Relacja badaczki samotnie podążającej ścieżkami natury. To pogranicze fizyki Newtona i poetyki, to matematyka i filozofia, a przede wszystkim szczera czułość dla żyjących zielonych istot.
Czym są ekspresje roślinnego życia? Jak je wyrazić w granicach języka? Jak poruszają się pędy mięty i dyni? Czy wpływa na nie Księżyc? Co robi wiatr koronom drzew? W jaki sposób goją się rany i co sprawia, że rośliny się deformują? Skąd w nich ten pęd do przeżycia w każdych warunkach. Kiedy i jak umierają?
W ludzkim rozumieniu rośliny są tłem naszego życia. Ozdobą lub pokarmem. Nie myśli się o nich jak o bogatym świecie niezależnych istot, które odznaczają się niezwykłą wrażliwością, zdolnością do przekształcania własnych ciał i które istniały na długo przed tym, zanim pojawił się na ziemi jakikolwiek ssak.
Patyki, badyle to spotkanie człowieka z wnętrzem ciał roślin, z ich językiem widocznym w budowie liści, łodygach i korzeniach. Takiej opowieści jeszcze nie było.
Jeny, zupełnie nie tego się spodziewałem i jestem oczarowany. Autorka opisuje przedmiot swych badań i fascynacji iście poetycko. A jednocześnie nie jest to pozbawiona wiedzy książka. Wręcz przeciwnie, poznajemy tu nie tylko magiczną wręcz historię ewolucji pierwszych roślin, ale dostajemy nawet wykresy, opis żmudnych prac laboratoryjnych, zdjęcia badyli których istnienia przestaliśmy zauważać jakoś po pierwszych pięciu latach życia. A wszystko to z delikatnością, finezją, tak jak delikatne są te krótkie rozdzialiki-miniaturki, tak jak z finezją traktuje autorka inteligencję czytelnika - nie zasypując go fachowym słownictwem, daje mu jednak szansę trochę go doświadczyć. Różną tu mamy tematykę - od pierwotnych roślin, pożary, rany, historyczne badyle wyrosłe na gruzach Warszawy, zmysłową-umysłową relację, po dokumentację badań i śmierć.
Jedyne do czego bym się przyczepił to do tego, że im bliżej końca tym więcej zdjęć i mniej tekstu, ale treść i tak satysfakcjonująca.
To jest tak niesamowicie piękna i delikatna w słowach książka, że nie sposób wyrazić jej wartość - bardzo dobrze broni się sama. O roślinach, o korzeniach, o strukturach, o wzroście i śmierci, o byciu częścią natury, o liściach i włoskach na nich, o człowieku (ale tylko trochę). Czytajcie.
Na początku trudno mi było wejść w tę książkę i odpowiednio skupić (bo w sumie to nic się w niej nie dzieje ;)). Ale warto się postarać i mam ochotę jeszcze do niej wracać. Jest jak dobra humanistyka - sprawia, że na rzeczy dotąd banalne i przezroczyste patrzymy inaczej - w tym przypadku uważniej i z zachwytem. Fajnie się po tej lekturze chodzi po świecie.
"I co obezwładnia jeszcze bardziej: odrębna jest anatomia każdego gatunku drzewa. Nie to co pudel i jamnik, które w środku wyglądają niemal tak samo. W końcu nie ma atlasów anatomii poszczególnych ras psów. Wątroba to wątroba a aorta to aorta. A brzoza w środku wygląda zupełnie inaczej niż wierzba czy topola, a dąb czerwony jest różny od czeremchy. Są więc atlasy anatomiczne roślin".
"Ludzie, koty i trawy rozpoczęli na nowo układać się w rozpadlinach miasta, ostrożnie zapełniając jego teren, kreując nowy. Tymczasowość obrazu powojennej Warszawy, jej połamane bryły i światłocienie, okazały się odrębną wartością nie tylko dla dokumentalistów czy fotografów, ale i dla przyrodników. Potrafili spojrzeć na tamto miasto jak na nowe stworzenie, pełne fenomenów, odmiennych form przestrzennych, w których jałowe szczeliny pomału wlewa się życie, dokładnie tak samo, jak zasiedla się pogorzelisko lub zwały skał i zdartą ziemię na osypisku lawiny".
Bardzo chciałam polubić tę książkę, ale nadmierna poetyzacja języka mnie wymęczyła. Pomagała podczas bezsennych nocy - nudziła do snu. Były fragmenty genialne i bardzo ciekawe, ale ginęły w rozbuchanych, barokowych opisach nawet nie wiem czego, podobno świata roślin. Gubiłam się w tej książce. To może być jednak dobra lektura dla fanów poezji, ja do nich nie należę.
Jeśli przyroda jest poezją, to eseje Zajączkowskiej co najmniej sonetami - jej odczuwanie przyrody, zrozumienie i ciekawość przenikają z każdej strony tej książki. Już chyba żaden patyk ani badyl nie będą takie same dla mnie.
Niby nie poezja, ale w sumie poezja. Trochę zwodzi opis na okładce, który zdaje się sugerować, że dowiemy się rzeczy o roślinach - ok, jest tu garść faktów i dociekań, ale bardziej poczytamy o emocjach na temat i obok roślin. Miejscami jest to bardzo dobrze zrobione i te rośliny rzeczywiście się czuje - albo czuje się, co czuła autorka - a miejscami miałam wrażenie, że pomysł się nie całkiem zgrał z wykonaniem i wkradła się jednak nuda.
Przeczytałem tę książkę z nastawieniem, że pomoże mi ona znaleźć temat pracy badawczej na roślinach. Nie zawiodłem się. Autorka pięknie przeplata fakty i metodologię naukową z romantycznym zachwytem nad światem roślin (nawet z uwzględnieniem elementów zazwyczaj odbieranych przez ludzi jako odrzucające).
jakie to było dobre i pięknie napisane. niesamowite połączenie botaniki z poezją. autorka w taki sposób opisuje rośliny, że zaczęłam zachwycać się małymi chwastami wyrastającymi w chodnikach<3 a opowieści autorki o mchach mogłabym czytać godzinami
Ta książka jest przepiękna. Podkreśla niezwykłość roślin, nawet tych najzwyklejszych, z niebywałą gracją. Autorka ani przez chwilę nie stawia siebie ponad opisywanymi istotami. Swoim zapałem i czułością, z jaką wypowiada się o opisywanych organizmach, zachęca do spojrzenia na nie na nowo, do refleksji nad życiem na Ziemi i nad naszym na niej miejscem
W tym roku intuicja podpowiada mi bardzo dobrze, jeśli chodzi o książki. Ufając jej , wybieram same godne poświęconej im uwagi i czasu, zostawiające odcisk na duszy, piękne na wiele sposobów. Poza jedną (nie wybraną przeze mnie, a pochodząca z glosowania klubu czytelniczego), same strzały w dziesiątkę dotychczas. "Patyki...." nie odstają od tego trendu.
Urszula Zajączkowska jest naukowczynią, badaczką, botaniczką. Ale także artystką, poetką, pisarką.
To studium zachowania roślin jest świeżym powiewem w świecie publikacji o tematyce przyrodniczej, można tak to ująć - bo jest osobistym, bardzo intymnym zapisem relacji autorki, zawodowo badającej zachowanie roślin (a przecież to samo w sobie jest niesłychanie interesujące!), i naszego, ludzi, jako gatunku - stosunku do otaczającej nas wytrwale flory. Dla laika, jakimi niewątpliwie będzie większość czytelników tej książki, bo mimo że przecież jakąś tam wiedzę o roślinach każdy ma-nasiona, fotosynteza, przyrosty, słoje, kwiaty, liście-to jednak niczego nie wiemy tak naprawdę, głęboko - będzie to otwierające oczy objawienie. No bo kto na przykład wiedział o roślinach synantropijnych, które zasiedlają te same nisze ekologiczne co my, ludzie (im brudniej, bardziej ruiniasto, tym lepiej), albo o hydraulice drzew i powodach, dla których pękają czasami zimą? Albo o tym, że rośliny również poddają się wpływom faz księżyca, jak oceany i kobiety? Są też rozważania zahaczające o etykę badań naukowych, o odczucia z tym związane. Drzewa niby nie krzyczą i nie patrzą błagalnie w oczy laboranta, łodygi roślin nie uciekają spod noża na stole sekcyjnym. A jednak, coś boli. Boli krojącego. Jest też przejmujące epitafium dla współbadacza zachowania roślin, profesora z brytyjskiego uniwersytetu, z którym autorka nawiązała kontakt listowny i przez kilka lat prowadziła korespondencję, dzieląc się badaniami, refleksjami, zdjęciami. Dziwne, bo nie pisze wprost o tym, jak bardzo zabolała ją śmierć przyjaciela, bratniej duszy zza morza. A jednak czuć ten ból tak bardzo mocno w okolnikowych zdaniach.
To jest wszystko wiedza, która musi wzbogacić czytelnika. Nie dlatego, żeby poczuć się intelektualnie lepiej, ale głównie po to, by poczuć się bardziej częścią cyklu, trwania, planetarnego plemienia.
Zajączkowska pisze momentami jak ktoś w spektrum autyzmu (to komplement!),całkowicie poza ramami poprawności naukowej, pisarskiej, antropocentrycznej. A także, co ważne-zupełnie nie czarodziejsko, new age'owo czy w inny sposób szamanistycznie. Nie. Zajączkowska pisze, jakby była przybyszką z odleglej galaktyki, opisującą nowy świat. Obcy, nieznany, fascynujący, pociągający.
Było o niej głośno, gdy wyszła i gdy została nominowana do nagrody Nike. Każdy autor ma swoją manierę. Pani autorka ma manierę bardzo wysublimowaną, bo oprócz bycia naukowczynią jest również poetką. Wydawałoby się więc, że poetyckie pisanie o roślinach będzie syntezą talentów. Niestety, chciałoby się raczej krzyczeć "król jest nagi", maniera przykrywa treść, treść przykrywa manierę, która z kolei jest przykra, (pozostając przy metaforach roślinnych) rozdmuchana jak mniszek lekarski i chwaszcząca jak perz. Trochę wyczuwam w tym wszystkim "pisanie Tokarczuk", te metafory między światem roślin a światem ludzi, te konstrukcje zdań. Co działa u noblistki, tutaj nie działa zupełnie. Nużąca przez barokowe konstrukcje zdań, które na koniec okazują się być o niczym. Całe rozdziały, które nie prowadzą do nikąd, albo z których istotne okazują się trzy zdania. Nie na taką książkę się pisałam, mnie eksperymenty z formą nie interesują, chyba że błyskotliwe, a tutaj blyskotliwosci tyle, co w zeszycie pretensjonalnej licealistki. A już najgorszy fragment ze spacerami po Wołominie. Aż zęby bolą z cringe'u, poziom twojej koleżanki z liceum, która na godzinie wychowawczej czyta klasie swoje wiersze.
I was a bit hesitant to read “Patyki, badyle” (“Sticks, Stalks”) by Urszula Zajączkowska as I was afraid it would be too hermetic for people like me - who don’t know much about botany and who didn’t enjoy studying biology at school. But I was so wrong. This is a marvellous book, incredibly lyrically written, covering so many issues I had never considered that I was reading it spellbound. I used this expression in another post but I’ll repeat it here: this book is like glasses for a short-sighted person or a hearing aid for someone with a hearing impairment.
Zajączkowska, in her heavily illustrated book, writes about birth and death - necessary suicide of cells and death of plants due to fire. Her reflections and a photographic project on synanthropic plants (those which live in close proximity to humans and benefit from their environment and habits) were truly eye-opening. I loved her stories about nettles and other apophytes - plants that grow in disturbed land, e.g. between concrete pavement tiles, as well as about moss; no one has written more lyrically about moss. I was fascinated by Zajączkowska’s observations regarding phytopathology - a study on diseases in plants - which is anthropocentric and implies an imperative of productivity and growth in plants. It made me realise that we often apply the same mindset to the perception of pathology in humans.
“Patyki, badyle” is as much about plants as it is about us, humans. We have a weird dislike for but also fascination with glitches - in nature and in the processes we create. Zajączkowska is undoubtedly curious about them and I appreciated her candid stories about conducting botanical experiments which do go wrong or which make her draw conclusions different from the expected ones. This is a fantastic lesson in humility towards nature and its rhythm. I adored this book and I swear I look at nature differently now.
Takie 2,5 ⭐️, bo było lepiej, niż się spodziewałam. Jakby to był klasyczny reportaż, to naprawdę bardzo by mi się podobało. Nigdy nie interesowałam się zbytnio florą, dlatego zagadnienia tu przedstawione były dla mnie nowe i ciekawe, ale uartystczniona, upoetyczniona wręcz forma nie jest dla mnie. Urszula Zajączkowska, naukowczyni w dziedzinie botanikii, zwraca tym zbiorem esejów uwagę na nienaukowy aspekt badań - na tę część emocjonalną, którą się próbuje wymazać z laboratoryjnej przestrzeni. Czuć miłość, którą autorka darzy rośliny i uczucia, które towarzyszą jej przy badaniu tego, co kocha, a żeby to zbadać nierzadko musi to zniszczyć. Interesujące, obiektywnie dobre, ale nie dla każdego.
Książka Urszuli Zajączkowskiej pt. „Patyki, badyle” jest według mnie wybitna. Jest niezwykle oryginalnym połączeniem poezji, informacji naukowej, reportażu, dziennika i może jeszcze jakiegoś innego gatunku literackiego? Sama nie wiem, jak określić ten wydawałoby się niemożliwy w jednym tekście ( a jednak możliwy) melanż. Ale przecież nie o definicję czy nazwę chodzi. Bo tekst jest przede wszystkim najpiękniejszym przewodnikiem po świecie zwykłym, czasem zapomnianym lub celowo pomijanym. To swego rodzaju pean na cześć świata roślin, ale bez użycia środków służącym wznoszeniu lub chwaleniu. Bo autorka po prostu jest w tym świecie zanurzona, a jej naturalny zachwyt nie jest jedynie pochwałą, ale spojrzeniem wynikającym z wielkiej ciekawości poznawczej. Jestem pod ogromnym wrażeniem wrażliwości Zajączkowskiej na słowo i świat, na szczegół i ogół. Jak wspaniale, że powstają tak piękne książki!
Zajączkowska z ogromnym zaangażowaniem opowiada o swoich badaniach nad biomechaniką i aerodynamiką roślinnego życia, mikroskopowych cudach i fascynacji pulsującym w patykach i badylach życiu. Snuje opowieść o niesamowitych zdolnościach drzew do przystosowywania się, walce o przetrwanie, drzewnej czkawce, która może odbić się na nas wszystkich. Nie jest to jednak naukowy bełkot nie do przełknięcia. Całość została podana w niebanalny, aczkolwiek bardzo przystępny sposób.
Zajączkowska bawi się słowem. Nie szczędzi kwiecistych porównań i epitetów. „Patyki, badyle” to barwny i fascynujący taniec pośród tajników roślinnego życia. Piękny i merytoryczny zarazem. Autorka daje upust artystycznej duszy i zmysłowi zadającego pytania naukowca. Jej publikacja jest kompletna i jest swoistym studium nad nieustającym roślinnym ruchem, transportem i żywieniem, jednak każdy rozdział może stanowić osobny esej i być punktem wyjścia do rozważań także natury filozoficznej.
Autorka w jednym z nich zabiera czytelnika na nocny spacer po Wołominie, który jest niezwykle magiczny, a jego lektura sprawiła, że poczułam się bardzo mała i bezbronna wobec otaczających mnie zielonych i poruszających się wraz z wiatrem zielonych istnień. Porusza temat globalnego ocieplenia i środowiskowych problemów Ziemi. Ukazuje skutki niefrasobliwości, zachłanności i braku racjonalnego gospodarowania darami matki natury.
Zdaję sobie sprawę, że poetycki sposób pisania o nauce może nie przemawiać do wszystkich czytelników, może okazać się zbyt wydumany i kwiecisty. Przyznam, że kilka pierwszych stron również mnie nie porwało. Z czasem jednak ten styl malowania przed czytelnikiem barwnych przekrojów czy tkanek kolejnych roślin zaczął mnie fascynować, co więcej lektura okazała się niezwykle lekka i płynna.
URSZULA ZAJĄCZKOWSKA Rzadko kiedy szukam informacji biograficznych na temat autorów poza standardowymi notkami zamieszczanymi w książkach. Tym razem musiałam co nieco dowiedzieć się o autorce „Patyków, badyli” która tak zręcznie, lekko i mądrze opowiada o pasji, bogactwie naturalnym i szóstym zmyśle roślin.
Urszula Zajączkowska prócz wykształcenia stricte botanicznego jest absolwentką Akademii Filmu i Telewizji. Poza tym jest poetką, artystką wizualną oraz muzykiem. Nie chcę oceniać, ani powielać schematów, jednak rozumiem skąd bierze się niesamowita finezja z jaką autorka pisze o drzewach i ich zdolnościach. W swoich projektach i działaniach łączy i przeplata ze sobą naukę i sztukę: fizykę, filozofię, matematykę czy botanikę. Dowodzi, że te dziedziny są ze sobą nierozerwalnie połączone. Tego ducha czuć również w „Patykach, badylach”. Zajączkowska wydała również dwa tomy poezji: „Atomy” oraz „Minimum”.
PODSUMOWANIE „Patyki, badyle” są publikacją, która mnie porwała fantastyczną i czułą opowieścią o roślinach czy drzewach i płynącym w nich życiu. Autorka opowiada z ogromną pasją o swoich badawczych doświadczeniach, z pokorą wobec potęgi i doskonałości natury i zgubnym wpływie człowieka na naturę. Piękna i merytoryczna publikacja. Czytałam kilka ciekawych książek o botanice, jednak żadna nie urzekła mnie tak jak „Patyki, badyle”.
Ta książka to swego rodzaju hołd dla roślin, ich ewolucji, ich pozornej prostoty, ale i siły przetrwania. Pani Zajączkowska zabiera nas do swojego świata botaniki by pokazać jak poruszają się, jak trwają rośliny i ostatecznie jak umierają. Poetycko tłumaczy zjawiska i procesy biologiczne. To język książki jest tym, co sprawia, że trochę łatwiej odebrać inną skalę czasu, w jakiej żyją drzewa. Język pełen metafor i zaskakujących spostrzeżeń.
Nie brak przy tym autorce pokory do tego co bada. Pomimo inżynierskiej precyzji w przygotowaniu preparatów i wyjaśnianiu mechaniki roślin, potrafi zatrzymać się i przyznać, że nauka nie wszystko jeszcze opisała kompletnie. Zauważa też miejsca, w których to nie jest przecież najważniejsze, nawet dla naukowca. Miejsca, w których bardziej liczy się zachwyt nad zjawiskiem niż jego całkowite zrozumienie.
Tak więc polecam. Tym, których ciekawi ewolucja roślin, ich (chwilowe w ich skali) zżycie się z człowiekiem. Tym zmęczonym od naukowego bełkotu, oderwanego od rzeczywistości.
Olśniła i zachwyciła mnie ta książka! Najkrócej mówiąc, to książka o tym jak patrząc nie widzimy, a przechodząc deptamy albo ( w łagodniejszej opcji) omijamy. Napisana z niezwykłą czułością poetki i poparta solidnymi argumentami naukowczyni, choć przecież wydawałoby się, że język poezji i nauki leżą na przeciwległych biegunach. Przeczy temu Urszula Zajączkowska, która wprowadza nas w kosmos. Zielony kosmos łąki, lasu. Dostrzega piękno tam, gdzie nam już przez samo choćby nazewnictwo (chwasty) to piękno umyka. Przez okular mikroskopu odkrywa zakryty przed naszymi oczami drzemiący i kipiący cud życia w nasionach, korzeniach, łodygach, liściach roślin. W tytułowych patykach i badylach właśnie. Zapewniam, że po lekturze już nigdy nie przejdziecie obojętnie obok tzw. pospolitych roślin, których całe mnóstwo wokół nas.
Okładka jest przepiękna! A czyta się jak traktat poetycki - nie sądziłam, że o przyrodzie można aż tak literacko pisać.
Nie przepadam za książkami o przyrodzie, ale nominacja do Paszportu no i ta okładka 😉 I pozytywne zaskoczenie - to lubię.
Autorka z dużą dawką czułości i pasji opisuje życie roślin. Chwilami można odczytywać to jak zagadkę kryminalną albo traktat filozoficzny. A czasem jak baśń na dobranoc. Dużo subtelności i magii.
Jeśli autorka dostanie Paszport Polityki, to nie będę zaskoczona 😊
Zaczęłam ją wieczorem, myślalam, że może jestem zbyt zmęczona żeby zrozumieć co czytam, wracałam do początku przydługich zdań po kilka razy, aż dałam sobie spokój. Sięgnęłam po ksiażkę w dzień...i nic się nie zmieniło. Gdybym chciała czytać poezję, sięgnęła bym po tomik wierszy. Chciałam zdobyć wiedzę o roślinach, nie męczyć się nad zrozumieniem zdań na pół strony. Nie potrafię dać tej książce szansy.
Subtelnie, czule i poetycko o roślinach. Z dużą wrażliwością autorka pochyla się nad ich niełatwym życiem. Nie każdy doceni, bo i nie każdego ten temat zaciekawi. Jednak zdecydowanie warto spróbować, a może potem inaczej spojrzeć na tą lipę, którą mija się codziennie w drodze do domu, z wyrozumiałością wybaczyć pokrzywie, zaatakowała odsłonięty kawałek skóry. Z podziwem brać przykład z tych, które wzrastają mimo licznych przeciwności losu.
Dobra książka naukowa nie potrzebuje robienia na siłę z niej literatury pięknej, grozi to dryfem w ciemne obszary, gdzie siedzi Beata Pawlikowska, new age i energetyzowanie wody. Autorka ma wiedzę naukową, ale nie przełożyło się to na jakość. Książka nie zasługuje na papier, na którym ją wydrukowano.
Antropomorfizacja w książce przekracza granicę nonsensu i wypluwa na przykład strumień, który w wyobraźni pisarki przypomina o czymś patykowi (rozdział 15). Czytanie “Badyli” było męką, bo ręce opadają od pakowanych wszędzie, naciąganych metafor idących po prostu w grafomanię.
Dużo skrótów myślowych, są podane specjalistyczne ustalenia bez wyjaśnienia od podstaw, skąd się wzięły.
Ta książka ma pretensje do bycia sztuką, a jest tylko świadectwem porażki, braku umiejętności przekazywania swoich myśli czytelnikowi w uporządkowany i zrozumiały sposób.
piękna sprawa, tym bardziej, że lwią część udało mi się przeczytać w hamaku na działce w pełni przyrody. Dużo bym dała, żeby tak wyglądały zajęcia z przyrody biologii i innych spraw, o których wiedzę mam skandalicznie małą. Czułam, że autorka czasem sama się gubi w swojej poetyckości, ale paręnaście zdań było idealnych, a do tego ta delikatność florocentryczna była przekłuwana niespodziewanymi tekstami, które przypominały, że to wszystko jednak dzieje się w naszej rzeczywistości. Zajączkowska zdecydowanie to królowa Wołomina i cottage core. Piękne zdjęcia i obrazki, trochę się nauczyłam, liryka, fantazja, nie poddawajcie się przy pierwszym rozdziale! Ale na pewno dla osób lubiących takie wolne uważnościowe tematy