Debiut prozatorski jednego z najbardziej utalentowanych polskich muzyków, dwukrotnego zdobywcy platynowej płyty, nazywanego "nadzieją polskiego rynku muzycznego" – Tomasza Organka.
Teoria opanowywania trwogi to przepełniona odwołaniami do literatury, filmu, muzyki i popkultury opowieść o rezygnacji, zagubieniu w kapitalistycznej rzeczywistości, rozpadzie więzów rodzinnych. Zaskakująco wiarygodna powieść pokoleniowa o ludziach na skraju rozpaczy pisana z perspektywy człowieka, który osiągnął sukces.
Błyskotliwa, cyniczna, ale niepozbawiona poczucia humoru.
Polski muzyk, kompozytor, piosenkarz i autor tekstów. Członek Akademii Fonograficznej ZPAV, współzałożyciel i członek zespołu SOFA, twórca projektu Ørganek.
Na deser zostawiłem sobie “Teorię opanowywania trwogi” Tomasza Organka. Był to deser niestrawny, ale przebrnąłem, bo tym razem trochę mnie wciągnęła intryga, która zawiązuje się akurat w tym momencie, w którym chcesz książkę Organka oddać do biblioteczki sąsiedzkiej. Jaka to jest zła rzecz! Ile grafomanii! Autorowi nikt nie powiedział, że o ile w piosence to czasem sobie można tak bez składu i ładu tworzyć kolejne gry językowe, tak w powieści to musi mieć jakieś uzasadnienie. A tu jest bełkoczący jakieś pseudoprawdy bohater (oczywiście redaktor!), który rozczula się nad sobą jak nastolatek, a ma już prawie czterdzieści lat. I pewnie taki był cel Organka który ewidentnie o kryzysie wieku średniego chce opowiedzieć, ale po co takim stylem? Gdy przyjrzeć się bliżej, to z tych ładnych i niby zabawnych zdań zionie pustką. Organek stworzył zbiór marudnych złotych myśli, przestylizowany i boleśnie nudny.
“Teoria opanowywania trwogi” od pierwszych stron sili się na powieść pokoleniową, o doświadczeniu ludzi zbliżających się do czterdziestki, którzy czują, że powinni już być poważni i zorganizowani, a żyją jak nastolatkowie, tylko może za trochę lepsze pieniądze. Naprawdę niezwykle to odkrywcze. Autor sprytnie imituje powieść ambitną budując książkę zdaniami prowadzącymi ze sobą niejasne czasem dialogi, mającymi sprawiać wrażenie filozoficznego monologu wewnętrznego, kompletnie zapominając, że w książce oprócz snucia rozważań dobrze jest, by cokolwiek się działo. Gdy zaś zaczyna się dziać nagle znika dotychczasowy język, bo przecież nim się nie da nic opowiedzieć. Jakby autor sam się przyznawał do porażki. Ale co to jest za akcja? Dwójka bohaterów, on i ona, jadą sobie w siną dal i nagle dostają się w środek awantury. Widać, że ktoś tu poczytał amerykańskich pisarzy sprzed pięćdziesięciu lat, ale na mnie setna wersja motywu “awantura na lokalnym weselu” i “lokalne zbiry kontratakują” już nie działa. Jak tylko widzę, że ktoś po to sięga to umieram wewnętrznie.
“Teoria…” to jest powieść-fake, wszystko tu udaje to, czym nie jest. Głupoty udają mądrości, zdania filozofię, grafomańska radość pisania literaturę, a słabiutka i nudna powieść dzieło na miarę Kerouaca. Nie złapcie się proszę na ładną okładkę i rozbudowaną promocję, nasze życie jest jednak dość krótkie i nie musicie popełniać moich błędów. Zaprawdę nie musicie.
To co wychodziło Organkowi w twórczości muzycznej nie wyszło mu w debiucie literackim – "Teoria opanowywania trwogi" popada w pretensjonalność, chociaż powtarza się w niej wiele motywów z jego tekstów piosenek. Niestety, kompleksy głównej bohaterki, Anety, można ekstrapolować na całą powieść: przez większość czasu "Teoria opanowywania trwogi" starała się mnie przekonać, że jest inteligentna, a ja chciałam jej powiedzieć, żeby się w końcu zamknęła, wyluzowała i była sobą.
Co do Borysa, wydobycie czegoś ciekawego z tak ogranej postaci jak przeciętny, zmęczony byciem trybikiem w maszynie, niezadowolony z życia, przechodzący kryzys wieku średniego mężczyzna klasy średniej samo w sobie jest dużym wyzwaniem, a on tu jeszcze raczy nas refleksjami na temat pamięci, przemijania i śmierci. Efekty są bardziej bełkotliwe niż błyskotliwe, co może być elementem kreacji postaci, ale nim być nie musi. Język tych filozofujących fragmentów jest czasami na tyle zagadkowy, że trzeba je przeczytać kilka razy, by je rozszyfrować. Problem w tym, że nie przynosiło mi to żadnej satysfakcji, bo myśli za nimi stojące są zupełnie nijakie. Czytanie "Teorii opanowywania trwogi" to ciągłe przedzieranie się przez mielizny życiowych obserwacji Borysa. Jest to proza nużąca, a przy tym mało gratyfikująca. Jest się nią tak zmęczonym jak Charles Bukowski był zmęczony tym wszystkim.
Przepadają Państwo za historiami, w których główny bohater właśnie został zwolniony z pracy, dzięki czemu może robić wszystko to, czego normalnie robić by nie mógł i jest do tego odpowiednio nastrojony emocjonalnie, co z kolei daje autorowi historii dużo swobody w pisaniu? Bo ja nie przepadam. Albo takimi, w których przypadkowe spotkanie po latach zapoczątkowuje łańcuch niespodziewanych zdarzeń?
Za to podoba mi się zabieg, w wyniku którego nigdzie te niespodziewane zdarzenia nie prowadzą, bo zataczamy koło i wracamy do punktu wyjścia. Musi to być rozczarowujące dla czytelnika przyzwyczajonego do konwencjonalnej narracji, według której na końcu drogi zawsze czeka jakaś nauka wymuszająca głęboką wewnętrzną przemianę. Ja dowodów na wewnętrzną przemianę głównych postaci nie widzę. Nikt nie umarł i nikt się nie narodził. Otarcie się o śmierć nie sprawiło, że bohaterowie zaczęli doceniać życie, bo życie okazało się być ordynarne jak reklama opisana w prologu. Po chwilowym wzroście adrenaliny wszystko zdaje się wracać do normy, każdy zajmuje swoje stare pozycje i znów dominuje szarość i indolencja. Nie doszukiwałabym się tutaj optymizmu i wiary w progres. Wręcz przeciwnie, jak wskazuje sama oprawa graficzna (proszę zerknąć na ostatnią kartkę), jest to powieść o porażce. Pozwolę sobie na nonszalanckie stwierdzenie, że jest to niestety również powieść-porażka.
Pełny tekst na kula-liryzmu.blogspot.com
This entire review has been hidden because of spoilers.
Ta książka jest naprawdę dziwna. Oryginalna; przesadzona; za smutna; za wyrazista; a czasami tylko uderza tak w samo sedno, że aż byłam pod wrażeniem. Moim głównym problemem z nią jest to, że w pewnym momencie robi się za dużo wszystkiego, za dużo krzywych akcji, za dużo rozczarowań, za dużo filozofowania. Ale pomijając ten aspekt, uważam ją za bardzo ciekawą. To taka książka, w której nie dzieje się nic, potem dzieje się wszystko, a jeszcze później okazuje się, że to i tak za mało. O tym że możemy próbować, ale niestety istnieje cos takiego jak rozczarowanie. Trochę o niespełnionych ambicjach, niesprawiedliwości, poddawaniu się. Złapałam jakąś falę porozumienia z autorem i przemyśleniami, które wlał do tej powieści; nawet polubiłam się z tymi pokracznymi bohaterami. Wam też polecam spróbować, ale pamiętajcie: jest naprawdę dziwna.
Nie czytajcie z ciekawości. Nie czytajcie tylko dlatego, że lubicie twórczość muzyczną Tomasza Organka. Debiutancka powieść muzyka jest dla tych dojrzalszych, bogatych w doświadczenia osób, być może tych, którzy są w okolicach tej magicznej kreski zwanej 40 lat.
Lubie egzystencjalizm i takie rozważania na temat ludzkiej natury i moralnych wyborów człowieka. Dlatego po książkę sięgnęłam. Początkowo porwała mnie bez reszty i ubawiła jak beznadziejne losy Adasia Miauczyńskiego, ale później nieco ją przemęczyłam - przez rozwlekłe nic nie mówiące fragmenty, po których przeczytaniu byłam w kropce.
Ciekawy debiut, zdecydowanie jestem ciekawa, co będzie dalej.
Językowo to to jest całkiem dobra zabawa. Mniejsza o fabułę, bo ta jest tylko przykrywką, a w zasadzie to podkładem, pod rozważania większe i mniejsze na tematy życia, śmierci i jajecznicy. A końcowy wniosek jest taki, że ludzie to jamochłony bez moralnego (czy jakiegokolwiek innego) kręgosłupa i nie ma co liczyć, że przestaną wdeptywać w to samo gówno dwa, albo i dwadzieścia dwa, razy. To nie jest spoiler, bo przecież nikt nie jest zaskoczony, prawda?
Zamierzona, czy nie, stylizacja na Żulczyka jest arcy-nachalna.
o ile muzyka organka nawet do mnie trafia, tak proza nie trafiła zupełnie. jedyne, co podobało mi się w tej niezwykle nudnej opowieści to to, że wcale nie jest tak pozytywna, jak na początku (przez niezwykle oklepany scenariusz!) może się wydawać (za co dodałam gwiazdkę). i że jedno spotkanie wcale nie zmienia życia. można powiedzieć, że to powieść o porażce, niestety - mogę tak nazwać całą książkę. nie marnujcie czasu.
Bardzo średnia. Na początku była okej, wciągnęła mnie, podobały mi się przemyślenia, różne refleksje, ale później te same przemyślenia i refleksje zaczęły męczyć. Było ich za dużo, były wymuszone. Książka się bardzo dłużyła. Ciągle się waham czy 2, czy 3 /5…
Bardzo dziwna powieść. Zaciekawil mnie jedynie moment intrygi i to bylo całkiem wciągające. Reszta to jakieś pseudo filozoficzne gadki, które brzmiały bardzo wymuszenie. Książka jakby pisana na siłę. Przeczytana z sympatii do muzyki Organka, niestety jednak rozczarowanie :/
sama fabuła nie zachwyciła, ale za to dobór słów, ich gra i czasami ironiczne, a czasami nietuzinkowe frazy utrzymywały moją uwagę, rozbawiały i pozwalały audiobookowi (czytany przez autora!) płynąć
Słuchałem audiobooka czytanego całkiem twórczo przez autora. Bardzo ciekawe stylistycznie, fabuła wciągająca, refleksje zjadliwe, daje co nieco do myślenia. Z drugiej strony, nie wnosi wiele nowego ponad użalanie się nad "zmarnowanym" pokoleniem obecnych 40-latków. I już nie wiadomo kto winny. Rodzice psychopaci, komuna, Balcerowicz, H&M? Ja należę do tego pokolenia i wiem, że na pewno nie jest ono "zmarnowane". Zbyt dużo znam w nim ludzi inteligentnych i/lub heroicznych. Ale generalnie książkę polecam.
Zawsze mnie zastanawia co pcha ludzi, którzy robią jedną rzecz naprawdę dobrze, do próbowania innych sztuk. Czy to piosenkarz bawi się w aktora, czy to aktor bawi się w sportowca czy wreszcie muzyk myśli: "A może będę teraz pisarzem? ". Uważam, że rzadko trafia się człowiek, który potrafi robić więcej niż jedną rzecz na naprawdę bardzo dobrym poziomie a ludzi pokoju da Vinci już się teraz nie spotyka. Niemniej cały czas ktoś próbuje. Tak też jest w tym przypadku, Tomasz Organek przy całym szacunku dla Jego muzycznego dorobku pisarzem jest raczej marnym. Pisanie piosenek, które trwają trzy minuty to niestety nie to samo co pisanie książki, którą czyta się trzy godziny, dni, tygodnie albo i miesiące, bo ciężko przez nią przebrnąć. Ja albo jestem głupi albo kompletnie nie mam pojęcia o czym jest ta powieść. Historię tam przedstawioną możnaby zamknąć w 6 myślę rozdziałach a cała reszta, to nic innego jak słowotok nakierowany na zwiększenie objętości, bo nic innego niestety nie wnosi. Działa to trochę tak jak opisy przyrody w "Nad Niemnem" czyli raczej na nerwy. Mały plusik za cytat z Bukowskiego na początku, bo zaczęło się dobrze. Debiut jednak wypadł w mojej ocenie bardzo słabo i mam nadzieję, że Pan Organek zostanie raczej przy muzyce, bo po kolejną płytę pewnie sięgnę, natomiast po kolejną powieść z pewnością już nie.
Na początek powiem - nie lubię głównego bohatera, ale po przeczytaniu całej książki byłem w stanie go zrozumieć, a to moim zdaniem nie jest zbyt proste w prozie, aby przekonać do siebie bohatera, za którym się nie przepada. Tutaj się udało. Historia sama w sobie nie jest zbyt odkrywcza, ale sposób pisania autora, z zawodu muzyka i tekściarza (co na pewno pomogło) sprawił, że przygodę Borysa czyta się z zapartym tchem.
Nie da się ukryć, że zakończenie książki znamy już na początku, ale najważniejsza jest droga jaką musiał przejść główny bohater i czytelnik, poznać jej zakręty i ślepe zaułki, a nie to jak ona się kończy.
O pojednaniu z dzieckiem O tym co po tym wszystkim. Lub o braku tego co po tym wszystkim. O Milosci ojcowskiej Przynaleznosci do stada O meskiej przyjazni O prorabanych czasach w ktorych (byc moze) przyszlo nam zyc O opuszceniu gniazda wtedy gdy nie za bardzo wiesz gdzie masz szybowac i jak to zrobic... O powrocie do gniazda po latach niebytu
No i nie poczuje nikt kto nigdy nie czul zelaznego posmaku wlasnej krwi z rozbitego nosa...
O tym (byc moze) jest. Ta ksiazka. Jest to podroz bardzo intymna, a nawet osobista-do tego stopnia że cale pokolenie mogloby sie odnalexc na pokladzie Suva...
Początek "Teorii Opanowywania Trwogi" jest ciężki. Nie da się polubić bohatera, który ma wszystko w dupie, sama powieść jeszcze się nie rozkręciła a już chce się nią rzucić o ścianę, ale w pewnym momencie coś kliknęło i w ciągu dwóch dni ją skończyłam. Diametralnie zmienia się klimat historii (opowieść drogi), jest więcej chemii miedzy bohaterami, a i sam Borys wydaje się bardziej "ludzki". Widać autor sam potrzebował odpowiedniego rozkręcenia. Później już nie potrafiłam oderwać się od książki aż do samego zakończenia, które tez wypadło całkiem nieźle! Bardzo dobry debiut.
O gustach się nie dyskutuje, ale powiem szczerze, że dziwi mnie liczba negatywnych opinii na temat tej książki. Główny bohater nie wzbudził mojej sympatii - wydaje się być osobnikiem odpychającym, z którym prawdopodobnie nie nawiązałabym nici porozumienia i któremu nie współczułam położenia w jakim się znalazł. Mimo to do ostatniej strony byłam zadowolona z lektury. Siła tkwi w talencie autora - postacie są rozpisane fantastycznie, a opisywane bardzo plastycznym, sugestywnym językiem metafory i dialogi mnie kupiły. Polecam, warto dać szansę.
"Teoria opanowywania trwogi" trafiła w moje ręce przez przypadek i okazała się być zaskakująco wciągającą lekturą. Nie powiem jednak, że bardzo miłą - opisana historia i przemyślenia bohaterów są gorzkie, z nutą depresji, przypominają mi wczesną twórczość Łukasza Orbitowskiego. Nie każda książka stworzona jest po to, by powodować uśmiech po przeczytaniu pierwszej strony. Dla miłośników bardziej refleksyjnych, momentami pesymistycznych książek będzie to pozycja idealna.
Oj udał się Organkowi ten debiut. Autor świetnie czuje rytm opowieści, dostosowuje go do stanu głównego bohatera, stąd ciężki i powolny początek a dosyć szybkie zakończenie. W środku tego mamy dochodzenie do siebie głównego bohatera, zachodzące w nim zmiany, przedziwne przygody. "Teoria opanowywania trwogi" jest jak kawałek jazzowy, ma różne rytmy, wzloty upadki. Nie jest idealna ale na pewno warta przeczytania.
Uwielbiam muzykę i teksty Tomasza Organka. Jak siadałem do książki miałem nadzieję na świetne teksty, interesującą fabułę i dobry rytm opowieści (w końcu muzyk powinien dobrze przekazać tempo historii). Na szczęście wszystko to dostałem. Debiutantów zawsze oceniam trochę lżej, ale tutaj naprawdę ciężko się do czegoś przyczepić. Bardzo ciekawa historia, czekam na więcej.
"Chaos lub krótkie Organka książki opisanie, o tem jak Żulczykiem nie zostanie!"
CHAOS 1 REDAKSZYN Wydanie tej książki to żart. Objętościowo wydawać by się mogło - Autor ma dużo do powiedzenia. Wewnątrz - na siłę margines na pół strony. Bierzemy przykład od fabryki słów, gdzie książka gruba maksymalnie, a w środku wąska kolumienka tekstu. A do tego kolejny ficzers redakcyjny (to już chyba sam Autor) zdania O. konstruuje tak długie, że na końcu zapominam o czym był początek. Takie zlepki konstrukcji słownych bez większego znaczenia. I początkowo oprócz redakcji takie wrażenie: autorowi polecamy zapoznanie się z procesami fizjologicznymi zachodzącymi podczas śmierci człowieka i chwilę później. Żeby głupio nie wyszło. Znowu. Nieodparte i pozostające już do końca lektury wrażenie usilne - jakże nieudolnych prób zostania Żulczykiem. Pierwsze 50 stron do wyrwania od razu bo krew z oczu. Nieprzyjemność rozczarowania
CHAOS 2 IM DALEJ W LAS Czytając (dalej) nie ślepniesz od świateł a od dramatycznie nieudolnych prób odtworzenia nihilizmu 40 letniego nieudacznika. Dużego chłopca droczącego się anonimowymi mailami z połowę od siebie młodszymi współpracownikami w gównianej firmie portalu plotkarskiego. (U Szamałka, choć to inna nieco literatura, taka "firma" miała sens fabularny, tutaj równie dobrze mogłoby to być miejskie przedsiębiorstwo komunikacji) Czy ta dekadencja tzw. "pisarzy młodego pokolenia" ustąpi kiedyś radości życia? Czy to teraz taka sztuka, żeby pisać jak jest źle i przykro i zimo i ciemno i do domu daleko? Się dowiadujemy dalej - sztuką jest gadanie w samochodzie o koszulkach robionych w Bangladeszu za osiem centów podczas jazdy na pogrzeb i całej tej okołofilozofii towarzyszącej temu. Następne strony przewracam i rozmowa bohaterów coraz bardziej przypomina mrozowskie pier&*lenie chyłki i rzucanie cytatami na lewo i prawo.
CHAOS 3 NADZIEJA, ŚWIATEŁKO, TUNEL Zdarzają się jednak momenty, gdzie to postrzeganie rzeczywistości nieudolnie "żulczykowe" jest "po coś". Fabularnie po coś, bo przecież czytając powieść nie masz ochoty czytać wywodów 40 latka, który się obciął że może myśleć o tym co widzi, czyż nie? To są właśnie te chwile, gdzie podczas lektury miałem wrażenie że książka nie jest zła! Że sens ma jakiś! Że to przestroga przed nihilistycznym i biernym poddawaniem się życiu. Przed braniem spraw takimi jakie są. Przed marazmem, stagnacją. Przed nic nie robieniem. Przed jakoś to będzie i przed płynięciem z prądem, bez uników. Ostrzeżenie. Jakby na początku książki wypisanie "nie rób tak", dwukropek i potem reszta książki. Pod tym względem dobrze. Smutno. Niekiedy refleksyjnie. I trochę do wyrzutu sumienia. Wjeżdża też emocjonalność w tą sensację czy już prawie thriller, choć na szczęście nie kryminał. I z tej emocjonalności czytać mi się to dalej chciało. Bo po ludzku było miejscami z tego zagubienia 40 latków. Być może jako człowiek z nutką romantyzmu w głowie lubię takie "prawie romantyczne" wstawki nawet w słabych książkach? Posibil. I po supernowej, gaśnie światło w tunelu, a ja rozbijam głowę, gdyż spostrzegawcze ostrzeżenia przed byciem nikim w swoim życiu nabierają ślepnącego od świateł przyszłych pozytywnych recenzji rozpędu i już znowu jest jak na początku. Ale nie ma Daria tylko weselny Max, nie ma Jacka tylko pijana i autodestrukcyjna miłość licealna (postać mam na myśli). Ogólnie to "pisanie" szalenie nierówno. Czy dziś już nikt nie czyta książek przed wydaniem?
CHAOS 4 DOMIESZKI, KONIEC Po emocjonalności, romantyźmie tak wyczekiwanym przeze mnie, że będzie hepi end, lub jakaś jego mutacja a tu nagle: że nie uprawiają miłości bo jej nie ma między nimi. Autor dobrze by było gdyby czytał poprzedni rozdział przed następnego pisaniem. Chaos pod koniec wkrada się już nie tylko w redakcję, ale i w fabułę. Coś niemożliwego. Pojawia się także pytanie czy autor chcę zostać nowym Witkacem, bo strona po stronie płot twisty były raczej sugestią obecności substancji psychoaktywnych działających na synapsy piszącego niż zręcznie skrojoną fabułą. Rodzice to umierają to zmartwychwstają. I wplatanka jak z filmu Krol. Ku*wa! U Mroza dopiero były Demony Wojny, tutaj Krol. Ktoś wam te książki seryjnie od sztancy pisze, czy fabuła z generatora jakiegoś? Ktoś coś?
Ostatecznie historia zła nie jest, pomysł na nią zły nie jest. Ale to tak jak z przepisami. Gotowe danie różnie różnym ludziom wychodzi. Tutaj za mało przemyślenia konstrukcji, zlepki wyplutych pomysłów poukładanych w sposób co najmniej chaotyczny. Ja myślałem, że organek skoro pieśni ma niezgorsze to i napisze dobrze. A tu o. Głupi Ja.
Kupiłam dlatego, że miała biało-czarną okładkę, napisała ją znana osoba i nie jest to autobiografia. Nie znam twórczości Pana Organka, więc do czytania podeszłam bez żadnych oczekiwań. Fabuła była całkiem wciągająca i momentami zabawna, ale wtórna, więc dla fabuły czytać nie warto. Jeśli chodzi o warsztat pisarski - to ma się wrażenie, że te zbitki myśli głównego bohatera zostały napisane na kolanie, a potem jakiś redaktora starał się dodać gdzie niegdzie metaforę, więcej przymiotników, żeby to jakoś tak profesjonalnie brzmiało. To czego najbardziej brakuje w tej książce to inteligencja. Jest jakiś pomysł na fabułę i jakieś takie refleksje, ale to wszystko nie jest ani szczególnie błyskotliwe, ani emocjonalne, ani dobrze napisane. Bardzo dobra próba pisarska, ale szkoda, że nie popracowano nad tą książką dłużej. Odradzam czytelnikom inteligentnym, odradzam poszukiwaczom oryginalnej fabuły, ale polecam fanom Pana Organka. Jeśli się jest zapatrzony w jakąś gwiazdę, to jakość tej książki będzie zupełnie wystarczająca.
Przyznaję, że podchodziłam do tej lektury z dużymi oczekiwaniami, jak i z dużymi obawami, żeby nie zepsuć wrażenia swoim oczekiwaniem właśnie. I tym większa moja radość, bo rozczarowania nie było, a z każdą pochłanianą stroną podziw mój rósł, jako i pewność, że wrócę do tej lektury nie raz. Z autorem łączą nas wspólne korzenie i miejsca i czasu, acz nie wiem czy ma to wpływ na odbiór samej lektury. Bo co urzeka w tej pokręconej opowieści Organka to ta bezsilność opisana w sposób delikatny i lekko tylko cyniczny, jak i prześmiewczość zachowań, z pełną świadomością, że to zachowania każdego z nas. Całość ujęta w konstrukcję klamrową, z punktem kulminacyjnym w środku lasu z ukrytym mędrcem, którego szukając - nie znajdziesz. I mnóstwo pytań, ktre kłębią się w głowie: czy żeby znaleźć sens trzeba się najpierw zgubić? Jak przygotować się na ten "sens", czy w ogóle się da? A jak się nie da - to co robić? Chyba tylko zalać sę w trupamasą z lastryko. Pozostaję w podziwie i zadumie.
Borys, główny bohater, jest w takiej stagnacji życiowej, w takim miejscu w swoim życiu, że nawet ewentualna śmierć bądź krzywda nie są w stanie zmotywować go do jakiegokolwiek działania. Dopiero postawienie go przed dawno straconą miłością daje mu szansę na zmianę swojego życia, swojego poczucia przynależności do otaczającego go świata i poczucia wspólnoty z innymi istotami ludzkimi.
"Teoria opanowywania trwogi" to naprawdę zwariowana przygoda, która po nudnych początkach szybko ewoluuje w niespotykaną kryminalną historię drogi - wszystko jest to tłem do duchowej, wewnętrznej przemiany głównego bohatera.
Jeżeli ma się ustalone jakieś zasady w życiu, które są etycznie lepsze niż głównego bohatera na początku książki trudno napawać do niego jakąkolwiek chęcią czy zrozumieniem. Jest leniwy, na niczym mu nie zależy. Przez całą "Teorię opanowywania trwogi" widzimy jego pełną, powolną ale wiarygodną przemianę w zupełnie innego człowieka, który wreszcie "dorósł" - zaczynamy go też rozumieć, zmienia się do niego nastawienie. Autor bardzo fajnie oddał też "opowieść drogi" - często nie udaje się to pisarzom, tutaj na szczęście cały czas coś się dzieje.
Wiele osób w swoich recenzjach "Teorii..." wspominało, że problemy głównego bohatera są im obce, bo są od niego młodsze. Widocznie jestem stara duchem, bo mimo przepaści rocznikowej między mną a Borysem takich problemów nie miałam :D
Czuć jednak, że jest do debiut literacki - momentami ciężko się czytało, fala przemyśleń autora zakrywała fabułę. Ale to tylko momenty, całościowo oceniam książkę bardzo dobrze. Mam nadzieję, że Tomasz Organek weźmie sobie uwagi fanów do serca i przy następnej książce (bo liczę, że następna powstanie!) dostaniemy literaturę najwyższych lotów.
"Teoria opanowania trwogi" to powieść o niedostosowaniu się do otaczającego głównego bohatera świata. Żyjącego na granicy przeszłości i przyszłości. Nie potrafiącego nadążyć za zmianami. Bohatera, który poddał się prądowi życia i dosłownie ma gdzieś co przyniesie mu jutro. Na początku bardzo powolna powieść drogi, później łapie drugi oddech, młodzieńczą prawie, że werwę z kryminalnym sznytem. Ciekawie napisana, kilka interesujących przemyśleń.
Kolejna promocyjna zdobycz. Kupiona, bo Organek :) Zaczęłam w czwartek, dziś skończyłam. Gdyby nie praca, to prawdopodobnie skończyłabym szybciej. Czyta się doskonale, mimo że fabularnie nie jest to książka łatwa - piękny język, którego mogliby pozazdrościć inni twórcy. Historia opisana w bardzo filozoficzny sposób, choć momentami główny wątek ginie pod natłokiem przemyśleń autora - za to odjęłam gwiazdki. Fabuła - nieskomplikowana, ale po prostu dobra.
Lubię twórczość muzyczną Organka, więc obdarowano mnie "Teorią opanowywania trwogi". Tematyka nieco oklepana, ale czy da się wśród obyczajówek stworzyć coś nowego? Gigantycznym plusem są oczywiście językowe zabawy autora i bardzo poetyckie podejście do opowiadanej historii. Czegoś mi jednak w tej książce brakło. Może stylistycznej spójności? Nie lubię traktować ulgowo debiutantów ("Bo dopiero zaczynają!"), stąd 80% gwiazdek.
"Teoria opanowywania trwogi" jest mało dynamiczną, powolną i mało zróżnicowaną opowieścią drogi i przemiany, która zachodzi w głównym bohaterze. Ale na pewno przez to nie jest opowieścią nudną. Autor rozbiera na czynniki pierwsze książkowe postaci, czytelnika wciąga psychologicznym ich rozwałkowaniem i wniknięciem w ich głowy. To opowieść dla młodszego człowieka (30-40 lat to jeszcze młodość!), który nie do końca odnajduje się w szybko zmieniającym się świecie. Warto poznać.
Bardzo lubię muzykę Tomasza Organka, więc bez namysłu kupiłem "Teorię opanowania trwogi" i się nie zawiodłem. Początkowo dosyć przytłaczająca, pesymistyczna historia szybko zmienia się w opowieść drogi, różnicy charakterów. Nabiera rozpędu. Autor ma ciekawy styl, używa wielu porównań, krytyki, odniesień do innych utworów literackich. Wszystko to działa bardzo mocno na wyobraźnie czytelnika.