Michał Rusinek nie odpowiada na mejla rozpoczętego słowem „witam”, ale pisze urocze wierszyki dla dzieci. Jego imię kojarzy się przede wszystkim dzięki temu, że przez wiele lat pracował dla Wisławy Szymborskiej jako sekretarz. Polonista, Krakus i poeta, jawi się również jako ekspert od języka polskiego, co z jednej strony bardzo chlubne, ale z drugiej potrafi być niewymownie męczące. W szczególności z powodu niefrasobliwości rodaków mniej obeznanych z zawiłościami polskiej gramatyki i składni. Żeby jakoś przeboleć te wszędobylskie babole językowe, najlepiej dla psychiki przyjąć pozycję prześmiewcy i z przymrużeniem oka wytykać co zabawniejsze przykłady tak zwanych „pypci”, czyli tych niezamierzonych, ale jak się nad tym zastanowić, niezwykle rozrywkowych błędów. Pypcie na języku w małej szarej książeczce gromadzą sporą ilość krótkich felietonów, które ukazywały się w latach 2013-2016 na łamach krakowskiej „Gazety Wyborczej” i które w humorystyczny sposób wytykają kuriozalne potknięcia językowe. Ale te „pypcie” to dopiero punkty wyjścia do szerszego zastanowienia nad życiem, rzeczywistością i kulturą, zakończonych zazwyczaj błyskotliwą, zaskakującą czy absurdalną puentą. Kolejne teksty czyta się błyskawicznie, z czystą przyjemnością i uśmiechem, czasem przysłoniętym rumieńcem wstydu, kiedy coś nie jest jasne albo pypeć okazuje się naszym własnym. A z okładki z wyrzutem spoglądają rysunkowi autor z kotem...