Początek XVII wieku, tereny Rusi Czerwonej należącej do Korony. Tomasz Błudnicki wraca do domu po ośmiu latach w rosyjskiej niewoli. Niestety, już w rodzinnych stronach dowiaduje się, że jego ojciec nie żyje. Co gorsza, najprawdopodobniej nie zginął śmiercią naturalną. Zagadkowa śmierć nie daje Tomaszowi spokoju, więc postanawia odkryć prawdę za wszelką cenę…
Najlepsza powieść neosarmacka jaką czytałam do tej pory. Po pierwsze to świetny kryminał: mamy morderstwo, ofiara znaleziona w błocie, ciało zmasakrowane, a wszyscy, którzy mieli powód, by chcieć go zabić są tej nocy na miejscu. Po Hamletowsku syn chce pomścić śmierć ojca, ale syn jest przede wszystkim złamany życiem, ma silne PTSD po oblężeniu Moskwy, nic go przy życiu nie trzyma, póki nie okazuje się, że ojciec został zamordowany i gdzieś po drodze pałęta się piękna panna Urszula. Postaci ze współczesną mentalnością wrzucone w XVII wiek - Tomasz, który jest rozczarowany życiem i pozbawiony iluzji co do piękna i szlachetności "honoru szlacheckiego" po tym, jak był świadkiem kanibalizmu podczas oblężenia Moskwy, Urszula, która jest niezwykle samoświadoma ograniczeń, jakie nakładają na nią społeczne konwenanse, tego, że nigdy nie zazna prawdziwego życia, jej ojciec, chorąży Bełzecki, który tworzy długie monologi o tym, że różnica między chłopem a panem to efekt struktury społecznej a nie naturalnej, danej od boga różnicy i że kiedy chłopi wreszcie się zorientują, że tak jest, polecą głowy - przeczucie i rewolucji francuskiej i listopadowej; i wreszcie infamis Ligęza, podstarzały już, zakochany w chłopce, przybierający różne maski, pod którymi kryją się tylko rozczarowanie własnym zmarnowanym życiem. Wszyscy bohaterowie są nieszczęśliwi, ale nieszczęśliwi tak pięknie, tak skomplikowanie, tak wzruszająco, że się od tego nieszczęścia oderwać nie można. Tym bardziej, że próbują, na przekór wszystkiemu, na przekór światu, coś z tym nieszczęściem zrobić. Pomagać tam, gdzie mogą, naprawiać drobne niesprawiedliwości świata. Oderwać się nie mogłam.
100 lat nie zaśpiewam, bo dziś Pan Hen właśnie je skończył.
Napiszę tylko, że książka mimo iż początkowo wydawała mi się taką, która będzie opowiastką filozoficzną (to nie jest źle, ale na okładce napisano "sensacja"), bardzo mnie zaskoczyła!
Początkowo miałam też mieszane uczucia. Znacie ten stan, kiedy nie wiecie czy lubicie, to co czytacie (lub słuchacie) czy jednak ani trochę? Czuł tak mniej więcej do połowy książki, aż zorientowałam się, że słucham w trakcie pracy, kąpieli, śniadania... nieprzerwanie 7 godzin... To znak świadczący o tym, że książkę jednak lubię!
Język całej opowieści jest wystylizowany czy też może lepiej gdy napiszę oddany z taką dokładnością, że gdyby ktoś mi powiedział, że napisała to osoba współczesna Sienkiewiczowi (albo, że została napisana jeszcze ciut wcześniej), to na pewno bym uwierzyła. To co różni tą książkę od tych właściwych tamtym autorom jest rytm akcji..., bo tu naprawdę się dzieje.
Bardzo wartościowa pozycja. Odkopałam sobie przy jej okazji także informacje i artykuły o Lisowczykach o których ostatni raz czytałam pewnie w liceum i mimo, że nie jest to książka bardzo lekka, to ta opowieść mnie wciągnęła i także bawiła.
Polecam tym, którzy lubią powieści około historyczne:)
Powieści z dreszczykiem zwykle mnie nie poruszają, dekoracje szlacheckie – raczej odstręczają. Jednak ta książka jest naprawdę dobrze zrobiona: przebogaty język, wielowymiarowe postaci, historia, która naprawdę trzyma w napięciu. Sama jestem tym dosyć zdziwiona, ale naprawdę mi się podobało.
Piękne, odświeżająca klasyka. Wątek sensacyjny OK, ale świetne bogactwo zróżnicowanych postaci, "odbrązowienie" szlachty, wirtuozowskie panowanie autora nad językiem (który jednocześnie jest archaiczny i zamiennie, subiektywno-obiektywny, tj. narrator przeplata się z postaciami; świetna sprawa). No i ujmujący wątek miłosny z Urszulą, któremu w głębi serca czytelnik kibicuje.