To nie jest zwykła książka o dzieciństwie w peerelu. To obyczajowa powieść o dwóch narracjach: jednej - współczesnej czterdziestoparoletniej sfrustrowanej aktorki i drugiej - jej samej jako dwunastoletniej dziewczynki żyjącej w 1982 roku. Obie pisane są w pierwszej osobie, pełne swady, humoru, pikanterii, opisujące światy wewnętrzne jak i zewnętrzne bohaterek. Czasami też dwie bohaterki ze sobą rozmawiają, ta duża Marta z małą, każda będąc w swoim czasie. Można powiedzieć, że to rozmowa z wewnętrznym dzieckiem w sobie. Dorosła Marta zżyma się z kryzysem w związku i stagnacją w karierze, a jedenastolatka przeżywa męki dorastania. W tle u dużej - współczesny świat celebrytów pokazany w krzywym zwierciadle, a u małej - pełen przygód świat dzieciństwa w peerelowskim bloku. Jest to opowieść o czasie, o rodzinie, o relacjach.
Ta książka to kolejny dowód na to, że romanse filmu i literatury to zazwyczaj kiepski pomysł. Po cudownym filmie "Moje córki krowy", który uwielbiam, powstała książka napisana jakby... na siłę? Jeszcze chyba nigdy 200 stron tak mi się nie dłużyło, chociaż do końca liczyłam na coś, co tą historię uratuje. Niestety zamiast opowieści o trudnym dorastaniu i samotności wśród ludzi, powstała książka o niczym konkretnym...
Pewnie z racji wieku, książkę tę potraktowałam jako sentymentalną podróż w czasie. Pamiętam smak chrupiącej piętki chleba z masłem i cukrem oraz świątecznej szynki z puszki i pomarańczy od św. Mikołaja. I paczek z Ameryki dzięki którym życie nabierało koloru! Opowieść ma jednak wymiar psychologiczny i może pomóc w zrozumieniu samego siebie.
Czasem dopiero teraz uświadamiam sobie, jak mocno dzieciństwo splata się z dorosłym życiem. Czytając książkę Kingi Dębskiej, wracam myślami do swoich dawnych pragnień i zastanawiam się, ile z tamtego dziecka nadal we mnie żyje. Polecam do luźnej lektury.