Jestem ogromną fanką Katarzyny Tubylewicz. Wszystko, co pisze, co wydaje, jest doskonałej jakości, jest przemyślane, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, jest szalenie profesjonalne. Zawsze sięgam po Jej publikacje z ogromną przyjemnością. I nigdy jeszcze się nie zawiodłam.
Śledzę Jej pisarską i translatorską działalność uważnie od lat. I tak, o ile od momentu, gdy zetknęłam się z tłumaczoną przez Nią trylogią Jonasa Gardella, wiedziałam, że tłumaczką jest genialną, a od kiedy przeczytałam Jej "Rówieśniczki" (oraz wszystkie pozostałe powieści i, naturalnie, genialnych "Moralistów") wiedziałam też, że pisarką jest świetną, z ogromnym wyczuciem społecznym, o tyle przy okazji "Sztokholmu..." dowiedziałam się, że Katarzyna Tubylewicz ma też niebotyczny talent bycia przewodniczką po swoim domu, którym jest stolica Szwecji.
Autorka nie tylko oprowadza czytelników po w zasadzie zupełnie nieutartych i nieoczywistych szlakach, ale gawędzi z nimi, opowiada, prowadzi narrację, w której jest pełno ciekawostek, faktów historycznych, trochę osobistych i emocjonalnych dodatków, a wszystko to podlane jest autentyczną i szczerą miłością do miasta. Ale nie jest to miłość bezkrytyczna, co to, to nie. Katarzyna Tubylewicz kocha Sztokholm wymagająco, roztropnie. Zachwyca się nim, docenia, poleca, ale nie stroni też od uwag krytycznych. W tym przewodniku-nieprzewodniku (cudna forma, coś - dla mnie przynajmniej - zupełnie nowego i odkrywczego, że po mieście można oprowadzać narracyjnie, a nie tylko za pomocą suchych faktów dotyczących godzin otwarcia danych miejsc i kosztów cen biletów) jest nie tylko Sztokholm jako miasto, w nim jest wszystko, co tworzy jego miejską tkankę - opowieści o ludziach, o podziałach społecznych, o architekturze, o artystach z niego się wywodzących, o tragedii, które to miasto przeżyło w 2017 i nadziei, jaka z niej płynie. Wszystko to, w moim odczuciu, personifikuje Sztokholm, sprawia, że chce się z miejsca do niego pojechać i zobaczyć wszystko na własne oczy, oddychać chociaż przez moment tym samym powietrzem, co Autorka.
Opowieści o nieistniejącej dzielnicy Klara i o mającej drugie, dość zaskakujące z historycznego punktu widzenia, życie dzielnicy Sodermalm,o szwedzkiej (nie)egalitarności, o niesłychanych wręcz społecznych podziałach w mieście, w którym informacja o adresie zamieszkania podaje wszystkim na około na tacy człowieka poglądy, zainteresowania, wykształcenie itd, o imigrantach idealnie, naturalnie wręcz przeplata się z zachętą do odwiedzenia niebanalnych, nieoczywistych muzeów, do zobaczenia Sztokholmu z lotu ptaka, do przepłynięcia go kajakiem wzdłuż i wszerz. A wywiad z Ewą Teodorowicz-Hellman i rozmowa z nią o polonikach to już w ogóle wisienka na tym pysznym, domyślam się, że semlowym ;-) torcie.
Piękne zdjęcia zamieszczone w książce wykonał syn Autorki, Daniel Tubylewicz. Nadają one książce prawdziwego, oryginalnego, swojskiego sznytu, bo są niebanalne i, w przeciwieństwie do typowych, zwykłych przewodników,oddają właśnie ten niebagatelny urok miasta, do którego Katarzyna Tubylewicz chce nas przekonać i który, co udowadnia na ponad 300 stronach, jak najbardziej istnieje i jest niepowtarzalny. Ten urok podbarwiony osobistym wyznaniem mamy i syna zakochanych w Sztokholmie.
Byłam w Sztokholmie dotychczas pięć razy. Spokojnie, po przeczytaniu przewodnika Kasi mogę powiedzieć, że niewiele widziałam i, że bardzo mało rozumiem. Następnym razem, a taki będzie na pewno, zabieram "Miasto, które tętni ciszą" do plecaka i odrabiam swoją pracę domową krok po kroku. Z radością!
Ps. A informacje o dojazdach i cenach biletów, o tym, gdzie zjeść najlepsze lody w mieście i udać się na idealny piknik też są, spokojnie :)