Z tej wyspy na morzu północnym nie można uciec – to kotwica, to stały punkt na mapie jej mieszkańców. Roy Jacobsen po raz ostatni powraca na Barrøy, wieńcząc tym samym swoją skandynawską trylogię. Po „Niewidzialnych” i „Białym morzu” nadszedł czas na „Oczy z Rigela”.
Skończył się czas bezruchu i niepokojącej ciszy, zaczął się czas wyczekiwania, czas poszukiwania, czas nieustającego ruchu. Każdy z trzech tomów trylogii wyspy Barrøy ma swoją wyjątkową atmosferę, swój punkt wyjścia. „Niewidzialni” byli opowieścią o rodzinie, o przeszłości, o bliskości. „Białe morze” o dojmującej samotności, o tęsknocie za dotykiem, za głosem drugiego człowieka. „Oczy z Rigela” natomiast, to wciąż proza melancholijna, nostalgiczna, miejscami tragiczna, miejscami dramatyczna, a miejscami nawet zabawna, chwytająca małe życiowe momenty, wielkie emocje między słowami. Zwyczajna i niezwyczajna jednocześnie. To, co odróżnia jednak ostatni tom to właśnie ten ruch, ta podróż, nieustający pęd i próba wyrwania się z okowów wyspy. Tylko nawet Ingrid wie, że z wyspy Barrøy nie można uciec, a powrót jest nieunikniony, nawet jeśli miewa wątpliwości.
Wyspa Barrøy to stały punkt na mapie trylogii Jacobsena. Jawi się niczym kotwica, niczym wyrzucony na piasek wrak, jak ten kawał drewna przybity do ziemi, by nigdy nie poddał się falom. Na wyspie wszystko się zaczyna i wszystko się kończy. Dla Ingrid i jej bliskich zaczyna się nowy czas, nowa epoka. Inna opowieść.
„Oczy z Rigela” to historia kobiecej niezłomności, wojennej traumy, ludzkich nieszczęść… Mimo wszystko najmniej działa na emocje z całej trylogii, najmniej przenika do wyobraźni czytelnika. Stanowi jednak ciekawą klamrę fabularną dla całej opowieści, daje tak potrzebny naszej bohaterce oddech i pozwala zanurzyć się w ten skandynawski świat przeszłości raz jeszcze.