Pół sekundy.
Każdy mężczyzna odczuwa to narkotyczne uczucie zwycięstwa, uczucie potęgi swojej zajebistości, geniuszu, radości z wykonanego zgodnie z celem zadania. Uczucie wyższości nad innymi, wszechmocy i wielkości, niemalże boskiej mocy sprawczej. Uczucie to pojawia się na ułamek, na pół sekundy w każdej sytuacji, w której już wiemy, że cel został osiągnięty. Awans, podwyżka, ukończony „task” w korpo, upolowanie promocji, uległość dawno upragnionej kobiety, sukces w dobrze zakończonym dealu czy biznesie. Ułamek sekundy uczucia własnej potęgi ustępuje radości, euforii, zadowoleniu z siebie. Dobremu nastrojowi na resztę dnia czy nawet tygodnia. Tak ulotne i krótkie, że nawet niezauważalne, u psychopatów mogące przybierać patologiczne postacie.
W nowym "Carterze" potęga i wielkość głównego psychopaty opowiadana właściwie z odbicia pierwszej osoby (narrator jakby widział i słyszał myśli bandyty) nie schodzi z kart powieści. Pierwsze sto stron to gloryfikacja niewyobrażalnie rozbuchanego ego Luciena Foltera, głównego antagonisty, którego uczucie potęgi jest wałkowane aż do znudzenia przez Chrisa Cartera. Mamy więc do czynienia z niemal boską postacią, demonem zła, który na domiar przesady ma wybitne zdolności (niejeden teatralny charakteryzator pozazdrości!) zmiany swojego wizerunku i mało tego! Również głosu. Kameleon rzec by można. Każdy aspekt charakterystyki jegomościa jest niestety do bólu (czytelnika) przesadzony.
Do tego dość mało zajmująca, żeby nie powiedzieć nudna (Sorry Mr Carter!) intryga i akcja. Garcia (partner służbowy mistrza świata i okolic Roberta Huntera), a Szefowa nadal lata wszędzie wkur*iona, choć tylko w dwóch zdaniach. Powieść bardzo odtwórcza w stosunku do poprzednich tomów.
Niestety też książka jest bardzo "rozgadana". Poprzednie części opisywały, i owszem, zmagania że sprawą, zagadką, intrygę, ale pomiędzy tym wszystkim tkwił główny bohater, Hunter, gdzieś jadący swoim starym samochodem bez klimy, sączący whiskey, czy bojący się że względu na pracę bliższych relacji z kobietami. Tutaj przemieszcza się czy podziwia, komentuje rzeczywistość właściwie tylko... wspomniany wcześniej psychopata. No tak średnio to wygląda. Robert Hunter i jego świat przedstawiony został w tej, 10 już części mocno zaniedbany.
Szkoda, bo całą seria o Robercie Hunterze jest mega dobra. Thrillery na bardzo wysokim poziomie brutalności, intrygi, napięcia tak właściwego dla tego gatunku. A tutaj? No coś nie zadziałało, albo Pan Autor nieco się zagalopował w swoich schematach. Nie jest tutaj jednak źle, po raz kolejny mistrz thrillerów jakieś tam napięcie tworzy. Tylko, że już któryś raz to samo czytam... Nowością są masakry głównego antagonisty, nawet wzbudzające ciekawość. Ostatecznie jednak nie na tyle, żeby dźwignąć całość w ocenie. Cztery gwiazdki za makabrę, pod tym względem Carter nie zawodzi.
Pod tym względem smakowało.
Przez pół sekundy.
08.10.2020 r.