Wyrafinowanie czy wyuzdanie? Na pewno zmysłowość malowana słowem. Daj się o tym przekonać Marcie Motyl!
Bohaterka książki, Magda, nazywa siebie gejszą. Podsyca i realizuje pragnienia, pozuje do aktów. Zostaje płatną kochanką starszej od siebie Mecenaski. Pod podszewką erotycznej relacji kryją się niejednoznaczne motywy i niejeden sekret... Czy niosą historie z przeszłości? Czy zaważą na przyszłości? Zanurz się w buzujących nastrojami zwierzeniach Magdy i dopieść zmysły lekturą!
To moja trzecia książka z Wydawnictwa Lira, toteż czas, by tu i teraz zaproponować uprzejmie zmianę nazwy na Wydawnictwo Szmira. Przynajmniej czytelnik będzie z góry wiedział, na co się nastawiać.
Po tym optymistycznym wstępie, mogę pochwalić "Kolekcjonerkę": nie jest "Damą Kier". Koniec. Więcej zalet nie znalazłam. I mogłabym się tu naprawdę długie godziny rozpisywać, jak w pliku liczącym sobie zaledwie 250 stron skondensowano tyle głupot, obrzydliwości i obraźliwych treści, że Sasha Grey wysiada w przedbiegach w tym wyścigu (a o "Klubie Julietty" nie mam nic dobrego do powiedzenia), ale naprawdę szkoda mi czasu, więc może streszczę, jakie są wrażenia z czytania pozycji pani Marty Motyl.
Ogólnie ta wspaniała książka, którą męczyłam całe dwa dni, wzbudziła we mnie nostalgię. Niemal dziecięciem jeszcze będąc i licząc sobie lat trzynaście, zaczęłam odkrywać swoją orientację (jestem biseksem, jakby to ujęła wcale nie obraźliwie pani Motyl); niestety, skoro obecnie treści o miłości kobieco-kobiecej jest niewiele, te dwanaście lat temu było ich jeszcze mniej, dlatego trzynastoletnia ja spędzała czas na oglądaniu anime z pogranicza soft porno, na którym dwie wielkookie panienki tonęły w objęciach pośród opadających płatków kwiatów wiśni. Mniej więcej tak się czułam tylko gorzej, ponieważ "Kolekcjonerka" więcej niż scen pomiędzy postaciami zawiera długich na kilkadzesiąt stron monologów narratorki, którą autorka nawet niespecjalnie kamufluje, że to nie bezczelny self-insert. Bohaterka ma do pani Motyl podobne imię, patrząc po zdjęciach to sporo aparycji poza kolorem włosów (nawet ma taką samą bluzkę jak pani Motyl na jednym zdjęciu), a jak wierzyć stronie wydawnictwa Szmira, to i wykształcenie to samo. Subtelne to było. Ja nie wiem, nie lepiej wydać eseje, żeby ludzie byli świadomi, że kupują pretensjonalne pierniczenie o niczym, a nie coś z fabułą, choćby szczątkową? I to doprawione skrajną wręcz mizoginią. Świetny dodatek do książki, gdzie część targetu stanowią (chyba) safijki. Bo w sumie nie wiem, dla kogo jest ta książka - fanów erotyków zanudzi, bo scen seksu jest statystycznie jedna na rozdział, są powtarzalne i połowa dzieje się między dwiema kobietami. Osoby szukające czegoś o związkach damsko-damskich głównie wkurzy. Amatorów powieści jakichkolwiek uśpi. Nie wiem, skończyłam całość i nawet nie wiem, KTO jest kolekcjonerką ani co kolekcjonuje. Chyba pani Motyl wypłatę, jak ktoś przez pomyłkę ten chłam kupi. Choćbym chciała, trudno mi się znęcać nad fabułą, bo - jak wspomniałam - FABUŁY NIE MA. Rzeczy dzieją się chaotycznie, nikt nie ma imienia, postaci pojawiają się i znikają, jakby ktoś im płacił od złotówki, więcej przestrzeni zajmują pretensjonalne przemyślenia autorki i streszczanie CZEGOŚ, CO MOGŁABY POKAZAĆ niż faktycznie... cokolwiek w sumie. Ja nie wiem, czy w Lirze łapią autorów z ulicy, czy jednak najpierw robią jakąś ankietę, kto jest najbardziej zarozumiały i pretensjonalny w okolicy? Bo z "Kolekcjonerki" bije ten sam stosunek do ludzi, co w "Damie Kier", tylko jeszcze mniej subtelnie. Przynajmniej nad językiem pani Motyl lepiej panuje. Szkoda, że za cenę dobierania słów w zdaniu chyba z generatora plującego słownikiem, bo te zdania to jest BEŁKOT. Chyba miało być kwieciście, ale jak to jest styl kwiecisty to nic ino przejechać po nim kosiarką. I, na litość grzyba, niech ktoś powie autorom taniej erotyki, że tylko dlatego, że to erotyk, nie każde porównanie musi nawiązywać do seksu. Zwłaszcza w scenach z seksem niezwiązanych. Nie brzmi to prowokacyjnie tylko głupio i jakby autor odkrył seks z tydzień temu. Podczas WDŻ w gimnazjum.
Blurb pyta: "Wyrafinowanie czy wyuzdanie?". Ja odpowiadam: pie*dolenie o Chopinie. Naprawdę, nie jest warto, jeśli nie macie śmiertelnego wroga, którego chcecie poddać psychologicznym torturom. Wtedy jemu to sprezentujcie.
Pomijając już wszystkie bifobiczne fragmenty w tej książce jest to po prostu tak nudne i totalnie bez treści. 350 stron, na których nie dzieje się zupełnie nic. Autorka omija wszystkie ciekawe konflikty czy też rozmowy, które mogłyby i powinny się tam znaleźć, bo chyba po prostu nie umie ich napisać. Lepiej więc napisać 50 stron o niczym po czym przejść do kolejnego opisu ruchania.
Do sięgnięcia po tę powieść zachęciła mnie okładka a na niej intrygujący blurb. Z pierwszym jego zdaniem zgadzam się w stu procentach - pasuje do całości. Z drugim już nie do końca - zaraz wyjaśnię dlaczego. Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Marty Motyl. Niewykluczone, że za jakiś czas sięgnę po inne pozycje tej autorki, na razie potrzebuję oddechu. Styl nie jest zły, urzekły mnie rozbudowane porównania pomiędzy sztuką a seksem. Na dłuższą metę jednak jest w tym warsztacie pisarskim coś, co nuży, a czego nie potrafię dookreślić. Być może zbyt dosadne opisy, które momentami kojarzyły mi się z "Pięćdziesięcioma twarzami Greya". Nie ukrywam, że miałam nieco inne oczekiwania, gdy zaczynałam lekturę "Kolekcjonerki" Liczyłam na coś w stylu powieści Sary Waters, które uwielbiam. Powieść Marty Motyl tylko nieznacznie się zbliża do tych rejonów literatury. Wielka szkoda. Dużym minusem jest też główna bohaterka, która przez płynność swojej orientacji seksualnej wręcz mnie irytowała. Zabieg, który w założeniu miał pokazać, że nie wszystko można jednoznacznie zaszufladkować, pod koniec sprawił, że homoseksualizm jest tutaj potraktowany jako odskocznia od relacji damsko-męskich. Zakładam, że nie o taki wydźwięk całości autorce chodziło. Czy warto sięgnąć po tę powieść zdecydujcie sami. Dla mnie to tylko 4/10, niestety.