Kapłony i szczeżuje to opowieść o kuchni tak dawnej, że już zapomnianej. Kapłon, czyli wykastrowany i tuczony kogut, był popularnym składnikiem potraw w pierwszej znanej nam polskiej książce kucharskiej, z kolei szczeżuje urozmaicały jadłospis najbiedniejszych.
Gdy dzisiejsi szefowie kuchni prześcigają się w wymyślaniu oryginalnych przepisów, śmiało możemy sięgnąć do zapomnianej przeszłości. Bo jak pisał osiemnastowieczny historyk Jędrzej Kitowicz, tylko coś bardzo starego może wydawać się nowe. Poczytajmy zatem o oszołamiającej europejskiej karierze szczupaka po polsku, cofnijmy się do czasów, gdy pasternak nie był tylko zabawnym słówkiem, a kucharze serwowali żółtonosy i sielanki. Wreszcie – poznajmy kulinarne przemyślenia świętych Piotra i Pawła, które na długie stulecia ukształtowały nasza żywieniową wyobraźnię.
Historia potraw to nieprzebrana skarbnica wiedzy o świecie, przekazywana z pokolenia na pokolenie. Niemal w każdym daniu można znaleźć garstkę wiedzy o przyrodzie i medycynie, czubatą łyżkę antropologii i kultury, szczyptę wydarzeń historycznych. I wyrazisty posmak religii, niepodzielnie regulującej zasady odżywiania i postu.
Autorzy Kapłonów i szczeżui to wytrawni znawcy historii zmieniających się smaków i świetni popularyzatorzy wiedzy o dawnej kuchni, a ich książka to idealny przepis ku pokrzepieniu nie tylko żołądka, ale przede wszystkim umysłu.
Jedzenie to była pasza, żarło się co było i popadło, najlepiej piekielnie przyprawione (dla ukrycia, że zepsute), tonące w tłuszczu mięso popijane żurem. No chyba że był post, to jedzono tylko suchy chleb i ziemniaki. Mam dobre wyobrażenie kuchni staropolskiej, nie?
Zachęcające menu, interesująca nazwa, renomowane Czarne, no jak tu nie chwycić za telefon, jak tu nie zrobić rezerwacji, ślinka cieknie na myśl o pysznościach... Pierwsze, co może wyhamować entuzjazm czytelnika, to niezapowiedziane towarzystwo przy stoliku – sporo osób zniechęca się, gdy odkrywa, że mamy tu do czynienia z wywiadem. I zniechęca się słusznie, bo ta forma wypadła tu wyjątkowo nieporadnie. Nie mam wątpliwości, że pani Kasprzyk-Chevriaux włożyła w tę książkę dużo pozakulisowej pracy, jednak w efekcie końcowym niewiele jej widać. Tekst wygląda jak poszatkowany esej z pytaniami wstawionymi po fakcie, dialog nie brzmi naturalnie, rzadko dochodzi do interakcji, profesor mówi, jakby nie słyszał swojej rozmówczyni, a ta zdaje się nie mieć wiele ciekawego do powiedzenia. No ale siadamy przy stole, siadamy i zaczynamy się bawić kieliszkiem, żując mdłą przystawkę. Pierwszy rozdział (jakieś 50 stron na czytniku) to męka: czytamy głównie o tym, że "Gdziem potym nie był? Czegom nie skosztował?" pełnym nazwisk kucharzy, że kultura PRL-owskiej kuchni to nie kultura, że ludzie nie mają pojęcia o staropolskiej kuchni, że humanistyczne ogólniki o smaku zamiast liczenia kalorii, że pan profesor stołuje się na targach z pięciogwiazdkowymi kucharzami-celebrytami, bryzole wołowe, wódka różana i arkas, a mnie się przypomina, że w mojej lodówce pół kostki masła i mleko. Jak czytelnik zaczyna się już kręcić na krześle i zastanawiać, czy lepiej umknąć pod pozorem wyjścia do toalety, czy ostentacyjnie poprosić o rachunek, nagle na stół wjeżdża rozdział "Przyroda od kuchni: utracona różnorodność". I manna z bagien, i warzywa Bony, i post we wszystkich smakach, i cukier cuchnący wielbłądem, i stukilogramowe jesiotry, i francuska kuchnia polowa, i ryż z małżą na śniadanie, i robaczywe sery trujące krew, i mleko migdałowe dla umartwionych chrześcijan, i tak wcinamy kartka za kartką, aż się nagle wspólny posiłek kończy i robi się miły żal, że to już. To, co w pierwszym rozdziale było pitoleniem bez konkretów, nabiera kształtu przez podparcie przykładami. Zgodnie z zapowiedzią, od wyliczania kalorii ciekawsze jest dochodzenie, jak zmieniał się smak, co rosło za płotem, jak religia wpływała na kuchnię, co było trendy w książkach kucharskich, jak postrzegano rolę kucharza. Prócz przybliżania "po ludzku" minionych czasów, nie brakuje ogólniejszych refleksji na temat zbiorowej pamięci (krótkiej i słabej), wyznaczników "naszego", przeplatania się kultur, roli jedzenia będącego w historii zdecydowanie czymś więcej, niż zapychaczem żołądka między kolejnymi wojnami. Gdy przechodzimy do konkretów, Dumanowski daje się poznać jako pasjonat łączący unikalną wiedzę wymagającą godzin ślęczenia nad trudno dostępnymi materiałami z wrażliwością traktującą ludzi jak ludzi, a nie zasuszone eksponaty.
Początek jest nudny jak flaki (kruszki?) z olejem, co gorsza, trąci bardziej kulturalną wersją mema "masz tu pomarańczę, no spróbuj, zobacz, jak to smakuje". Jednak niespodziewanie niezręczny obiad rozkręca się w sympatyczny wieczór pełen pyszności, rozsądnych ilości wina i anegdotek, i naprawdę żal mi każdego, kto się wymówił przed drugim rozdziałem.
Szkoda, że polska kuchnia nie miała takich tradycji, jak francuska. A raczej miała, ale świadectw pisanych o niej nie zostało dużo. To co zostało pobudza wyobraźnię i daje smutny pogląd na to, ile utraciliśmy będąc, cóż, kulturowo zacofani pod tym względem. Chętnie wziąłbym udział w kuchni rekonstrukcyjnej i będę jej szukał na tegorocznym Festiwalu Smaków w Toruniu. Może uda się spotkać pana profesora. Na pewno, dzięki tej książce, w tym roku przyrządzę szczupaka po polsku. Zapomniana potrawa, z której kiedyś słynął nasz kraj w wytwornej kuchni europejskiej. A po którym śladu należy szukać właśnie w niej, tj. we francuskich lub czeskich książkach kucharskich sprzed wieków.
Lubię dobre jedzenie i lubię czytać, nic więc dziwnego, że dobrze mi się czytało o dobrym jedzeniu, zwłaszcza, że serwuje je Wydawnictwo Czarne. Każdy w tej rozmowie-rzece znajdzie dla siebie coś innego. Historycy - poszukiwanie źródeł polskiej tradycji kulinarnej i relację kuchni ze zmianami społeczno-ekonomicznymi, biolodzy (i wegetarianie) - związki kuchni z fauną i florą, religioznawcy przeczytają chętnie o wpływie religii na jadłospis, a kucharze (amatorzy i zawodowcy) poszukają inspiracji. Ja zaczęłam snuć refleksje socjologiczne o tym jak kuchnia zmieniała się na przestrzeni wieków wraz ze zmianami społecznymi, jak była wyrazem lub motorem tych zmian, jakie jest i jak zmienia się miejsce jedzenia w życiu jednostki i społeczeństwa, jakie nadajemy mu znaczenia. Spójrzmy na ostatnich 30 lat - jak wiele zmian nastąpiło. Kto wtedy fotografował swoje śniadanie by pokazać je znajomym (ba! kto otwierał kuchnię na salon?) Kto miał w jadłospisie powszechne dziś: mozzarellę, fetę, kukurydzę, awokado? Kto mówił na makaron "pasta"? A minęło tylko 30 lat. Autorzy skupiają się na kuchni o wiele dawniejszej, sprzed kilkuset lat i podkreślają, jak trudno nam wyobrazić sobie tamte realia, jak bardzo patrzymy przez pryzmat naszych własnych doświadczeń z jedzeniem i jak wiele się zmieniło w zakresie czasu, masowości, dostępności, transportu i jak to wszystko wpływa ma to co, jak i kiedy jemy. Ciekawa pożywka dla refleksji nie tylko o jedzeniu!
Bardzo, bardzo ciekawa książka. Napisana pięknym językiem, pełna interesujących faktów i niecodziennych przepisów. Dużo informacji ale też skłania do refleksji co dla kogo znaczy kuchnia domowa czy jaki jest nasz smak dzieciństwa. Polecam amatorom gotowania i tym, którzy sie kuchnia interesują. Pozostałych pewnie znudzi
Ciekawa ksiażka dla ludzi zainteresowanych historia jedzenia. Drażniło mnie powtarzanie jak to tylko historycy maja odpowiedni warsztat to czytania starych źródeł ;) Ale wiedza pana profesora imponujaca.