Ufff!!! Mam w tej chwili naprawdę dość stresów. A jeszcze sobie taką lekturę wybrałam. Następna książka autorki "Zakonnice odchodzą po cichu". I kolejne naruszone tabu. Właściwie, to nie do końca, bo i tym razem niewielu jest chętnych, żeby z autorką porozmawiać. Każdy coś wie, coś słyszał, wielu zna osobiście. No, ale jak tu zapytać ciotkę, która od lat na wszystkich uroczystościach pojawia się z partnerem-księdzem, czy zechciałaby wziąć udział w wywiadzie? Przecież nawet w rodzinie się o tym nie mówi. Wszyscy wiedzą, że "wujek" jest duchownym, ale nikt nie śmie komentować. Tabu!
Opisanych historii jest raptem kilka. Wszystkie dość podobne. Wielka miłość, ciąża, wstyd, dziecko, nadzieja, która powoli gaśnie, ostracyzm, samotność. Żaden z księży, bohaterów książki, nie zdecydował się opuścić struktur KK. Pozostanie jest łatwiejsze, wygodniejsze i bezpieczniejsze. Matki są same ze swoimi dziećmi, ze swoim wstydem, ze swoim żalem. I ich dzieci też. Nie zawsze znają prawdę. Czasem próbują jej dociec, co graniczy z cudem lub wiąże się z ciągnącymi się latami sprawami sądowymi.
Ale co najbardziej mnie w książce pochłonęło, to rozdział o pewnej niemieckiej profesor teologii. Autorka, Uta Heinemann jest córką byłego prezydenta RFN. Dla męża, miłości swego życia, porzuciła protestantyzm i przeszła na katolicyzm, czym doprowadziła ojca do rozpaczy. W wyniku jej decyzji stracił też prestiżowe stanowisko w strukturach kościoła protestanckiego. Uta latami studiuje na kilku uniwersytetach, uczy się 12 języków, bada dzieła ojców Kościoła, oryginały ksiąg biblijnych. Jednym słowem nie ma tematu, na którym można by ją zagiąć. I to ją gubi. Bo KK nie lubi mądrych, upartych i dociekliwych osób, a kobiet w szczególności. Uta ma zatarg z dominikanami, zadziera z kardynałem Ratzingerem, a nawet publicznie krytykuje Jana Pawła II. Traci swoją katedrę. Wiedza zdobywana latami doprowadza do tego, że Uta, choć nadal wierząca, bardzo rozczarowuje się Kościołem, jako instytucją i nie waha się jej krytykować. Najbardziej rozczarowuje ją to, że KK żadnych zmian po prostu nie chce. Dochodzi do wniosku, że "(Jezus) był pierwszym i na wiele wieków ostatnim przyjacielem kobiet w Kościele".
Cały tekst przeplatany jest "kartkami z kalendarza", czyli krótkimi notatkami o wprowadzeniu celibatu i o najważniejszych wydarzeniach z historii Kościoła, które miały wpływ na rolę, jaką pełnią kobiety we współczesnym Kościele. Rola ta jest żadna. Mają służyć i pomagać. Są też krótkie cytaty z "dzieł" ojców Kościoła, dotyczące kobiet, ich ułomności i grzeszności. Niestety, doktryna kościelna opiera się na nich do tej pory...
P.S. Mało zwracam uwagę na okładki, ale ta jest świetna!