Największe tajemnice drzemią w małych miasteczkach.
Dwadzieścia lat po śmierci ojca Kaja Burzyńska wciąż otrzymuje od niego wiadomości. Zadbał o to, przygotowując je zawczasu i zlecając coroczną wysyłkę tego samego, pozornie przypadkowego dnia. Po czasie Kaja traktuje to już jedynie jako zwyczajną tradycję – aż do momentu, gdy w listach zaczyna dostrzegać drugie dno…
Tymczasem do miasteczka po dwudziestu dwóch latach wraca Seweryn Zaorski. Patomorfolog i samotny ojciec dwójki dzieci kupuje zrujnowany dom rodzinny Kai i rozpoczyna remont. W zniszczonym garażu odnajduje zamurowaną skrytkę z materiałami, które rzucają nowe światło na sprawę sprzed dwóch dekad…
Typowy Mróz, chociaż przyznaję, że pierwsza część zaskakująco dobra - wciąga, obiecuje fajną sensacyjną intrygę, obyczajowo też jest spoko. Potem niestety już równia pochyła - slalom gigant w dół fabularno - obyczajowego zbocza, aż do siermiężnej, wymęczonej mety - cóż - dawno przestałem wierzyć, że zakończenie powieści najpłodniejszego sprawi, że rozdziawię paszczękę i zrobię "wow" i chociaż pod tym względem autor nie zawodzi. Za co trzecia gwiazdka? Za interpretację Marcina Dorocińskiego.
Zawiodłam się na dwóch ostatnio przeczytanych przeze mnie pozycjach Remigiusza Mroza, ale postanowiłam dać mu kolejną szansę. Opis książki zrobił mi duże nadzieje, no ale nie wyszło. Zagadki jak z książek Dana Browna, śmieszne decyzje głównych bohaterów, czasami komiczne zachowania bardzo dziwnie poprowadzona sama fabuła. Nie wiem ile razy wypowiedziałam w myślach "Serio?". Oj, szkoda ;(
Dziś będzie być może zaskakująco i nietypowo, gdyż jak powszechnie wiadomo, Remigiusz Mróz to mój zdecydowanie ulubiony polski autor, dzięki któremu powróciłem do regularnego czytania, a moja pasja do książek odrodziła się na nowo. Dlaczego więc "Listy zza grobu" mnie rozczarowały?
Najnowsza pozycja autora to całkowicie odrębna historia, nowi bohaterowie oraz odmienna fabuła. Dość powiedzieć, iż mamy tutaj bardzo (jak na Remigiusza) wykreowany wątek obyczajowy oraz romansowy(!), co z pewnością jest na plus , gdyż widać gołym okiem, że warsztat Mroza się ciągle rozwija, a sam autor w dalszym ciągu potrafi zaskoczyć nawet swoich najwierniejszych czytelników. I mimo, iż akcja tutaj nie pędzi tak szybko jak w poprzednich utworach Mroza, to książkę czyta się bardzo szybko, a dialogi są napisane sprawnie i logicznie.
Niestety, główne wydarzenia oraz motywy bohaterów były dla mnie dość absurdalne i bardzo mało realistyczne. W "Listach zza grobu" mamy również do czynienia z takimi rzeczami jak: liczby Catalana oraz różnorodne pojęcia z obszaru informatyki i technologii, które zostały już użyte i zastosowane przez innych autorów polskiego kryminału. Generalnie irytował mnie dość mocno absurd całej sytuacji z życia bohaterów, ponieważ nie wyobrażam sobie, aby podobne historie mogłyby się wydarzyć w naszym codziennym życiu.
Co nie znaczy jednak, że "Listy zza grobu" to słaba pozycja. To naprawdę solidna mieszanka kryminału i literatury sensacyjnej, która może i będzie się podobać. Dla mnie - po przeczytaniu około 30 książek Remigiusza - to jednak za mało, aby mnie zachwycić. Cała powieść to typowe dzieło Mroza - jego styl, jego język, jego znakomity research i wreszcie jego zaskakujące zakończenie. Osobiście troszkę się jednak zawiodłem i rozczarowałem.
Rozumiem ideę literatury rozrywkowej, ale było to tak naciągane, że odechciewało się czytać. Za dużo "szoków" i nagłych nieprawdopodobnych zwrotów akcji, by brać tę książkę na poważnie. Nie lubię co 5 minut mówić "wtf". Słabo nakreślone postaci, wątek miłosny jak z poradnika dla gospodyń domowych. Daję 2 gwiazdki zamiast 1, bo ta karuzela momentów wtf trochę mi "skróciła" podróż pociągiem. Polecam bardzo znudzonym osobom w komunikacji miejskiej, nikomu innemu.
“Listy zza grobu” przeczytałem z racji prowadzenia spotkania z Remigiuszem Mrozem podczas festiwalu literackiego, o którym sporo mogliście tu ostatnio przeczytać. To było ciekawe wyzwanie (myślę o spotkaniu, nie o lekturze, bo ta nie była ani wyzwaniem, ani nie była szczególnie ciekawa) - na scenie, na której dwie godziny później zasiadł Zagajewski pojawił się pisarz, który traktuje literaturę jak taśmę produkcyjną. Pisarz mocno przeciętny, ale - o czym świadczy jego sława i liczbą fanów i fanek - wyjątkowo sprytny.
Ostro było jeszcze zanim spotkanie się zaczęło. Nieźle się festiwalowi i nam obrywało za ten mariaż literatury pośledniej z wysoką. Niezasłużenie, bo uważam, że właśnie na festiwalach literackich powinniśmy zderzać ze sobą różne spojrzenia na literaturę, a spojrzenie Mroza należy do wyjątkowo specyficznych i warto się mu przyjrzeć. Co prawda w dyskusjach w internecie można było przeczytać, że to w ogóle nie jest literatura, ale tak daleko w krytyce to nawet ja się nie posuwam, bo jednak trudno odmówić powieściom Mroza miana “literatury”, a że przeciętnej czy słabej - to już inna sprawa. Nie ukrywam, że dla mnie wyjątkowo atrakcyjne jest przyglądanie się fenomenowi Mroza, bo o ile łatwo oceniać wybitne zjawiska w literaturze i miło się okadzać fantastycznymi powieściami, tak już o wiele trudniej zejść z parnasu i zobaczyć co może być atrakcyjne dla wielu czytelników i czytelniczek w powieściach, bez których mogę się obejść. Możliwe, że “Listy zza grobu” nie są książką reprezentatywną dla całej twórczości autora, ale z pewnością widać w nich podstawowe jej cechy. Kilka słów zatem na ten temat.
Mróz nie bawi się w zbyt skomplikowaną akcję i prowadzi nas przez kolejne sensacyjne (czy raczej kryminalne) wydarzenia w tempie huraganu. Nie ma tu miejsca na głębszą psychologizację, przyjrzenie się temu, co dane wydarzenie robi z ludźmi, z większą społecznością. Musi się dziać i akcja powinna być wartka. Chyba, że Mroza coś naprawdę zainteresuje, to wtedy przystaje i zwalnia tempo. Szkoda, że są to przeważnie opisy techniczne - w najnowszej książce Mróz wypieścił fragmenty o zmianach komputerów, systemów operacyjnych, możliwościach szyfrowania informacji w plikach czy technikach patomorfologicznych. Te kilka miejsc, do których został wykonany research, czy po prostu autor ma większe zamiłowanie do tematu zostały przedstawione dokładniej i niespiesznie. Również całkiem udany choć banalny jest motyw szyfru zapisanego z pomocą liczb Catalana, choć już fakt, że bohaterowie (patomorfolog i zdolna policjantka) nie potrafią się w ten problem zagłębić samodzielnie, a muszą napastować lokalną nauczycielkę matematyki raczej nie świadczy o ich inteligencji. Oczywiście spotkanie z matematyczką jest bardzo istotne od strony samej fabuły, więc jakiś pretekst być musiał. To kolejny problem tej prozy - poruszamy się od punktu A do punktu B w planie wydarzeń i tworzone przez Mroza łączniki bardzo często są niewiarygodne i szyte grubymi nićmi. Wydaje się, że bohaterowie mają nieokreślony czas na zajmowanie się swoim prywatnym śledztwem, nawet gdy mają jakąś pracę, to zawsze mogą z niej wyjść, a obowiązki rodzinne zawsze można scedować na kogoś innego - męża, opiekunkę. Mróz jest jednak pisarzem sprytnym i na końcu powieści okaże się, że to wszystko jednak mogło się wydarzyć, gdyż wszyscy są zamieszanie w spisek i tak naprawdę cały czas sytuacja jest kontrolowana. To idealne rozwiązanie, by przez czterysta stron nie zajmować się bliżej prawdopodobieństwem wydarzeń, bo i tak wszystko będzie usprawiedliwione. Widzę w tym sporo sprytu, choć to taki spryt na krótkich nogach.
Takie krótkie nogi ma już sam początek tej fabuły. Otóż policjantka z małej miejscowości dostaje co roku list od swojego zmarłego ojca. W każdą rocznicę śmierci przychodzi kolejny list. Tak przez kilkanaście lat. I dopiero teraz odkrywa, że może jest z tym coś nie tak. Przez wszystkie te lata było to po prostu tajemnicze zjawisko, którego nie potrzebowała zrozumieć. Podobnie jak wyjątkowo prosto poprowadzona narracja - gdy do małej miejscowości przyjeżdża dawny ukochany pani policjantki to chyba jest jasne, że gdzieś około 200 strony pomiędzy bohaterami dojdzie do sceny co najmniej romantycznej. Bardzo to jest wszystko przewidywalne i nie wymaga od czytelnika niczego, Mróz rozwiązania daje na tacy, a na pytanie kto zabił odpowiedź znajdziecie na setnej stronie. Dzięki temu “Listy zza grobu” choć odrobinę udają ambitniejszy kryminał, w którym pozornie wszystko jest jasne i zagadki trzeba szukać gdzie indziej, ale Mróz nie stawia na czytelnika żadnych pułapek, wszystko tu się układa gładko i prosto.
Czytałem “Listy zza grobu” chcąc się dowiedzieć, dlaczego Mróz odniósł tak gigantyczny jak na polskie warunki sukces i myślę, że znam odpowiedź na to pytanie. Mróz nie każe nikomu myśleć. To jest lektura idealna, by nie uruchamiać mózgu, czuć się powierzchownie, ale jednak zaangażowanym w akcje, móc przerwać lekturę w każdym momencie, bo bez problemu się do niej wraca, a grubo naszkicowani bohaterowie realizują na kartach powieści byt prosty i boleśnie przewidywalny. W “Listach…” pojawia się wątle naszkicowany krytyczny portret polskiego wymiaru sprawiedliwości i organów bezpieczeństwa, odrobinę autor zahacza o edukację, dodaje ciekawostki techniczne, a nawet pojawia się wątek tolerancji wobec osób LGBT, choć podany w taki sposób, że można się zastanawiać, czy to jednak nie brzydka ironia. Szczęśliwie Mróz zdaje “test Szota”, a więc żaden bohater gej nie idzie na ASP, ale tylko dlatego, że nie ma tam bohaterów-gejów.
Może gdyby Mróz poświęcił więcej czasu na pisanie jednej książki, nie śpieszył się, trochę pomyślał nad opisami bohaterów, przestrzeni, to wyszłaby z tego lepsza literatura. A tak dostajemy co mamy.
To oczywiście można czytać i nie ma co się obrażać na świat, że jest tak skonstruowany, że jedni potrzebują po pracy przeczytać Mariana Pilota, a inni - zdecydowana większość - Remigiusza Mroza. Czytanie jak ktoś kiedyś napisał nie musi być wyzwaniem krytycznym, może być czynnością niezbyt refleksyjną i Remigiusz Mróz doskonale to wie, opracował model, w którym może w kilkanaście lat wypełnić swoimi książkami jakąś gminną czy dzielnicową bibliotekę. Będzie to najsmutniejsza dla mnie biblioteka świata, ale spodziewam się, że z jednym z lepszych wyników frekwencyjnych. Świata nie zmienimy, ale możemy czytać swoje. Mroza bardzo nie musicie.
Jakże świetnie rozpoczęty rok 2022 pod względem książkowym!!!
Nigdy się nie spodziewałam, ze przeczytam PIĘKNY kryminał. Trzymający w napięciu, pełen uczuć, świetnych zwrotów akcji i genialnie zbudowanych silnych postaci. Nie mogę się doczekać drugiej części. Uwielbiam relacje Seweryna i Burzy (nawet chyba śmiem twierdzić ze konkurują z Chyłką i Zordonem, ale ciii…)
I utwory pojawiające się w książce tez nadają jej niepowtarzalny klimat. Pasują do postaci Zaorskiego. Nie sądziłam, ze kiedyś się popłacze nad ksiazka Mroza😆 A jednak!
Zapowiada się bardzo ciekawa seria. Seweryn i jego Diablice zdobyły moje serce. Sprawa kryminalna też była bardzo ciekawa, ale niektóre wskazówki okazały się za bardzo przerysowane. Mam nadzieję, że druga część będzie jeszcze lepsza.
To jedna z lepszych książek Mroza. Mam nadzieję, że dalsze części będą trzymać poziom. A! I chętnie zobaczyłam interakcję Zaorskiego z Chyłką - byłaby to ciekawa konwersacja 🤣
Dłużyła mi się strasznie, i zmuszałam się żeby ją dalej czytać . Nie była zła, ale nie wkręciłam się na tyle żeby siedzieć i czytać. Pozostaje wierna Langerowi bo tutaj niestety się nie polubiliśmy
„Kod da Vinci” po roku w Polsce, czyli „Kod Żeromskiego”. Kiedy myślałam, że fabuła już nie może pójść w bardziej absurdalnym i niemającym racji bytu kierunku, ona zaskakiwała mnie jeszcze bardziej. Po prostu ✨cień meduzy ✨
Serię zaczęłam od czwartego tomu, więc teraz uzupełniam deficyty wiedzy o losach bohaterów.
Już od wielu lat każdego roku, w tym samym dniu Burza otrzymuje list od zmarłego ojca. Są one niczym wiadomości z zaświatów, ale okazuje się, że naprowadzają na ślad zagadki z przeszłości. Seweryn Zaorski właśnie wrócił do Żeromic wraz z dwoma córkami, Adą i Lidką. Remontując kupiony dom, który należał do rodziny Burzyńskich, trafia na zamurowaną skrytkę z tropami prowadzącymi do sprawy sprzed lat.
Autorowi, jak mało któremu, udaje się wciągnąć mnie w serpentynę zagadek i prywatnych rozterek bohaterów. Ci w moim odczuciu są realnie nakreśleni, nikt nie jest kryształowy lub zepsuty do szpiku kości. Relacja Kai i Seweryna... Niewłaściwa? Niegodna? - po prostu ludzka. Pisarz nie obarcza fabuły zbędnymi opisami, a mimo to świetnie oddaje małomiasteczkową atmosferę. Atutem, który nadaje historii kolorytu jest kreacja "małych diablic", czyli córek Zaorskiego. Ich pytania wprawiają ojca w konsternację, a u mnie wywołują niewymuszony uśmiech. Fabuła zawierała też momenty mocno naciągnięte, ujmujące jej realność. Przykładowo, bardziej wiarygodna byłaby sytuacja w lesie pod Delawą, gdyby autor nie odebrał bohaterce broni.
Lubię historie z licznymi twistami w fabule, które wychodzą spod ręki autora. Lubię zawiłe intrygi i zagadki, które tworzy oraz sposób ich przekazania.
4⭐️ Przesłuchałam w audiobooku (tutaj ogromny plus za interpretacje pana Dorocińskiego🤍) i naprawdę bardzo mi się podobała, choć mam kilka zastrzeżeń co do samego zakończenia. Nie do końca też jestem w stanie uwierzyć jak bohaterom udało się rozwiązać te wszystkie zagadki, moim zdaniem jest to trochę naciągane. Niemniej jednak dobrze się bawiłam, historia wciągnęła mnie od pierwszych stron i sprawiła, że od razu sięgnęłam też po drugą część.
3,9 ⭐ Końcówka była bezbłędna! Zwroty akcji, które były kompletnie nie do przewidzenia sprawiły, że nie mogłam się oderwać. Nie mogę jednak z czystym sumieniem dać pełnych 4 ⭐ bo mimo częstych, wcześniejszych zwrotów akcji, do 70% książka naprawdę dziwnie mi się ciągnęła, mimo że słuchałam audiobooka. Na pewno sięgnę po drugi tom!
Byłam dość sceptycznie nastawiona do tej książki ale pozytywnie się zaskoczyłam. Już od pierwszych stron mnie wciągnęła i totalnie nie mogłam się od niej oderwać. Wątek miłosny Seweryna i Burzy pls kocham. Jeśli chodzi o to co mi się nie podobało to po pierwsze odczułam ze postać Seweryna była wykreowana w podobny sposób co Forst, jeśli chodzi o charakter, niedojrzałość i różne typowe dla niego zachowania. Taką samą analogie zauważyłam między np. Burzą a Szrebską, dlatego czytając miałam wrażenie, że znam już te postacie. Po drugie - zakończenie, które było absurdalne, nierealne i troche naciągane ale i tak zmiotło mnie z planszy. Mimo wszystko bardzo dobrze się bawiłam czytając i polecam.
Moje relacje z Remkiem są bardzo trudne i mało się lubimy. Taki bywa czasem smutny los czytelnika z autorem.
Tutaj zaszła zmiana. Polubiłam Zaorskiego, polubiłam bohaterów z tej książki. Fabuła mnie wciągnęła choć momentami mogłaby być nieco żwawsza. Czytało mi się to dobrze w porównaniu do innych książek Remka.
Nawet nie przeszkadzał mi wątek obyczajowy, którego powinno być znacznie mniej. Jedynie czego mogłabym się najmocniej przyczepić to to, że mogłoby być więcej z pracy patomorfologa.