi minimalne i nie byłyby w stanie razić rosyjskich rakiet skierowanych w Polskę i większość Europy. A więc – argumentowali nasi sojusznicy – Rosja nie ma powodu do obaw i powinna pogodzić się z budową bazy.

Chociaż wtedy mi się wydawało, że to my będziemy Rosję okcydentalizować, a nie ona nas orientalizować. A dziś niestety to polska polityka upodobnia się do Putinowskiej Rosji, a nie na odwrót. Rządzący w obu krajach uważają, że suwerenność oznacza nieskrępowaną władzę, w szczególności jeśli chodzi o prawa obywateli czy opozycji. Oba rządy snują mroczne opowieści o moralnej zgniliźnie Zachodu i jego niecnych spiskach. Oba upolityczniły służby specjalne i prokuraturę, ukróciły niezależność mediów publicznych, organizacji pozarządowych i sądownictwa. Oba walczą z mniejszościami seksualnymi i puszczają oko do faszystów i kiboli. Ci, którzy Rosji najbardziej w Polsce nienawidzą, często są cywilizacyjnie najbardziej rosyjscy.

Następnym krokiem milowym było zaproszenie premiera Tuska do Katynia. To była całkowicie inicjatywa Putina. I jako pierwszy rosyjski przywódca pojawił się tam 7 kwietnia 2010 roku. Zrozumiał chyba, że Polacy mają powody do strachu, i chciał ten strach uśmierzyć. I wykonał – pewnie w sposób mało nas satysfakcjonujący – może nie cały krok, ale pół kroku w naszą stronę. Fakt pozostaje faktem: Władimir Putin był pierwszym przywódcą Rosji, który złożył hołd polskim ofiarom Katynia. To mogło być wstępem do kolejnych aktów pojednania. W niewygłoszonym niestety przemówieniu w Katyniu zamierzał to zauważyć i docenić prezydent Kaczyński.

gdyby nie rewolucja, wojna domowa i druga wojna światowa, Rosja miałaby dwa razy większą ludność, a wtedy dorównywałaby gospodarczo USA. Tymczasem dzisiaj ma gospodarkę wielkości mniej więcej Włoch i nie jest to baza materialna, na której można odbudować globalne supermocarstwo.

Trzy dni w polityce międzynarodowej – od 7 do 10 kwietnia 2010 roku – to cezura, która na wiele lat określiła kształt stosunków polsko-rosyjskich. 7 kwietnia zbliżaliśmy się do Rosji na gruncie europejskim jako „dwa wielkie narody”. Rosjanie chcieli stosunki z Polską znormalizować, zacząć robić wspólne interesy, i gotowi byli zapłacić za to koncesjami w polityce historycznej. Byłyby to nie tyle warunki, które moglibyśmy przyjąć, ile nasz prawdziwy sukces. 10 kwietnia ze wszystkimi konsekwencjami zaczął nas rozdzielać. W takim ujęciu katastrofa smoleńska urasta do potwierdzenia historiozoficznego fatalizmu, który swą nieobliczalnością ponownie odepchnął od siebie dwa narody czyniące nieśmiałe kroki ku pojednaniu.

Dziś wydaje się to mrzonką, ale w Rosji do głosu dojdzie kiedyś pokolenie, które zapragnie tych wolności i szans, jakie mają jego rówieśnicy u nas, na Zachodzie. Liderzy przemijają. Reżimy, także kleptokratyczne, wydają się najstabilniejsze tuż przed upadkiem. Jak mawiał, parafrazując Cycerona, jeden z moich profesorów na Oksfordzie: „Gdzie jest śmierć, tam jest nadzieja”.

Już podczas swej pierwszej podróży do Polski jako sekretarz stanu Hillary Clinton dała znać poprzez swojego ambasadora, że będzie chciała poruszyć potrzebę uchwalenia ustawy restytucyjnej. Sprawa jest skomplikowana, bo z jednej strony Polska rzeczywiście – w odróżnieniu od większości państw regionu – nie uchwaliła takiej ustawy w odniesieniu do mienia prywatnego. A raczej uchwaliła, za rządów AWS, ale prezydent Aleksander Kwaśniewski ją zawetował. Z drugiej strony własność prywatna nie była ani żydowska, ani aryjska, bo polskie księgi wieczyste i sądy nie stosują takich kategorii. Natomiast prawdziwa własność żydowska – czyli mienie przedwojennych żydowskich związków wyznaniowych – została szczodrze zwrócona na zasadach podobnych co kościołom chrześcijańskim.

Nie zdziwiłem się, że ostatnio entuzjazm wobec uchwalenia ustawy restytucyjnej wyhamował. Uważałem też, że akurat USA są ostatnim krajem, który powinien się w tej sprawie wypowiadać. Kazałem odgrzebać z archiwum MSZ oryginał umowy indemnizacyjnej, na której podstawie Stany Zjednoczone już w latach 60. otrzymały spore jak na ówczesne możliwości Polski kwoty – kilkadziesiąt milionów dolarów. Przejrzałem tekst i w duchu podziękowałem gomułkowskim dyplomatom. Umowa stwierdzała, że odtąd wszelkie roszczenia majątkowe obywateli USA wobec Polski powinny być kierowane do rządu Stanów Zjednoczonych, a ten uznaje sprawę za zamkniętą i zobowiązuje się do tego, że już nigdy nie poruszy sprawy w stosunkach dwustronnych. Aby stronie amerykańskiej uświadomić kategoryczność naszego stanowiska, powiedziałem w wywiadzie radiowym w poranek przylotu Clinton, że „jeśli Stany Zjednoczone chciały coś zrobić dla polskich Żydów, to właściwym momentem był okres 1943–1944, gdy większość z nich jeszcze żyła i gdy Polska, głosem Jana Karskiego, o to błagała”. Hillary doniesiono o moich słowach i tym

Podczas formalnych rozmów obu delegacji w Departamencie Stanu Hillary Clinton zapytała: „Austria wypłaciła Żydom odszkodowania, a wy nie możecie?”. Usłyszawszy, że nasz sojusznik uważa Polskę za kraj, który miał podczas drugiej wojny światowej podobny status co ojczyzna Adolfa Hitlera, zareagowałem bardzo stanowczo: „Pani minister, w czyim imieniu formułuje pani ten postulat? Bo jeśli chodzi o obywateli pani kraju, to dawno ich spłaciliśmy”. Wszyscy w pokoju zamarli, a w powietrzu zawisła awantura. Ale Clinton się zmieszała i zmieniła temat. Sekretarz Stanu USA w tym momencie uznała, że stosunki z Polską, oraz ze mną osobiście, są ważniejsze niż lobbyści, którzy niewątpliwie podrzucili jej to skandaliczne porównanie. A więc potyczkę wygraliśmy. A po moim powrocie do kraju z inicjatywy MSZ powstała strona propertyrestitution.pl z raportami od wojewodów i szczegółowymi informacjami o tym, jak szczodra Polska do tej pory była w przywracaniu mienia swoim obywatelom.

Gdy stosunki między krajami i ministrami są mocne, najtrudniejsze sprawy daje się rozwiązywać. Gdy złe, kraj słabszy musi płacić ustępstwami za sam przywilej spotkania i rozmowy.

Natomiast my jesteśmy entuzjastami. Polonia Semper Fidelis. Gdy już raz zwiążemy się z sojusznikiem, walczymy o wspólną sprawę z założeniem, że nasz sojusznik będzie nam oddany tak, jak my jemu. „Ta wojna jest także naszą wojną” – powiedział Jarosław Kaczyński z mównicy sejmowej, popierając decyzję rządu SLD o wsparciu interwencji zbrojnej USA w Iraku. Mimo że Polska nie miała w Iraku żadnych interesów i chociaż taka deklaracja utrudnia potem domaganie się korzyści.
Profile Image for Tomasz Drozdz.
8 reviews1 follower
January 28, 2019
Bardzo interesująca książka, w której znajdują się analizy kluczowych dla naszego regionu wydarzeń z ostatnich lat (Ukraina, Gruzja, Bliski Wschód) oraz najważniejszych relacji międzynarodowych podtrzymywanych przez Polskę (Rosja, USA, UE), w których pośredniczył Radosław Sikorski, były minister spraw zagranicznych.

Ze względu na nasze geopolityczne położenie, zdrowy rozsądek nakazuje inwestować dużo i mądrze w relacje ze światowymi mocarstwami, w tym z naszymi sąsiadami. Z pewnością dlatego R. Sikorski poświęca dużo miejsca relacjom polsko-rosyjskim i sprawie Ukrainy, której staliśmy się nieformalnym przedstawicielem w sprawie akcesji do Unii Europejskiej, a także - dzięki dobremu wyczuciu i zrozumieniu sytuacji naszego regionu - pewnego rodzaju pośrednikiem pomiędzy światem Zachodu, a Wschodu.

Jego książka uświadomiła mi, jak ważną rolę, pomimo relatywnie niewielkiego udziału w budżecie państwa, odgrywa dyplomacja, zwłaszcza w okresach kryzysowych, wymagających szybkiej i zdecydowanej reakcji, jak właśnie niedawna agresja Rosji na Ukrainie.

Jednym z kluczowych elementów sprawności państwa jest sprawność jego instytucji. Dlatego R. Sikorski opisuje reformy i zmiany, które wprowadzał w swoim ministerstwie, ze szczególnym uwzględnieniem roli wewnętrznej i zewnętrznej komunikacji. Dzięki niej ministerstwo staje się bardziej zręczne i skoordynowane i – w efekcie – zdolne do podejmowania lepszych i szybszych decyzji, co ma szczególne znaczenie w sytuacjach kryzysowych.

Były minister spraw zagranicznych przedstawia także wiele ciekawych przemyśleń nt. bieżącej sytuacji Unii Europejskiej oraz wartościom, na których została zbudowana. Można dowiedzieć się o ewolucji jego poglądów, z umiarkowanego sympatyka UE do propagatora europejskich wartości, które – moim zdaniem - dają Polsce szansę na trwały cywilizacyjny skok.

Wiele miejsca, R. Sikorski, poświęca analizie pozycji Polski w świecie i nie szczędzi krytyki obozowi „dobrej zmiany”. Przytacza za to fragmenty amerykańskich depesz pochodzących z WikiLeaks, z których wynika, że Polska, przynajmniej w okresie, w którym sprawował on funkcje publiczne, była traktowana przez Zachód jako poważny partner, lider i bezpiecznik całego regionu.

Polecam tę książkę wszystkim osobom zainteresowanym sprawami naszego państwa, przyszłym politykom i liderom życia publicznego. I choć nie trzeba się zgadzać ze wszystkim poglądami i ocenami R. Sikorskiego, to jego książka z pewnością jest warta szczególnej uwagi i pozwala lepiej zrozumieć funkcjonowanie dyplomacji w dzisiejszym świecie.
14 reviews1 follower
November 21, 2021
Marzę by kiedyś na polskie salony powróciła taka właśnie dyplomacja...
93 reviews
January 28, 2025
Wiele trafnych uwag doyczących naszych geopolitycznych możliwości oraz celna ocena ich aktualnego wykorzystywania.
Profile Image for Patrycja.
164 reviews2 followers
December 26, 2025
Zaskakująco dobre. Kopalnia informacji i kuchni MSZ. Czyta się bardzo dobrze, choć zdarzają się powtórzenia, ale zdecydowanie polecam.
Displaying 1 - 6 of 6 reviews

Can't find what you're looking for?

Get help and learn more about the design.