Mieszkańcy spowitego smogiem krakowskiego osiedla odkrywają, że nieświadomie stali się bohaterami filmu. Ktoś ze scen z ich życia i wycinków snów zmontował mroczne, przerażające, psychodeliczne dzieło. Czy zdołają odkryć tożsamość prześladującego ich reżysera, zanim będzie za późno?
Oczy pełne szumu to nowe, radykalnie zmienione wydanie książki Prawy, lewy, złamany, którą przed ponad dekadą zadebiutował na rynku Dawid Kain. Autor gruntownie przeredagował tekst, dodając wiele nowych scen, a także dopisując zaskakujący epilog.
Nie wiem jak się zabrać do tej recenzji - nawet 2 dni po ukończeniu nie pozbierałem się na tyle, by w pełni obiektywnie ocenić tą książkę. Mój stan chyba najlepiej podsumowuje pewna fraza, która była użyta w książce, czyli "Prawy, lewy, złamany"
Prawy W tym fragmencie przedstawię pozytywy których jest sporo. Dialogi są tutaj świetnie napisane - rozmowy dorosłych czy szesnastolatków brzmią bardzo naturalnie. Świetnie wyważone użycie slangu oraz wulgaryzmów sprawia, że nie czułem się zażenowany. Świetnie również wypada przedstawienie Krakowa - akcja dzieje się na jednym z PRL-owych blokowisk i Kain bardzo dobrze oddał jego klimat. Tempo książki jest również dobrze wyważone - zaczynamy niewinnie, by pod koniec wpaść w środek surrealistycznego i psychodelicznego świata wykreowanego przez autora.
Lewy Czy coś mi się nie podobało w książce? Nie jest tego dużo, ale warto wspomnieć o jednym - niektóre wątki przedstawione w książce są tak naprawdę zbędne i służą jedynie temu, by przedstawić pewne kluczowe informacje związane z tym jednym głównym. Zakładam, że jest to zamierzone, jednak czułem lekki niedosyt w jaki sposób zostały zakończone.
Złamany Chociaż już byłem zaznajomiony z twórczością pana Kaina (czytałem "Kotku, jestem w ogniu", oraz "Chory, chorszy trup") to nie byłem przygotowany na tę książkę. Wikipedia tak definiuje gatunek Bizzaro fiction: " współczesny gatunek literacki, którego autorzy używają takich środków wyrazu jak absurd, groteska czy satyra w celu stworzenia wyłamującej się ze schematów prozy." i chyba tak najlepiej można określić to co właśnie przeczytałem, gdzie pierwsze skrzypce gra tutaj groteska. Niektóre sceny przyprawiały mnie o ciarki a od połowy książki miałem poczucie jakbym wylądował w psychodelicznym śnie.
I chociaż ostatni fragment może wnioskować, że powinien ocenić na jakieś 2/5 to jednak nie jestem w stanie ocenić tak nisko tej książki. Dostałem nietuzinkowe dzieło i chociaż jeszcze się nie pozbierałem psychicznie po niej to cieszę się, że ją przeczytałem.
Ha, ha… no i trafiła mi się książka, której nie potrafię oceniać. „Oczy pełne szumu” Dawida Kaina są hmmm… dziwne, eksperymentalne, niby nieoryginalne a jednak zupełnie inne. Ta pozycja wpędza mnie w podwójny kłopot, bo nie dość, że jest dziwna sama w sobie, to wlała mi w umysł natrętną sprzeczność, gdyż serce mówi „nie podobało mi się”, ale rozum „to było całkiem dobre”. Nie umiem tych dwóch głosów w pełni ze sobą połączyć, nie potrafię ich pogodzić i sprawić, by jeden, lub najlepiej oba, zawiesiły broń. Lecz może zacznijmy od tego, co mi się podobało, a raczej od tego, co muszę uznać za udane, choćbym nie wiem jak bardzo tego nie chciała. Więc autorowi udało się mnie wciągnąć w opisywaną historię. Czytało się to dobrze, szybko i byłam ciekawa co będzie dalej. To też wskazuje na dobry styl Dawida Kaina, który potrafi pisać i złapać czytelnika za nogi. Kolejną dobrą rzeczą jest atmosfera, choć ona jest zarazem dobra i niedobra (znów to rozdwojenie). „Oczy pełne szumu” są jak mokry, brudny śnieg przy drodze – taki ma klimat, szary, bury, przygniatający, przygnębiający, smolisty, ciężki i ponury. Domyślam się, że tak miało być, więc zakładając, że tak miało być, autor spełnił swój zamiar w stu procentach. Ta książka taka jest. Dokładnie taka! I na domknięcie dodać muszę, że owa opowieść rzeczywiście włazi w głowę i nie chce z niej wyjść. Pod tym względem przypomina mi trochę „Szpadel” Lize Spit, o którym kiedyś napiszę parę słów. Cóż, chcę o niej zapomnieć, ale nie potrafię i teraz przechodząc obok telewizora przypominam sobie tę historię. Oczywiście z czasem to się zatrze, bo nawet „Szpadel” się zatarł, a to było o wiele, wiele gorsze i sceny z tej książki rzeczywiście potrafiły mnie prześladować. To może przejdźmy do tego, co mi się nie podobało. Może zacznijmy od wulgaryzmów połączonych z „modlitewnymi” wezwaniami. Jej, to takie polskie – chce się rzec, ale właśnie niepolskie. Przestańmy wreszcie przedstawiać się w brudnych, szarych, zgniłych barwach. Spojrzę na polski film (mowa o współczesnych tworach), na literaturę… wkurza i aż boli. Książki albo są takie właśnie jak ten przydrożny śnieg, albo przesłodzone, ckliwe romansidła w stylu „przeprowadziła się z miasta na wieś i odnalazła miłość życia”. Sorry, ale trochę się rzygać chce. Co do samej historii, to tak jak napisałam wyżej, choć moim zdaniem jest inna, to jednak nieoryginalna. Sam pomysł wydaje się świeży, lecz zarazem wtórny. Same sprzeczności! Jak żyć?! Ja naprawdę mam spory problem z tą książką. „Oczy pełne szumu” opowiadają historie paru bohaterów, których łączy „oko szklanego ekranu” gdyż okazuje się, że ktoś ich potajemnie nagrał, ale nawet nie tyle ich, w ich domach, z ich codziennymi sprawami, co ich sny, marzenia, urojenia. Koszmar! Czyste wariactwo! I na tym autor wygrał, bo wciągnął mnie i myślę, że nie tylko mnie. Mamy też zaskakujące zakończenie, epilog, który jest ciekawym domknięciem fabuły… no i te „Sceny po napisach końcowych” – myślę, że bardzo udane, może nawet najbardziej udane. Wkurzało mnie jednak zbytnie filozofowanie, które ocierało się o absurd i zamiast być ozdobą i intelektualną trampoliną, stawało się nieznośnym bełkotem (Choć może miało takie być? I kto to rozstrzygnie? Nie ja.) Uważam jednak, że powinno to być bardziej wyważone, choć np. odniesienia do popkultury, do filmów, reklam były niezwykle trafne i sprawnie Dawid Kain wplótł te otaczające nas zewsząd „śmieci” w fabułę. Trzeba też wspomnieć o scenach trochę obrzydliwych, bo takowe istnieją. Ja nie jestem fanką, ale cóż, to jest pewien „artystyczny” zabieg i wielu twórców z niego korzysta – jeden powie, że to atut, a drugi, że niepotrzebne, wulgarne akty, do których odwołują się tylko ci, co nie potrafią inaczej przyciągnąć publiki. A więc zdania są ponownie podzielone.
Ta książka wywołała w mojej głowie chaos. Oniryczna, groteskowa, psychodeliczna i momentami absurdalna. Szare blokowiska a w nich ludzie borykający się ze swoimi rozterkami egzystencjalnymi. Prawie każdy ma telewizor, tu jest nieźle pokazane stadium uzależnienia od tego wynalazku technologicznego. Kilku mieszkańców odkrywa tajemniczy program, w którym bohaterami są oni sami... Przerażające i szokujące! Nikt nie chciałby się w takiej sytuacji znaleźć... Są bohaterami chorego urojenia czyjegoś umysłu, kilku z nich postanawia odkryć tożsamość reżysera... Czy da się wyzwolić spod wpływu ekranu telewizora? Czy kiedy ogarnia nas schiza jesteśmy w stanie wyrwać się z jej szponów? A co jeśli nasze życie to czyjś film? Czułam przez chwilę jakbym sama się znalazła w spikselowanym świecie... Ciekawie napisana, z fajnymi porównaniami, widać znajomość slangu młodzieżowego. Ciężko ją sklasyfikować, czegoś takiego podobnego nigdy nie czytałam. Myślę, że warto podjąć próbę przeczytania jej, to naprawdę jest nietypowa wizja.
Niesamowite połączenie horroru i weird w dziwaczny miszmasz, który miejscami przyprawia o ból głowy. Nie do końca wiadomo co się dzieje, bywa bardzo brutalnie, a pod koniec człowiek się zastanawia czy czegoś mu nie dosypano do herbaty. Dialogi są za to tak czyste i naturalne, że mogłyby spokojnie być podsłuchane na osiedlu Kaina.
Bardzo czuć, że to wczesny Kain, jeszcze niedojrzały literacko. Miejscami niezłe, częściej bałaganiarskie, przedobrzone językowo, no i trochę za dużo grzybów w tym barszczu. Niemniej przeczytałem bez większych oporów :)
Pomysł przedstawiony w książce jest ciekawy. Natomiast wykonanie nierówne, z przewagą słabej treści. Czasami zdarzają się ciekawsze treściowo i koncepcyjnie fragmenty.