Właściwie wypalone cegły, jeśli uderzyć jedna o drugą, wydają dźwięczny ton i są wiśniowe, prawie bordo. Na cegłę mówiono: palcówka - bo często, ten, kto ją robił, zostawiał w niej odciski palców. Na dom potrzeba pięćdziesiąt tysięcy wiśniowych palcówek. Buduje się dla innych. Nie tylko dla dzieci i wnuków, ale dla otoczenia. Dla miejsca. Żeby nie zepsuć przestrzeni, nawiązać z nią relację, wtopić się w krajobraz. Ale dom żyje, dopóki żyje w nim człowiek.
"Kto zdążył, ten wyburzył" – słyszy Dorota Brauntsch. Bo murowane domy chłopskie na ziemi pszczyńskiej z XIX i początków XX wieku wreszcie zostały uznane za zabytki, dowód kultury, a więc podlegają ochronie. Tylko że prawie wszystkie już zniknęły... I nadal znikają.
To opowieść o cegle, kulturze chłopskiej, przemianie Górnego Śląska i o tym, czym jest dom. I jeszcze o idealistach, którzy próbują ocalić przeszłość. Bo jeśli nie wiesz, skąd jesteś, nie wiesz, kim jesteś.
Bardzo piękna książka, poetycka i pełna nostalgii. Warto czytać ją powoli i w skupieniu, wsłuchując się uważnie we wrażliwość autorki. Smutno mi trochę po tej lekturze, bo jestem jednak sentymentalna i odczuwam żal za starymi budynkami, które znikają...
Nie pamiętałam już zupełnie, dlaczego i kiedy kupiłam tę książkę, ale gdy zaczęłam czytać i dotarłam do Pszczyny, wszystko stało się jasne. Szeroko pojęte silesiana zawsze będą leżeć w kręgu moich zainteresowań, a gdy traktują o domach, to już w ogóle. Brauntsch nie pisze o pierwszych z brzegu domach, a o tych ceglanych, własnoręcznie murowanych. Takich, jak dom mojej babci – z czerwonej cegły, z wzorem na zewnątrz, z miejscem do siedzenia, podzielonych na sień, kuchnię i izby.
Ta książka jest cudowna! Jest nostalgicznie piękna i pełna ciepła, które otula, niosąc jednak cień smutku. Choć dotyka tematów najbardziej przyziemnych, mówi o ziemi, glinie, cegłach i pracy, jest pełna poezji dawnej codzienności. Obudziła we mnie najbardziej archetypiczne, pierwotne instynkty. Pragnienie osiedlenia się, uwicia gniazda, powrotu do natury i oddania jej należnego szacunku. Przygnębiająca to świadomość, że jeszcze nie tak dawno człowiek zdawał sobie sprawę, że jest elementem większej układanki i chciał żyć w symbiozie ze światem, a potem myślał już tylko o tym jak go posiąść, nie oglądając się za siebie. Jest w niej zawartych wiele prawd i mądrych zdań, zostających z człowiekiem na długo. Jestem pewna, że ja też do niej wrócę, bo ustawia właściwą perspektywę, przypomina co jest ważne. To taki reportaż, który cenię najbardziej. Temat pozornie żaden, dotyczący jakiegoś maleńkiego wycinka rzeczywistości, który okazuje się głębokim i wnikliwym studium człowieka, jego relacji z domem i ze światem.
„Gdy ściągnięto dach, koty usiadły na progu z zadartymi głowami, bo zawsze spały na strychu. Po rozbiórce wałęsały się przez kilka dni w miejscu, gdzie wcześniej stał dom, spały w trawie. W końcu bezdomne koty zaczęły się układać na stertach belek, które zostały z rozbiórki. - Przenieśliśmy im stare krokwie do piwnicy - kończy pani Ula. - Śpią teraz wtulone w zapach domu.”
3.5 Ślicznie napisana, bardzo nostalgiczna. Mimo prób wprowadzenia szerszego kontekstu - w ogólnym wydźwięku książka sprowadzająca się do kochania cegiełek. Też kocham cegiełki, więc to była przyjemna lektura, ale to ciepełko wprowadza w stan rozmarzenia zamiast chęci do działania.
Pszczyna kojarzyła mi się do tej pory jedynie z pałacem i faktem, że była posiadłością Hochbergów, a więc byłych właścicieli podwałbrzyskiego Książa, do którego moja matka ma na rowerze 15 minut i jej trochę tego zazdroszczę. Ja mam w zastępstwie Pałac Nauki i czytam tą zamianę jednak ironicznie. O tym, że Pszczyna ma jakieś okolice i warto na nie zwrócić uwagę nie miałem pojęcia, a więc już choćby od strony poznawczej przed nami książka warta uwagi.
Dorota Brauntsch zajęła się czymś przeważnie omijanym w krajobrazie wsi - domami z cegły. Zachwycamy się drewnianymi, są nawet szlaki architektury drewnianej, ale zapominamy, że pomiędzy PRLowską kostką i wyrobami dworkopodobnymi w architekturze wielu regionów (nie tylko Śląska) nastał czas domów z cegły. Skąd się wzięły? Jaka bywa cegła? Kto w nich mieszkał? Jak dzisiaj chroni się te zabytki (nie chroni) i w jaki sposób pasjonaci architektury próbują uratować ceglane ostańce - Brauntsch odpowiada na te pytania sprawnie i choć za chwilę napiszę, że książka mi się nie do końca spodobała, to chciałbym podkreślić, że zarówno od strony techniki reporterskiej, różnorodności stosowanych form, a szczególnie językowej jest to książka naprawdę warta uwagi. Tu chyba też trzeba oddać sprawiedliwość Juliannie Jonek-Springer, która książkę redagowała. Nie jest to pierwszy tytuł podpisany przez redaktorę, w którym zastosowano podobne, bardzo zgrabne rozwiązania literackie.
Mam z “Domami bezdomnymi” jednak kłopot. Bo bardzo chciałbym pochwalić autorkę za ciekawy temat (murowane domy wiejskie w pszczyńskiej okolicy), za fantastyczne opisy (nie jest łatwo opisywać architekturę), ciepło i atmosferę książki (czuć, że autorka… czuje temat) i napisać, że to świetna opowieść, ale jednak muszę być uczciwy wobec siebie. Niestety “Domy bezdomne” to krótkie reporterskie etiudy, które krążą wokół jednego tematu i choć próbują go ująć z wielu stron, to i tak kończy się tym, że cały czas w głowie zostaje jedna, założycielska teza. Te etiudy są ciekawe i niekiedy bardzo dobre, ale zdecydowanie do podczytywania pojedynczo.
Przy tej okazji na krótką chwilę utonąłem w lokalnej, pszczyńskiej prasie. Zdecydowanie zaskakuje mnie jak bardzo dzisiejsza Pszczyna korzysta z dziedzictwa Hochbergów. Lokalny portal nazywa się sprytnie Pless (Hochbergowie byli “von Pless”), na pszczyńskim rynku odbywają się “Daisy Days”. Ciekawe jak Polska radzi sobie z niemieckim dziedzictwem arystokratycznym. Widzę to interesującym, a “Domy bezdomne” warto, bo to książka o zmianach w przestrzeni, których nie dostrzegamy, a może nauczymy się zwracać więcej uwagi na ginące krajobrazy. Choć ja bym nie był optymistą, ale spróbować warto.
Reportaże o dawnych budownictwie, o sprawach technicznych, ale przede wszystkim o szukaniu i odnajdywaniu duszy w tych starych budynkach. W przeciwieństwie do budownictwa dziś, tamte domy wymagały dużo większych nakładów pracy, każdy element tworzył człowiek, rzemieślnik, który wkładał w to swoją pracę, a często też i serce. Z czułością o miejscach, które kiedyś dla właścicieli były najcenniejsze, były ich domem.
Brakuje mi spoiny między poszczególnymi fragmentami tej książki. To mój jedyny zarzut.
"Pierwszy zniknął kot. Potem przepadły myszy, a przecież bez kota miałyby tu lżejsze życie. Odfrunęły gołębie, a zaraz za nimi jaskółki, te spod dachu. Słowik też odleciał – bez słowa pożegnania. Wyniosły się kuny i na strychu zrobiło się cicho. I w lipach zaległa cisza, choć kiedyś huczało w nich jak w ulu. Przestały przychodzić sarny i zające, bo zimą nikt już nie otwierał dla nich drewnianych wrót stodoły, by mogły podjeść siana. Zniknęły bez śladu kuropatwy, a na końcu wyprowadziły się lisy, które kiedyś uwiły w ciepłej słomie swoje siedlisko. Nie lubiły, kiedy ktoś wchodził do stodoły. Syczały i szczekały, by przepędzić intruzów, lecz gdy zniknął gospodarz, zniknęły również one. Podobnie jak cała reszta ,mniej lub bardziej legalnych lokatorów. Bo dom żyje, dopóki żyje w nim człowiek”. Tamże, s.93.
Ta książka jest przepiękna. Chce się powiedzieć - piękna niczym cegła. Czemu? Bo to pean o cegłach i ich pomarańczowo-czerwonym pięknie - ale idealny dla laików bez wykształcenia kierunkowego typu architektura, budownictwo. Opowiada o jej wiejskich korzeniach, o pięknie domów wiejskich i czemu znikają (chociaż chyba powinnam napisać zniknęły) z polskich wsi. Całość jest osadzona w opowieściach z Pszczyny i jej okolic, ale piękno tych historii jest moim zdaniem uniwersalne. Polecam wszystkim, a w szczególności jeśli obserwujecie pieing i czytacie Betonozę Mencwela.
Jak dotąd najlepsza książka, jaką udało mi się przeczytać w tym roku. Ciekawa, napisana pięknym, wręcz poetyckim językiem, widać w niej zarówno osobiste zaangażowanie, jak i gruntowne przygotowanie merytoryczne autorki. Wzbogacona zdjęciami magiczna opowieść o tym, czego zazwyczaj się nie dostrzega, o znikaniu i ocalaniu, o nieuniknionym upływie czasu i o tajemniczej magii zamkniętej w czerwonej kostce cegły. Tę książkę czyta się jednym tchem.
Nie mogłam się tej lektury doczekać i ogromnie się cieszę, że się na niej nie zawiodłam. Czyta się ją szybko, jednym tchem, wchodząc w atmosferę przeszłości i przemijania. Pozycja obowiązkowa dla każdego, kto pozycjonuje tożsamość regionalną i historyczną wysoko w hierarchii życia, dla wszystkich tych, którzy chcą na chwilę przystanąć i refleksyjnie spojrzeć w przeszłość.
Książka, która ukorzenia. Narracja pełna ciepła i uważności nie wyklucza reporterskiej rzetelności. Żałuję tylko, że książka ma zaledwie 200 stron, bardzo chciałabym kontynuacji i poszerzenia tematu, ponieważ Dorota Brauntsch swoim reportażem ocala od zapomnienia coś, co jest na skraju upadku, a mnie jest szczególnie bliskie…
Niesamowity reportaż. O starych domach, o zmieniającym się nastawieniu do życia, o tym jak zmieniał się sposób budowania domów na przestrzeni ostatnich stu, dwustu lat. Lektura słodko-gorzka. Aż chce się zapytać "co robimy z naszym krajem?"
Długo miałem wrażenie, że to tylko nieskładne urywki. Ale potem zobaczyłem dom.
"Domy bezdomne" to delikatna i piękna rzecz, która dzieje się w szczelinach. Smużki światła prowadzą nas przez historie ludzi, spotkania z naturą, z żywym i kolorem. Pokazują aberracje współczesności i PRL-u. Oddomawianie domów. Wyczłowieczanie ich.
Jeden z najlepszych reportaży. Wzruszający. Zmienił moją estetykę i marzenia dotyczące własnego domu, zarówno w sensie bryły architektonicznej i tym drugim.
bardzo ladny i wrazliwy reportaz, styl i kompozycja odpowiednio dobrane do tematu. pozostawia jednak duzy niedosyt, jakby autorka zaledwie musnela niektore tematy, podczas gdy mozna bylo wejsc duzo glebiej, dowiedziec sie wiecej, rozwinac watki, pojsc dalej. mocno odczuwalne sa tutaj dla mnie brak reporterskiej wprawy i odwagi oraz "bezpieczne" podejscie do tematu, niemniej jednak jest to bardzo przyjemna lektura.