Betonowe przydomowe grzybki, łabędzie z opon, rycerze i dinozaury z nakrętek i śrubek, galanteria religijna – to, co dla jednych jest nieinteresującym wykwitem bezguścia i szmiry, dla Olgi Drendy stanowi fascynujący materiał do badań nad polską innowacyjnością. Autorka, nawiązując do najlepszych tradycji rodzimej antropologii, w wernakularnej twórczości dostrzega przede wszystkim nieskrępowaną wyobraźnię, swobodne podejście do norm estetycznych i religijnych, szczyptę sentymentalizmu i przemyślność. Tropiąc wytwory pomysłowości, zarówno te z okresu PRL-u, jak i całkiem współczesne, Olga Drenda podróżuje po Polsce, odwiedza kolekcjonerów i twórców zwykłych-niezwykłych przedmiotów. Wyroby to świeże spojrzenie na zjawiska, które jedni chcieliby wyrugować z naszej przestrzeni publicznej, a inni uważają za niegodne uwagi.
Bardzo dobra, a nawet świetna książka. Lepsza od „Duchologii”, bardziej pogłębiona. Widać doskonały antropologiczny warsztat Olgi Drendy. „Wyroby” to wdzięczna kronika niszowej twórczości. Dobrze, ze ktoś to odnotowuje i bada. Bardzo polecam.
[PL] Drenda pisze o wyrobach, durnostojkach i przydasiach z taką serdecznością, takim zrozumieniem - a jednocześnie z poczuciem humoru. Pokazuje, że to, co kiczowate i obciachowe, jest wcale nie tak daleko od naszej codzienności i współczesnych mód. Rozgrzesza potrzebę zbierania i potrzebę tworzenia, ale co może najważniejsze: dokumentuje ten szybko rozsypujący się aspekt rzeczywistości. I bardzo się cieszę, że go uchwyciła.
ta książka to zdecydowanie moje klimaty. jak byłam mała sąsiad mojej babci zrobił pod blokiem pięknie wywiniętego łabędzia z opon, który mi się wtedy niesamowicie podobał i zaczęło to moją fascynację szyciem i wyklejaniem sobie swoich własnych zabawek, a u mojej drugiej babci na działce było pełno pomysłowych ozdób w stylu "zrób to sam". pamiętam, że w podstawówce mieliśmy zrobić małą książeczkę ze zdjeciami śląska i ja zrobiłam ją o śląskich kapliczkach, żeby dzięki niej móc pojechać z mamą na wycieczkę obejrzec nie tylko te w naszej okolicy. jakby tego było mało to z wiekiem moja fascynacja sztuką nieprofesjonalną (wzniośle zwaną art brutem) nie przeszła i gdy zobaczyłam pod koniec podstawówki hasiora w muzeum to zachciałam robić takie piękne rzeczy, jak on i zamęczałam wszystkich swoim zbieractwem. a gdy później na otwarciu nowego budynku muzeum śląkiego zobaczyłam po raz pierwszy na żywo cudownie bezpruderyjne obrazy erwina sówki i pełne szczegółów i drobnych elementów graficzki jana nowaka to wpadłam już na amen i podejrzewam, że zachwyty "wyrobami", jak z książki olgi drendy nigdy mi nie przejdą. cudownie było poczytać o historii tych wszystkich przedmiotów.
Epoka PRL-u lat 80 – tych i lata 90- te niosące z sobą proces transformacji ustrojowej, są żywe nie tylko w pamięci tych, którzy żyli w tamtych czasach – którzy pamiętają widok ludzi spacerujących ulicami miast i wsi obwieszonych rolkami papieru toaletowego, czy wielogodzinne kolejki za „rzuconym” właśnie do sklepu towarem, ale przede wszystkim obecne są we wszystkim tym, co stanowiło codzienność i do dziś ma swoje odbicie zarówno w krajobrazie, jak również w wyposażeniu wielu domów. Polska Ludowa wzbudziła tęsknotę za „dobrobytem Zachodu”, jak również nauczyła zaradności życiowej przejawiającą się w umiejętnościach wytwórczych, potem po 1989 roku zauważa się starania upodobnienia stylu życia na modę państw znajdujących się za Żelazną Kurtyną, chociaż zamiłowania „kolekcjonerskie” przedmiotów nie rzadko tandetnych, nie minęły. One też składają się na tak zwaną mitologie domową, i jak każdy mit potrafią nieco zakłamywać rzeczywistość. Nadawać jej nieprawdziwych kształtów i barw, ale krążąc w krwioobiegu społecznym wywołuje nierzadko uczucie przyjemnej iluzji piękna, osłaniając de facto niejednokrotnie kiczowatość i fałsz. O legendach PRL-u i lat 90 –tych, o przedmiotach składających się na realia tamtych czasów snuje opowieść Olga Drenda w Duchologii polskiej. Rzeczy i ludzie w latach transformacji oraz w Wyrobach. Pomysłowości wokół nas.
Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji składają się na duchologiczny projekt Olgi Drendy, natomiast Wyroby… stanowią w moim odczuciu pójcie autorki poniekąd za ciosem i swoistego rodzaju uzupełnienie debiutanckiej książki.
Duchologia polska zaczęła się od magicznego zaklęcia, które brzmiało PANRAMAO. Powiedziała mi o nim pewna koleżanka dzieląc się – w ramach studenckich badań terenowych- wspomnieniem z dzieciństwa o strachu przed czołówką wieczornej Panoramy, na który mogła zaradzić jedynie czynność magiczna: przestawienie liter w nazwie programu. Od kilku osób usłyszałam o długotrwałej obawie przed kataklizmem atomowym, wzmożonej przez Czarnobyl, protesty wokół Żarnowca, pogłoski o zagadkowych arsenałach ZSRR. Ktoś inny oswajał sobie złowroga postać generała Jaruzelskiego, gdy ten pojawił się na ekranie telewizora, przestraszone dziecko powtarzało „to Pan Mysz. (..) Zdałam sobie sprawę, że wspomnienia z lat 80. i 90. są pełne zakłóceń. Taka jest właśnie sama ich natura, skłonna do fałszerstw i zmyłek (…)”
Samo słowo duchologia Drenda stworzyła z hauntology, koncepcji filozoficznej wykorzystywanej do różnych zjawisk kultury. Pojęcie to wywodzi się z pism Jacques`a Derridy piszącym o rzeczywistości nawiedzonej przez przeszłość. Termin ten wykorzystywany jest również m.in. przez Simona Reynoldsa do łączenia go z muzyką takich artystów, jak Boards of Canada, Broadcast czy brytyjską wytwórnię Ghost Box. Hauntology to także pamięć widmowa, zmutowana i zdeformowana. Z tego właśnie zrodził się projekt Duchologii łączący absurdalność, osobliwość, nostalgię i niepokój „znany wielu ludziom, którzy doświadczyli momentu małego końca pewnego świata (…) na gruzach utopii, albo tym, którzy przynajmniej umieją to sobie wyobrazić. Dla niej epoka duchologiczna to lata 1986/1987 do 1994 roku. Przypadają więc one na lata dzieciństwa autorki i stanowią jej osobiste hauntology. Idea ta może być również bliska dla pokolenia dzisiejszych trzydziesto- i czterdziestolatków pamiętających z własnych wspomnień tamte czasy, tym bardziej, że okres transformacji ustrojowej potrafił dostarczyć wiele przykładów osobliwych zjawisk. Określeniem tym objęte zostają kasety VHS, magnetofonowe, plakaty, filmy, czy hitowe wówczas piosenki. Natomiast wyroby stanowią przedmioty o rozmaitym zastosowaniu i różnie datowane. Zalicza się do nich samoróbki, amatorkę, bibeloty, gadżety, badziewie, taniznę. Są to rzeczy niewyszukane ludzie tworzą je sami dla siebie i mają swoisty sposób rozprzestrzenia się i również bez wątpienia mogą zaliczyć się do kuriozum. Przedmioty nierozerwalnie związane z epoką duchologiczną, przeróżne wyroby ludzkiej pomysłowości – które dziś nieco śmieszą, ale dawniej nierozerwalnie związane były z życiem nie jednej osoby, Drenda zbiera od lat i szczególnie podczas pracy otoczona nimi wszystkimi, mogła mieć wrażenie znajdowania się w swoistym magazynie osobliwości.
Zarówno wytwarzana wówczas kultura duchowa, jak i materialna miała za zadanie zapewnić swoiste poczucie komfortu. Popularny wówczas Modern Talking, czy zachodnie seriale typu „Dynastia” wywoływały głód luksusu. Nie brakowało wówczas Blake`ów i Alexis marzących o bogactwie, blichtrze i obserwując rzeczywistość otaczającą ich ulubieńców pragnęli dokładnie mieć to samo. Jednocześnie w tym dążeniu do „nowoczesności” zerwania z tenisówkami na rzecz adidasów, pragnieniem każdego nastolatka posiadania pary jeansów czy zajadania się fastfoodami, nie brakowało wiary w zabobonność i zjawiska paranormalnie. Z ludzkiej naiwności rodziła się kariera Kaszpirowskiego, i jego następcy Zbyszka Nowaka mającego ręce, które leczą. Nie brakowało wiary w magiczną moc przedmiotów, jak na przykład w przeklęty obraz płaczącego chłopca – którego fatum zawędrowało z nad Tamizy nad Wisłę. Z jednej więc strony plakaty, reklamy telewizyjne pojawiające się po 1989 r miały zerwać z szarą rzeczywistością poprzedniej epoki, zapewniając bardziej konsumpcyjny styl życia, z drugiej jednak strony utrzymywały w duchu zaściankowości. Nie brakowało pism radzących, jak można wiele rzeczy zrobić wiele rzeczy samemu. Sztuka dizajnerska skupiała na sobie wiele uwagi dzięki właśnie posiadanej przez nią zmysłowi praktycznemu. Wszystko to miało sprawić, aby ludzie mieli poczucie, że można żyć lepiej, wygodniej. Seriale i muzyka odrywały od szarej rzeczywistości za oknem i dać uczucie możliwości posiadania, tego co często niedostępne albo też popychać bardziej w stronę iluzji. Wrażenie te potęgowały przedmioty, zarówno te wytwarzane fabrycznie, jak i ludzi wyrabiających je dla samych siebie. Miały one z jednej strony pozwolić żyć wygodniej, a z drugiej ładniej. Co ciekawe, często są to rzeczy niepotrzebne, ale absurdalnie zachęcające do ich posiadania. Drenda z niezwykłą pieczołowitością udokumentowała estetykę i kurioza lat okołotransformacyjnych, dzieląc je wszystkie tematycznie i nadając im rolę wyznaczników określających cechy ówczesnego społeczeństwa. Bogactwo zgromadzonego przez nią materiału źródłowego połączone z jej wykształceniem etnologicznym dały studia poświęcone zarówno tematyce ogólnie rozumianej hantologii, jak również nierozerwalnie związanymi z nią wytworami kultury materialnej. Rola, jaka miała spełniać Duchologia polska… przywołania wspomnień u rówieśników autorki urodzonych w latach osiemdziesiątych została osiągnięta, jak również Wyroby adresowane bardziej w stronę starszych czytelników również były w stanie przypomnieć o tym, co niegdyś stanowiła ich chleb powszedni. Obie książki jednak z całą pewnością nie należą do najłatwiejszych. Jeśli oczekuje się łatwej lektury poświęconej znanym nam zjawiskom z lat naszego dzieciństwa czy luźnej opowieści o przedmiotach tamtej epoki, można się rozczarować. Drenda bowiem serwuje wykład akademicki, napisany przystępnym językiem ale jednak należący do literatury popularnonaukowej. Trudno mi powiedzieć, czy to dobrze czy źle. Zależy od tego, czego oczekuje się od jej książek. Brakuje odważnych tez czy nowatorskich idei, autorka za to idzie bardziej w stronę pokazania tego, co znane. Jedynie sygnalizuje zjawiska bez wdawania się w głębsze rozważania, co sprawia, że otrzymujemy w obu przypadkach jedynie panoramiczne odzwierciedlenia rzeczywistości ostatnich dwóch dekad XX wieku.
Zarówno Duchologia polska… jak i Wyroby…. pozostawiają po sobie niedosyt. Sprawiają, że wrażenie wzięcia udziału w szybkim maratonie, który nagle się urwał. Mimo to, jednak potrafią wywołać przyjemny wspomnień czar i wyostrzyć zmysły na rzeczywistość odzwierciedlaną w krajobrazach ulic, działek, ogródków czy po prostu znajdującą się we własnym domu, gdzie nie brakuje zapisków naszej codzienności i przedmiotów może często kiczowatych, ale poprawiających nastrój ich właścicieli.
Wnikliwy, interesujący, a przede wszystkim przygotowany z wielką pasją antropologiczny portret rzeczy, na które na co dzień nie zwracamy uwagi. Nominowana do tegorocznych Paszportów Polityki Olga Drenda stworzyła kompleksowy portret polskiej pomysłowości ze wszystkimi jej przejawami: od fikuśnych bram, przez podróbki Myszek Miki, aż po łabędzie z opon. Dużo smaczków kulturoznawczych i trafnych obserwacji.
"Wyroby" to książka powstała z sentymentu i sympatii do klimatu lat 70 i 80. Do przedmiotów, które wywołują uśmiech i przywołują wspomnienia. I ja to rozumiem, współodczuwam i szanuję. Ale mam "ale". Książka o przedmiotach, o materialnych duchach, powinna mieć więcej zdjęć. Dużo porządnych, dobrze opisanych zdjęć, które uzupełniłyby antropologiczny esej i jeszcze bardziej pozwoliły przywołać i zachować pamieć o tytułowych "wyrobach".
Tytułowe wyroby autorka definiuje tak: „To przedmioty o rozmaitymi zastosowaniu i różnie datowane. Można nazwać je na wiele sposobów: samoróbkami, amatorką, twórczością nieprofesjonalną czy spontaniczną, bibelotem, gadżetem, albo lekceważąco: tanizną, badziewiem”. (Tamże, s.6) „Istotą tematu książki są przedmioty niekonieczne, nadwyżkowe, które nie mają nawet żadnego zastosowania praktycznego, a jeśli mają, to dodatkowo są specjalnie, ozdobne”. Tamże, s.12. Chodzi o przedmioty, które powstawały w ramach realizacji swojej potrzeby piękna. Czy w efekcie ich pracy powstawały przedmioty piękne, to już inna kwestia. Można powiedzieć, że powstały wybory nie zawsze okazywały się być piękna, ale wyjątkowości nie można im odmówić. I o takich przedmiotach jest ta książka.
Książka dla tych, którzy cenią sobie ładnie wydane książki, dla miłośników rzemiosła, ale i kiczu rodem znad Wisły. Myślę, że także dla ludzi zainteresowanych wzornictwem jako takim, ale także dla tych, którzy chcą powspominać. Miło mi było, że autorka pofatygowała się na sam koniec pawlacza i wyciągnęła na światło dzienne niektóre z tych zapomnianych już skarbów.
Książka jest bardzo ładnie wydana. Karakter- barwo! Po drugie to naprawdę solidnie wykonany zbiór różnego rodzaju wyrobów, bardzo zgrabnie zresztą napisany. Mały minusik- zabrakło mi trochę wniosków. To ładne zastawienie, ale brakuje mi głębi, analizy.
Kocham to, z jaką fachowością i precyzją Olga opisuje historię całego polskiego badziewia, które niezwykle trafnie nazwała wyrobami. Te wszystkie domowej roboty ozdoby ogrodowe, monidła, podrabiane z podróbek ohydne zabawki i mnóstwo innych paskudztw ze sklepu z 1001 drobiazgów, z kiosku (a obecnie z piwnicy, strychu, allegro) nie pozwalają odbiorcom na obojętność. W jakimś stopniu fascynuje mnie brzydota, ale też fascynują ludzie, którzy mają ochotę kolekcjonować cały ten szajs, otaczają się nim, znają jego losy.
Muszę jednak przyznać, że sama mam w sobie odrobinę miłości do tandety lat minionych (przykładem niech będzie czarnoskóry chłopiec – lalka z PRL-u, która ozdabia mój salon i straszy nawiedzonym spojrzeniem co większych wrażliwców). Nic więc dziwnego, że ta sentymentalno-edukacyjna podróż była dla mnie wielką przyjemnością.
Jedynym naprawdę dużym minusem „Wyrobów” jest fakt, że prawie nie zawierają zdjęć, a przecież tego typu książka powinna mieć ich setki! Te, które są, występują w czerni i bieli, i niestety ani trochę nie zaspokajają głodu poznania.
What a treat. This is essay writing at its peak. Drenda tells many facts through gripping stories and expertly links themes throughout the whole book. The topic of the book is also right up my alley so I had immense fun reading it.
Na pewno warto przeczytać tę książkę. Mi osobiście nie pasował luźny styl podobny do powieści ale dla innych może to być zaleta. Sporo tematów jest wspomnianych pobieżnie.