Żyjąc, zajmujemy miejsce tych, którzy byli przed nami, taka jest oczywista kolej rzeczy. Jak jednak żyć w miejscu, w którym garstka ludzi zajmuje miejsce po ośmiuset, jak wypełnić taką przestronną pustkę? Szczególnie gdy tych ośmiuset nie odeszło tak, jak nakazuje czas, lecz zmiotła ich historia? Pusty las to opowieść autorki o życiu w Wołowcu, beskidzkiej wsi, z której kolejno znikali szukający szczęścia za oceanem biedacy, wizjonerscy nafciarze, Żydzi, Cyganie, Łemkowie. To także jej hołd dla tego miejsca na ziemi, jego historii, przyrody i jego mieszkańców.
Antropolog kultury; stopień doktora nauk humanistycznych otrzymała w Instytucie Sztuki PAN w Warszawie. Zajmuje się antropologią współczesności (zwłaszcza problemami popularnej kultury audiowizualnej) i formami współczesnej wyobraźni religijnej.
Prowadzi Wydawnictwo Czarne. Jest prezesem Stowarzyszenia Rozwoju Sołectwa Krzywa zajmującego się dziećmi z byłych PGR-ów w Beskidzie Niskim.
Autorka książek Zaraza. Mitologia dżumy, cholery i AIDS, Współczesna Biblia Pauperum. Szkice o wideo i kulturze popularnej oraz Błazen. Maski i metafory. Od 1996 roku prowadzi Wydawnictwo Czarne. Urodzona w Warszawie, mieszka w Beskidzie Niskim w Wołowcu wraz z mężem Andrzejem Stasiukiem .
Jest córką kardiologa Marka Sznajdermana, wnuczką neurologa Ignacego Sznajdermana.
Długo zajęło mi czytanie Pustego lasu. Dlaczego? Ano dlatego, że to wymagająca książka. To tak, jakbym czytał pamiętnik, rzecz niesłychanie osobistą. Czułość z jaką p. Sznajderman opisuje swoich sąsiadów jest bardzo wzruszająca. Wzruszająca tym bardziej, że ich już dawno nie ma. Autorka nawet nie miałaby szansy ich poznać, a jednak wydobyła o nich pamięć z czeluści niepamięci.
Pusty las, jak już wspomniałem, to bardzo osobista opowieść. To rekonstrukcja dziejów Wołowca, Czarnego i innych miejscowości, ale przede wszystkim rzecz niesamowita - przywrócenie tych ludzi skazanych na zapomnienie - pamięci.
I jak to jest pięknie wydana książka! (zdaję sobie spawę dlaczego)
Warto!
PS. Pusty las to swego rodzaju fantastyczny przewodnik po dawnej Łemkowszczyźnie. Kiedyś wybiorę się tam!
„Pusty las” jest autobiografią, w której oczywiście znajduje się miejsce na anegdotę, jak choćby ta o powstaniu Wydawnictwa Czarne, ale więcej uwagi Sznajderman poświęca opisowi świata, który ją otacza i śledzeniu jego przeszłości. W komiksie „Tutaj” Richarda McGuire’a czytelnik na każdej stronie widzi tę samą przestrzeń, zmieniają się tylko występujące w niej artefakty, wszystko zależnie od epoki, w której się znajdujemy. I tak w epoce wielkich gadów zobaczymy dinozaura, a w epoce pierwszych lodówek - ludzi w mieszkaniu. Podobnie Sznajderman zakłada kilka obserwacyjnych ambon, z których spogląda na historię miejsc, w których przyszło jej żyć.
Opowiada o tym, jak niewielkie zainteresowanie polskich etnografów budził lud osiadły w okolicach Beskidu Niskiego - nie znajdziemy w bibliotekach opasłych tomów opowiadających o zwyczajach, pieśniach i ubiorach Łemków z XIX wieku. Do Wołowca czy Czarnego docierali nieliczni, którzy zboczyli z trasy, może się zachwycili, może byli zwyczajnie ciekawi ludzi żyjących w miejscach, gdzie trzeba być naprawde twardym człowiekiem. „Kto przeżyje tu jedną zimę, zostanie” - mówi się do dziś w Wołowcu. Jego mieszkańcy przeżyli niejedną porę roku, ale nie mogli dać rady wielkiej historii, która wciąż przetaczała się przez ich okolicę. Pisze Sznajderman o akcji Wisła, o obozie w Jaworznie, o pierwszej wojnie światowej i gorącej nafcie, która niektórych wywyższyła, ale nielicznych. Nie ma tu tęsknoty za galicyjskością, tak lubianej w Polsce. Jest za to uważność i czułość w opisach przyrody, w opowieściach o własnych wycieczkach w poszukiwaniu śladów przeszłości, zachowanych na cmentarnych krzyżach, zapisanych w przestrzeni ruinami cerkwi. Dzisiaj - jak pisze Sznajderman – „to, co ludzkie, karmi teraz przyrodę”, tworzy pejzaż, współczesność choćby tak bardzo niewspółczesną.
Czy można ze skrawków biurokratycznych notatek (ksiąg narodzin sprzed wieków, świadectw szkolnych etc) przywołać na moment do życia tych o których nikt nie pamięta? Można...ale tylko na moment. Bo przecież tuż po przeczytaniu tej książki nie potrafię sobie przypomnieć choćby jednego pełnego imienia i nazwiska z setek zapomnianych sąsiadów Moniki Sznajderman jakie przewinęły się się w jej książce i które to na moment wydobyła z nicości nie-pamięci... Co sprawia, że w pewnych skrawkach Ziemi ludzie zostawiają po sobie ślady na tysiące lat a w innych już po kilkudziesięciu latach trudno zauważyć, że były to tereny gęsto zaludnione? Smutna, desperacka próba sprzeciwienia się Czasowi... Czy Ci młodzi żołnierze Austro-Węgier, których opłakujemy na cmentarzach wojennych Beskidu Niskiego mieli „szczęście” bezsensownie zginąć właśnie wtedy? Ilu z ich kolegów co przeżyło dwadzieścia parę lat później wdrażało „ostateczne rozwiązanie” i przyczyniło się do zaniku 10% potencjalnych sąsiadów autorki? Smutna to opowieść o tragicznych losach konkretnych ludzi i wynaturzeniu społeczeństw co to ich unicestwiły w imię narodu, religii czy „postępu”...
Coś między ubi sunt, litanią, wypominkami a drobiazgową kroniką dziejów pewnego zapomnianego miejsca. Spokojna, stonowana, uderza detalem, unika efekciarstwa, nie potrzebuje go zresztą. Bardzo ciekawa metoda pracy z dokumentami. Autorka powołuje do powtórnego życia dawnych mieszkańców za sprawą nazw i nazwisk, tęskni do przeszłości, jest żałobniczką. A to wszystko w pięknych, czułych krajobrazach Beskidu. Okraszone mądrymi, czasem trochę sztucznie przywołanymi, cytatami.
Ta książka to prawdziwy hołd dla beskidzkiej przyrody oraz mieszkańców Wołowca i okolic: Łemków, Żydów, Cyganów, którzy kiedyś, na tych ziemiach, rodzili się, dojrzewali, śmiali się, kochali, a potem...zniknęli, zdmuchnięci przez los i wielką historię. Tu, gdzie kiedyś były wsie, jest teraz las, tu gdzie wybrzmiewał ludzki śmiech, stoi kilka, zagłębionych w ziemi, nagrobków z zatartymi napisami.
Tę ciszę, ten tytułowy pusty las, Sznajderman wypełnia nazwiskami, przybliża nam odrobinę ten zaginiony świat.
Mocna 4, może nawet 4½. Docenić należy olbrzymi wysiłek dotarcia do źródeł, bo Monika Sznajderman wymienia dziesiątki, może setki osób, o każdym starając się coś napisać, choćby najmniejszy drobiazg. Być może wierzy, że po każdym człowieku powinno coś zostać, że gdyby nie te krótkie zdania, to ci ludzie zostaliby pozbawieni możliwości potwierdzenia swojej egzystencji. A przecież każde życie powinno się liczyć. Pusty jest las, opuszczona wydaje się cała kraina Beskidu Niskiego. A przecież, oprócz cieni tych, którzy odeszli, albo wręcz przeciwnie - tych, którzy zostali tam na zawsze, jest coś jeszcze. Historie jak ta o gorączce ropy, istnym Teksasie na zapadłych krańcach Polski, czy właściwie Monarchii Austro-Węgierskiej. Z dziesiątkami tysięcy pracowników, z rozrastającymi się wsiami i miasteczkami. Z budowaną koleją, okazałymi domami, barami, ba, kasyno też by się znalazło! Albo trudne rolnictwo i hodowla na nieurodzajnej beskidzkiej ziemi. Ludne, po tysiąc mieszkańców liczące wsie, w których stało po prawie dwieście domostw. Tego wszystkiego nie ma już od ponad 70 lat. Znów historia zatoczyła koło, i znowu "zniknęła" niechciana mniejszość. Raz jeszcze podzielono pozostawiony dobytek. Unikanie ciemnych kart w historii nie jest niczym nowym. Więc to właśnie robimy. Unikamy historii, kiedy tylko jest niewygodna. Może nie mówmy o tym już więcej. Gdy wymienimy ich zbyt wielu, gdy wspomnimy jeszcze Mendla Weissmana, kupca z Gładyszow, staniemy się nudni, przestaną nas słuchać, stracimy szansę na współczucie. Jedyne ślady, jakie mam, to ślady śmierci, nie życia. Akcja "Wisła" była krótka: rozpoczęła się 28 kwietnia 1947 roku o czwartej rano i trwała do 31 lipca, trzy miesiące. (...) Wysiedlono prawie sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi, ponad siedem razy więcej, niż planowano. Od maja do lipca 1947 roku przez oświęcimską stację przejechało w ramach akcji "Wisła" dwieście sześćdziesiąt dziewięc transportów z siedemdziesięcioma siedmioma tysiącami ludzi. (...) Selekcja odbywałą się na rampie - tej samej, na której w czasie wojny selekcjonowano Żydów. Nawet trudno skomentować. Jako naród unikamy historii i nie wyciągamy wniosków.
[Wszystkie cytaty z: "Pusty Las", Monika Sznajderman, Wydawnictwo Czarne 2019]
Za wszystko, co spotkało mieszkańców tych ziem dostali Monikę i Andrzeja, a Oni tam - Ich.
(Telenowela normalnie, ale że czas przedapo postanowiłam spędzać miło - oby latami, dekadami, więc zostawiam, może jeszcze kogoś ujmie; rozpacz kocha "sery cięte na plastery").
Po roku czas przedapo trwa nadal i to jeszcze jak trwa. Pierwsza w 2020.
Trochę za bardzo to chaotyczne i trochę się rozłazi. Ale beskid niski to jedno z moich najulubieńszych miejsc w Polsce. Więc bardzo to się fajnie czytało.
"[...] z pełną świadomością wpisanego w ten projekt niespełnienia, czuję, że nie ma wyjścia, że trzeba próbować".
// "Przed nami z tej samej studni czerpał wodę Jurek, przed nim Chwałyk, a jeszcze wcześniej Wasyl Bajsa. Po ich śladach szliśmy potem do domu, a z rozkołysanych wiader wychlapywała się woda i wsiąkała w miejsca, w które wsiąkała od zawsze".
// "Będę się włamywać do opuszczonych chałup, jeść resztki ze spiżarni moich sąsiadów, spać w ich pościeli, wilgotnej i zimnej. Aż w końcu ludzie zapachy ulecą i zniknę, jak oni wszyscy, a resztki człowieczeństwa pochłonie las. Wrócą zwierzęta, borsuki, lisy, wilki. Nastanie ciemność. I będzie znowu jak kiedyś, jak przez pięciuset laty. Jak przed początkiem świata".
// "[...] jedyne światła, jakie się palą, palą się właśnie na cmentarzu. U moich podziemnych sąsiadów".
// "W 1898 roku przez Galicję od wschodu do zachodu szła wielka pogromowa fala. [...] Przyczyn było wiele, wśród nich słabe zbiory rok wcześniej i kampania wyborcza do parlamentu, której w pewnych środowiskach towarzyszyła agresywna agitacja antyżydowska, ale to oczywiście była tylko oliwa, którą podlano wiecznie tlący się ogień antysemityzmu, aż zapłonął jasnym płomieniem".
// "Widzę ich, jak idą ciemną nocą wielkim, rosnącym tłumem, w rękach kije i łomy, szpadle i kilofy, co tam kto miał pod ręką, pijani, w kolejnych szynkach piją bowiem na umór, do spodu, do ostatniej butelki. Przechodząc koło ropickiej cerkwi, koło kościoła w Sękowej, zdejmują czapki, robią znak krzyża. To wszystko mogę sobie wyobrazić. Tylko żydowskiego strachu nie umiem".
// "Jak to jest, gdy zobaczone przerasta wyobrażone i nie ma słów ani obrazów, do których można by się odwołać?"
// "Tak, zieleń jest niewinna i zarazem najbardziej wieloznaczna, najgroźniejsza, zieleń powinna zawsze budzić podejrzenia. 'Obóz śmierci w Treblince - zauważa historyk Tim Cole - był położony na terenie zalesionym, tak by gąszcz przysłaniał komory gazowe, a w Birkenau w tym samym celu sadzono wokół nich nowe drzewa. Jest jakaś uderzająca niezborność w tym, że przemysłowa machina śmierci pracowała w tej bukolicznej scenerii".
// "I rośliny, one zawsze są pierwsze, gotowe cofnąć świat do starych czasów i pochłonąć to, co ludzkie, tak jak dzisiaj pochłaniają dom Kosków - włażą do okien, sięgają dachu, przyspieszają i karmią rozpad i upadek".
To jest bardzo ważna książka, bo z osobistej perspektywy dotyka historii dla Polski wstydliwej/ignorowanej/zapomnianej. Daje też wgląd w sposób życia i postrzegania rzeczywistości autorki, które cechuje wnikliwość badaczki i pisarska wrażliwość. Nie dałam oceny 5/5 dlatego, że pisanie Pani Sznajderman jest często dla mnie zbyt gęste - pozbyłabym się większości cytatów, które tylko odwracają uwagę i mam wrażenie, że zubażają książkę, zamiast wzbogacać. Z drugiej strony taki już styl autorki - coś między literaturą, a uniwersytecką pracą badawczą. Ja osobiście wolałabym ciut więcej opowieści, ciut mniej chłodnych sprawozdań. Natomiast doceniam ogrom pracy, trafność obserwacji i chęć podzielenia się kawałkiem swojej własnej historii. Także choć forma mnie nie urzekła, wiele się dowiedziałam i bardzo doceniam złożenie hołdu mieszkańcom tych okolic poprzez przedstawienie ich losów i co więcej wymienianie ich z imienia i nazwiska. Polecam.
Niby nic, jakby mgła, wspomnienia osobiste pomieszane z tym, co mają do opowiedzenia kamienie, pola i puste lasy. Lekko niedbała forma, cała książka to jakby poranny spacer po odludziu, kiedy nie trzeba planować każdego kroku ani iść w żadnym konkretnym kierunku, a jednak zapada w pamięć i daje do myślenia. No i oczywiście aż chce się jechać w Beskid Niski i podumać.
Piękne spojrzenie na Beskid Niski, na historię Łemków w Polsce, oraz na mniej znane, lokalne tragedie dwudziestego wieku. Książka jest momentami optymistyczna, ale częściej melancholijna. Dla mnie autorka pisze z wyrzutem (słusznym), z żalem może nie do tych, którzy byli odpowiedzialni za wyrządzone jej "sąsiadom" zło, ale do tych, którzy dzisiaj nie chcą o tym pamiętać.
Złapała mnie też na gorącym uczynku: "Zresztą po co tak roztrząsać, kiedy te wszystkie żydowskie losy, takie przecież podobne u swojego zakończenia, takie podobne, że aż nudne (...), ująć można w czterech rubrykach jednej tabeli? (...) Więc może nie mówmy o tym więcej. Gdy wymienimy ich zbyt wielu (...), staniemy się nudni, przestaną nas słuchać, stracimy szansę na współczucie."
Miałam wrażenie, że ten fragment był wycelowany prosto we mnie, faktycznie znudzoną stronami pełnymi ludzkiej tragedii, tyle że opisanej tak, jak pozwalały na to źródła - krótko, impersonalnie. I pomyślałam sobie, że tak właśnie ukrywa się zbrodnię, dokumentując ją jako zwykłą formalność. Mam nadzieję, że zapamiętam tę lekcję na długo.
"Ale raz zamieszkac nie starcza, ten akt trzeba koniecznie odnawiać, trzeba zamieszkiwac wciaz od nowa, co dzien od rana krzątac sie i sprzątac, zamiatac i wyrzucać, (...) powstrzymywac nacierajace fale chaosu, (...) scierac się z ciemnymi siłami zaglad-z Aniołem Smierci (...) ". Ta książka jest najbardziej interesujaca, kiedy Monika Sznajderman pisze o sobie, zamieszkujacej i oswajającej siebie na terenach Łekmowszczyzny. Pieknie pisze o sobie przemierzajacej puste miejsca po tych, ktorych nie ma. Umyslowi brakuje opowiesci, kiedy relacjonuje historie XVIII wieczne czy litanie nazwisk "zniknietych" Ludzi. Wazna lekcja pominiętej historii "Beskidu znikniętego", ale sledzenie zawilosci historycznych trudne i przytlaczające nadmiarem nazwisk, ktore trudno " Spersonalizowac". I wyobrazic sobie ludzi.
chciałem dać 4/5, lecz zabrakło mi nieco w tej książce. czego? chyba opisów samego miejsca. paradoksalnie, gdyż to książka nie o tym. a szkoda, trudno. tak czy inaczej utwierdziła mnie w przekonaniu, iż jeśli miałbym gdzieś się kiedyś osiedlić to tylko na mojej lubuskiej wsi lub w beskidzkim lesie. a sama historia oburza, wprowadza w odczucie ogromnej niesprawiedliwości. WIELKIE chapeau bas dla autorki za dokładność biografii, nieskazitelną dbałość o przekaz ludzkiego cierpienia i losów. łemkowszczyzna musiała być wtedy piękna. przyrodniczo i... ludzko.
ps. muszę odwiedzić Czarne i Wołowiec, może tam zawita mój ruchomy dom?
Ważne świadectwo miejsca i jego przeszłości. Dużo ciekawych historii i pasjonujących faktów z regionu bardzo mi geograficznie bliskiego. Ale są też w tej książce fragmenty nieco dłużące się.
Druga połowa książki, o wpływie wojen i przesiedleń na region, znacznie ciekawsza od pierwszej... Druga połowa książki sprawiła, że chciałbym tam pojechać i próbować na własną rękę odszukać reliktów minionego świata.
"Pusty las" to historia dawnych sąsiadów autorki, a w zasadzie ludzi, którzy kiedyś zamieszkiwali te same okolice. To prawdziwy hołd oddany pamięci tych ludzi. To ludzie, którzy niegdyś zamieszkiwali Beskid Niski, a zostały po nich tylko puste domy. Czasami tylko pusty las, bo już przyroda zdążyła zawładnąć tą przestrzenią. Autorka opowiada też historię tych ziem, dziś zapomnianych, a kiedyś tętniących życiem. Z szacunkiem, miłością i czułością oprowadza nas po podwórkach, lasach i zakamarkach Wołowca i Beskidu Niskiego. Bardzo podobał mi się ten spacer.
„(…) Wołowiec mało więc wiedział o świecie, ale świat również niewiele wiedział o Wołowcu, Wołowiec to bowiem nie zakopane, a Beskid Niski to nie Tatry. Żaden dziewiętnastowieczny literat nie odkrywał dziewiczej Puszczy Karpackiej, żaden malarz nie oddawał na swoich obrazach uroku łagodnych lesistych wzgórz, żaden budowniczy nie pracował nad wołowieckim stylem w architekturze. Żaden dziewiętnastowieczny poeta nie przechadzał się tu w zadumie, zachwycając kwiatami i zbierając poziomki, podziwiając zachody słońca na zamglonym niebie, nikt nie pisał poematów o przyrodzie ani filozoficznych traktatów o naturze. Wołowiec długo pozostawał terra incognita posadowioną za górami i lasami i dopiero w połowie XIX wieku wędrować zaczęli po łemkowskich wsiach etnografowie, dla których był to świat równie egzotyczny, jak plemienne kultury Afryki czy Azji, tyle że położony trochę bliżej”. Tamże, s.82 (Pierwsze zdanie super jako zajawka)!!!!!! „Chciałabym widzieć, jak się szykują, ci moi nieznajomi sąsiedzi sprzed wieku, którzy zniknęli, bym miała tu miejsce, jak u agentów kupują bilety na kolej i statek, tak zwane szyfkarty. Jak z drżeniem podpisują umowy, sprzedając swoje ciała i dusze, jak ściskają krewnych i sąsiadów, jak do skromnego bagażu wkładają chleb i wędzoną słoninę, może suszone jabłka, a na pewno ser z masłem, bo do dziś je tak – w drewnianych beczkach i glinianych dzbanach – przechowują przez zimę łemkowskie gospodynie. To będzie ich kawałek domu, który zabiorą ze sobą w świat. Jeszcze nie wiedzą, że zapasy skończą im się bardzo szybko, przerwy w podróży będą bowiem długie, w oczekiwaniu na kolejne etapy jeść będą czarny gliniasty chleb i pić czarną gorzką kawę. Czasami tylko dostaną postną zupę z kartoflami i kaszą, czasem do chleba cebulę i smalec. Na każdym kroku łupić ich będą agenci, zmusza do ponownego kupienia biletów i innych niepotrzebnych kwitów, wyciągną z nich ostatniego guldena i wreszcie, głodnych i przerażonych, ostawią na statek. Tam spędzą wiele dni upchnięcie pod pokładem, razem z tysiącami takich jak oni, cierpiąc chorobę morską i strach”. Tamże, s.125.