Strażnik autorstwa Paulina Hendel to książka, która potwornie mnie rozczarowała. Rozumiem, że to powieść młodzieżowa, ale bycie kierowaną do młodszego czytelnika nie zwalnia z obowiązku zachowania logiki i sensu fabuły. Sam pomysł wyjściowy wcale nie jest tragiczny. Chłopak budzi się po siedmiu latach w świecie ogarniętym apokalipsą, w którym z cienia wyszły demony i zaczęły atakować ludzi. Brzmi jak solidna baza pod mroczną historię. Problem w tym, że wykonanie jest tak złe, że aż trudno w to uwierzyć.
Najbardziej uderzyła mnie kompletnie nielogiczna reakcja głównego bohatera. Hubert budzi się po siedmiu latach niepamięci i… właściwie nic. Nie próbuje dowiedzieć się, co się z nim działo przez ten czas. Nie drąży tematu. Nie jest szczególnie ciekawy. Nie przeżywa szoku. Nie analizuje. Nie zadaje trudnych pytań. W świecie, który się zawalił, on funkcjonuje tak, jakby zgubił najwyżej kilka dni, a nie siedem lat życia. Trudno mi było w to uwierzyć i jeszcze trudniej było mi to zaakceptować.
Kolejna sprawa to postacie. One po prostu nie istnieją jako pełnokrwiste osoby. Każdy wydaje się papierowy, pozbawiony charakteru, motywacji i indywidualnych cech. Miałem wrażenie, że czytam o grupie NPC-ów, których jedyną funkcją jest przesuwanie fabuły do przodu. Imiona ulatywały mi z głowy chwilę po przeczytaniu. Nie było tu nikogo, kto naprawdę zapadłby w pamięć.
Absurdalne było też to, że w sytuacji totalnej apokalipsy, braku podstawowych zasobów i ciągłego zagrożenia ze strony demonów, mieszkańcy wioski są niewiarygodnie mili, serdeczni i otwarci. Przyjmują obcego bez większych wątpliwości. Nie widać napięcia, nieufności ani desperacji. A przecież świat się skończył. Nie ma wody, prądu, gazu, często nawet podstawowych środków do życia. Mimo to bohaterowie zdają się funkcjonować niemal komfortowo.
Do tego dochodzi wątek romantyczny, który wydaje się wrzucony na siłę. Główny bohater trafia do kompletnie obcej, niebezpiecznej rzeczywistości, dowiaduje się, że jego rodzina i najlepszy przyjaciel mogą nie żyć, a mimo to jednym z jego priorytetów staje się uganianie się za ładną dziewczyną. W takiej sytuacji to naprawdę brzmi absurdalnie. Hubert godzi się z potencjalną śmiercią bliskich niemal bezboleśnie. Gdzie rozpacz, gdzie bunt, gdzie szok?
Najgorsze jednak było to, że ta książka jest zwyczajnie nudna. Przez większą część fabuły właściwie nic się nie dzieje. Hubert chodzi z miejsca na miejsce i zabija potwory. I tyle. Brakuje napięcia, zwrotów akcji, realnych konsekwencji. Nawet jeśli pod koniec pojawia się element zaskoczenia, to nie jest on na tyle mocny, by wynagrodzić całą drogę przez tę historię.
Czy zakończenie było minimalnie nieoczywiste? Być może. Czy było satysfakcjonujące? Zdecydowanie nie. Ta książka wywołała we mnie głównie frustrację i zmęczenie. Nie czuję żadnej potrzeby, by kontynuować serię. Jeśli kolejne tomy są utrzymane na podobnym poziomie, to ja zdecydowanie wysiadam.