Jak się trochę czyta polskiej literatury (bo co do tłumaczeń to nie wiem, co się będę wypowiadać) to można zauważyć pewne mechanizmy. Na przykład ja się za wielką znawczynię nie mam, ale potrafiłam po piętnastu stronach tej książki wyczuć, że przed wydaniem czytał ją tylko sam autor. Bo nie wiem, ale wydaje mi się, że gdyby redaktor przeczytał chociaż te piętnaście stron zamiast dłubać w nosie, to coś z tej historii mogłoby być. A tak to na 520 stronach akcję, która powinna być dynamiczna, przysłania takie pierdolenie, że lanie wody na objętość w rozprawce na polskim to jest przy tym małe miki. Jakub Żulczyk pisze co mu ślina na język przyniesie i uważa tę ślinę za tak cenny surowiec, że zamiast ją wyczyścić chusteczką, to sobie jeszcze do niej wali Gruchę jak Fred. Sorry, to tak nie działa, że co wymyślisz na klopie czy przy myciu naczyń, to musisz dopisać. Niektóre rzeczy można wywalić. Można zapisać w pamiętniczku albo na ścianie bloku wysmarować. Książka naprawdę zyskałaby na wywaleniu setnego porównania Warszawy do bulgoczącego żołądka. Dodatkowo myślę, że gdyby panowie korektor i redaktor, którzy tak dumnie się pod tym podpisali, powiedzieli też Żulczykowi "e, stary, zadyszkę masz? więcej przecinków, mniej kropek" to też byłoby fajnie. Ale nikt nic nie powiedział.
Zostawiam już pana redaktora (electric chair!!!), wracam do Żulczyka samego w sobie. "Ślepnąc od świateł" oprócz żołądkowych metafor, zadyszki stylistycznej i egzystencjalnego pierdololo w postaci pisania tego samego, ale synonimami, przypomina też trochę film Vegi. Warszawa co prawda wygląda jak serial TVN-u, ale taki z czerwonym kwadracikiem i bez Karolaka, ale cała reszta... o panie. Są takie dwie postacie - Stryj i Dario - które się wypowiadają, jakby połknęli scenariusz filmu Vegi, ale nikt im nie zaproponował, żeby go wydalili. Dlatego tak plują; plują "kurwami" "p*dałami" czy gej czy nie gej, brzydkimi określeniami na ludzi innych kolorów skóry, co oni by nie ruchali, wszystkie kobiety to kurwy (o tym więcej później) blablabla ruchanie sranie mordo dawaj kopyto Jacuś kurwa ja pierdolę chuj dupa gnój. Tak to wygląda. Tak to właśnie wygląda. Więcej głębi i polotu ma tekst "Diss na dziada" autorstwa Kuli daje fula. Mimo to książka dalej udaje inteligentne, wnikliwe spojrzenie na ludzkość. Zepsucie. Pieniądze. Kokainę. Sranie w banie i kichanie, nie umiem pisać jak Żulczyk. Oduczyłam się mniej więcej po wyjściu z okresu edgy pisarki.
I wiecie, poświęciłam dwa akapity na styl tej książki, a jeszcze nie przeszłam do tego, co mnie najbardziej zdenerwowało. A mianowicie: Jakub Żulczyk nienawidzi kobiet. Tak. Powiedziałam to. Na początku bardzo sprytnie to ukrywał, powtarzając odpowiednio często, że główny bohater nie cierpi przemocy wobec kobiet, ale jak każda postać zaczęła nazywać kobiety kurwami, to się wywaliło wszystko na ryj. Wszystkie kobiety są brzydkie. Głupie kurwy ponaciągane, jak zrobią nie tak jakby chciał bohater, to są miss Węgorzewa botoksiary lachociągi sprzedajne dziwki blablabla nie zniosę tego znów. Finalnie postać o imieniu Jacek jest miła tylko dla SWOJEJ WYIMAGINOWANEJ ŻONY, KTÓRA ŚNI MU SIĘ W PIERDLU. Może dlatego, bo wyszła z jego głowy, a on jest taki mądrutki, wspanialutki. Głośno kobiety nie zwyzywa, ale dwa akapity wysmarowane, jaka jest brzydka i daje dupy, ile razy, z kim, jak, ile hajsu za to wzięła. On kobiety nie uderzy, ale jak uderzy kolega to już mu wolno - a potem jak jednak nie wolno, to Jacek dostaje wpierdol za zwrócenie koledze uwagi, ale co, przykro ma mi być? Czerpałam niesamowitą satysfakcję z tego, że czasem mu się oberwało. Nie wiem czy zamysłem było, żebym go nienawidziła, a kibicowała postaciom, które mają zatwardzenie od połknięcia wszystkich polskich przekleństw bez popitki. Może tak. Wtedy się udało, brawo.
Oprócz nienawiścianu kobiecanu dożylnie, Jacek wpompowuje sobie czynnie booster ego w żyły. Wybija mordą czwartą ścianę, jakby grał w jakimś filmie, nie wiem, Soderbergha, ale w książce to nie działa. W książce, która i bez tego jest przerostem formy nad treścią, to mnie denerwuje. Bo ja chcę dalej, a Jacek stoi przez to w miejscu i jest gorszy niż wcześniej. Nikt nie jest wystarczająco dobry, by Jacek spojrzał na niego łaskawie. Wszyscy są brzydcy, głupsi od głównego bohatera, mongoloidy, ponaciągane szmaty, festyn brzydoty w Piździochowie Dolnym, wszyscy ćpają, są p*dałami sratata, weź spójrz w lustro, cepie. Jacek jest prosty jak jego konstrukcja w sumie - przejrzałam go szybko i miałam ochotę zasadzić gonga na ryj w okolicach setnej strony. Nie zdradzę zakończenia, ale z pewnych względów jest najbardziej satysfakcjonujące. Nie tylko dlatego, bo postać, którą najbardziej lubiłam, skończyła najlepiej. Anyways, nie chcę tego gówna chwalić. Chcę wam powiedzieć, że to jest jedna z gorszych rzeczy, jakie w życiu czytałam. A mogła być taka nawet dobra. No niestety. Nie każdy może być Olgą Tokarczuk. Niektórzy są Jakubem Żulczykiem. I ślepnie się od jego literatury jak od światła. Ha ha. *mem z Dicaprio, co pokazuje palcem coś przed sobą*