Kręcą ich kosmiczne pojazdy i wielościenne kostki. Doskonale znają odzywki elfów i hobbitów. Przebierają się za postaci z japońskich kreskówek. Posługują się swoim żargonem, prowadzą hermetyczne dyskusje w sieci i w realu. Spotykają się na konwentach. Ludzie z zewnątrz na członków fandomu patrzą z nieufnością, a często nawet z pobłażaniem.
Tymczasem fandom, a dziś raczej fandomy, to niezwykłe środowisko zrzeszające tysiące ludzi, którzy mają swoje pasje i traktują je naprawdę poważnie.
Oto książka o polskim fandomie fantastycznym: wielkim ruchu miłośników literatury, kina, komiksu, gier, którego początki sięgają zamierzchłych czasów PRL-u. Oto opowieść nie tyle o kontrkulturze – ile o alterkulturze, o trzecim obiegu, o ludziach, którym się chciało i chce nadal, o środowisku dynamicznym i twórczym, niesłusznie niedocenianym. Bo przeciwieństwem fana nie jest antyfan. Przeciwieństwem fana jest osobnik obojętny.
Tomasz Pindel (ur. 1976) – polski tłumacz literatury hiszpańskojęzycznej, pracownik naukowy Uniwersytetu Jagiellońskiego (Katedra Ameryki Łacińskiej w Instytucie Amerykanistyki i Studiów Polonijnych). Razem z Szymonem Kloską prowadzi program Piątka z literatury w RMF Classic. Został nagrodzony przez polski oddział Instytutu Cervantesa za Tłumaczenie Literackie za przekład "Noc jest dziewicą" Jaime Bayly'ego. Nagroda ta jest przyznawana każdego roku za najlepsze tłumaczenie literatury hiszpańskojęzycznej.
Obserwatorką byłam w fandomie wcześniej, niż uczestniczką. Czytałam jeszcze starą "Fantastykę", co jest pewnym osiągnięciem, bo wiek miałam wtedy jednocyfrowy (inna sprawa, czy cokolwiek z tego rozumiałam...). Bardziej świadomie obserowałam już to, co się działo w fantastyce po '94, kiedy to poszłam do liceum, dopiero później nasłuchałam się plotek na konwentach. Ale i tak ciekawie poczytać "dorosłym okiem" o tym, czego się domyślałam, albo czego wcale nie wiedziałam jako młodociana czytelniczka. O nowym fandomie mało detali, nasza "Harda horda" pojawia się we wzmiance. A że grupa jest młoda - to może coś nam się już udało :>
"Historie fandomowe" to interesująca pozycja dla wszystkich fanów popkultury i fandomu właśnie. Dla mnie jako fana fantastyki, była okazją do przypomnienia sobie historii gatunku na świecie oraz przede wszystkim w Polsce. Utwierdziłem się podczas lektury, że jestem człowiekiem lat 90 i urodziłem się co najmniej 20 lat za późno. Pierwsza część książki, która skupia się na literackiej części fandomu najbardziej mnie interesowała. Historia gatunku przetykana jest rozmowami z osobami, które tworzyły gatunek fantasy i science fiction w Polsce oraz nasz rodzimy fandom. Czułem się jak między swoimi, czytając opowieści o tym jaką frajdę sprawiało zdobywanie książek, wspólne gromadzenie się by rozmawiać o literaturze oraz najważniejsze jej tworzenie. To w tych latach debiutowało wielu czołowych obecnie pisarzy, nie tylko tworzących obecnie fantastykę. Druga część "Historii fandomowych" opowiada o nowym fandomie. Będą tu i fani mang, komiksu, cosplayu, gier fabularnych oraz seriali i filmu. Opowiada także o największych polskich imprezach dla fanów, głównie o Pyrkonie. Z zaciekawieniem przeczytałem "Historie fandomowe" i polecam je każdemu, nie tylko fanom fantastyki. Ciekawy reportaż 😊
Przeczytane ze służbowego obowiązku, bo warto wiedzieć, co się o fanach/fandomie mówi i pisze. Autor z miejsca ostrzegał, że to krótki, powierzchowny i ogólny opis dla laików, więc nie spodziewałam się wiele. O historii fandomu i gatunku polskiej fantastyki można przeczytać tyle, co w przyzwoitej (ale nie wybitnej) magisterce na ten temat, a stanowi to znaczną większość książki. Fandomy współczesne zostały potraktowane po macoszemu. W ramach rozrywki przy czytaniu każdą dziaderską uwagę "starego wygi" fandomu zaznaczałam wielkim LOL na marginesie i muszę przyznać, że to bardzo LOLogenna książka. Chwilę załamania nerwowego przeżyłam w momencie, gdy przytoczona została wypowiedź Anny Brzezińskiej o tym, jak "stare wygi" spijają na konwentach małoletnie fanki do nieprzytomności i gwałcą je. I to sobie funkcjonuje ot tak, przy dygresjach o seksizmie w fandomie polskiej fantastyki. Kultura gwałtu pełną gębą, nie tylko w fandomie, ale też od strony autora, że to tak sobie przebrzmiało bez większego echa w całym tekście, bo przecież tych gwałcicieli cytują częściej niż Brzezińską, jak się o stanie fandomu wypowiadają.
Nienawidzę świata, w którym żyjemy, a mężczyźni nie mają duszy - to mój wniosek z lektury.
3,5/5 Dla fanki szeroko pojętej fantastyki, którą jestem, pozycja ta była bardzo ciekawa i zachęciła mnie do czytania większej ilości książek tego gatunku! A zupełnie się tego nie spodziewałam. To jak wciągnęła mnie ta książka, było dla mnie dużym zaskoczeniem, ale oczywiście pozytywnym, bo podobało mi się to co czytam. Polecam nawet dla samej historii o początkach fantastyki i jej fanów w Polsce
Mam do tej książki kilka drobnych zarzutów - wielki skok nad kilkunastoma pierwszymi latami XXI wieku, błąd w jednym, łatwym do sprawdzenia nazwisku, pewne drobne nieścisłości (i jedna większa) - ale nad tym wszystkim góruje radość, że taka książka się ukazała i to nakładem cenionego wydawnictwa, że ktoś wreszcie ruszył na poważnie temat polskiego fandomu, bardzo specyficznego, i może dzięki temu nie wszystko zaraz zostanie zapomniane. Czyta się ją przy tym rewelacyjnie. Lekka, z humorem - widać, że autor darzy temat, o którym pisze, sporą sympatią, nawet jeśli sam się do bycia członkiem tej społeczności nie poczuwa. Cóż, nie musi - i tak go adoptowaliśmy. Mam nadzieję, że rzeczywiście trafi też do osób spoza fandomu, bo też to oni są grupą docelową. Fandom i tak przeczyta, szukając znajomych nazwisk. Niejeden fandomita znajdzie tam też siebie, w jakiejś formie...
Biorąc się do pracy nad "Historiami fandomowymi" Tomasz Pindel - dziennikarz, tłumacz, scenarzysta komiksu "W głowie tłumaczy" - podjął się niezwykle trudnego i bardzo ryzykownego zadania. Postanowił bowiem opisać historię polskiego fandomu z pozycji kogoś z zewnątrz. Pindel już na samym początku przyznaje, że nigdy nie był fanem i do społeczności fanów nie należał. Już widzę te oburzone głosy potępiające w czambuł jego książkę właśnie z tego powodu - "co on tam wie?!", "nie był nigdy na zamku w Nidzicy", "przecież nawet z X wódki się nie napił"…
Ale właśnie dzięki tej zewnętrznej wobec fandomu pozycji potrafi spojrzeć na niego bez uprzedzeń, pisze też w sposób absolutnie klarowny i zrozumiały dla wszystkich, którzy słowo „fandom” słyszą pierwszy raz w życiu. Nie pozwala sobie na babranie się w sprawach tylko dla fanów istotnych.
Czytelnik dostaje więc w książce Pindela odpowiedź na pytanie, czym fandom w ogóle jest, zarys historii fanowskich ruchów na świecie, historię rozwoju polskiej społeczności, jej lata kombatanckie, wpływ zmian ustrojowych na fandom, jego rozwój i sytuację obecną. Wszystko to napisane bardzo żwawo, interesująco, z licznymi wątkami przedstawionymi zgrabnie i płynnie przechodzącymi jeden w drugi. Przez wszystkie odmiany odmieniana jest tu fantastyka, fantasy, anime, manga, komiks bo Pindel nie ogranicza się tylko do jednego środowiska i pokazuje, jak dzisiaj się one przenikają, jak fandom stał się fandomem.
Gwoździem programu są tu wypowiedzi osób dla historii polskiego fandomu ważnych, z którymi autor osobiście na potrzeby książki porozmawiał. Lista jest długa, dość wymienić Parowskiego, Oramusa, Jęczmyka, Inglota, Rodka, Brzezińską, Braiter, Ziemkiewicza, Dukaja, Orbitowskiego, Kołodziejczaka…
Zatrzymajmy się na chwilę przy tym ostatnim nazwisku bo wątki komiksowe są dla Kresek szczególnie interesujące. Tomek Kołodziejczak, pisarz SF i od ćwierć wieku szef komiksowego Egmontu, wypowiada się tu obficie zarówno z perspektywy fantasty, jak i komiksiarza. Obok niego pojawiają się też Artur Wabik, Bartek Biedrzycki, czy wspomniany na początku Holcman (czyli ja). Komiksowo stanowi dla Pindela cześć większego ekosystemu i fajnie, że znalazło się dla niego miejsce w książce. Zresztą ten rozdział o polskim komiksie, będący w zasadzie przeplatanką głosów różnych postaci, ciekawie pokazuje jak spore mogą być rozbieżności w małym przecież środowisku.
Bo „Historie fandomowe” nie są laurką dla środowiska. Pindel nie boi się opowiadać o sporach i konfliktach, animozjach, seksizmie który z dzisiejszej perspektywy wygląda dość potwornie, alkoholu.
Wszystko to o czym powyżej na zaledwie 230 stronach, co może budzić obawy o powierzchowność. A jednak po lekturze nie ma się takiego wrażenia. Oczywiście pojawią się głosy dlaczego nie wypowiada się jeszcze Y, czy Z (mi też paru rozmówców zabrakło), dlaczego nie jest rozwinięty, albo w ogóle poruszony jakiś „niezwykle istotny” wątek, ale nie stoi nic na przeszkodzie, by autorzy tych głosów napisali swoje „Historie fandomowe”. Pindel wspaniale temat otwiera, zostawiając pole do popisu innym.
Bardzo fajna opowieść, która [sentymentalne pitolenie mode on] poruszyła kilka czułych strun i pozwoliła cofnąć się w czasie do pierwszych "Nowych Fantastyk", pilnego wyczekiwania kolejnych "Fenixów" (do dziś pamiętam opowiadanie "Pies i jego chłopiec") i "Światów Komiksu". Do dziś nie wiem, kiedy i dlaczego rozjechały mi się szlaki z SF. Może kiedy wpadłem w horror i gdy się z niego wygrzebałem na plecach Błotnej Bestii, miałem dość i wpadłem w rosyjski pozytywizm, realizm magiczny i poezję [sentymentalne pitolenie mode off].
Najpierw zaznaczę, że uważam się za świeżynkę w fandomie - dopiero siedem i pół roku konwentowania za mną (ech, pamiętny Grojkonie) i coraz aktywniejszego uczestnictwa w tym świecie - od samego czytania przez recenzowanie, granie, oglądanie seriali i filmów, tłumaczenie fanfiction, nieoczekiwany wybuch entuzjazmu dla komiksów (choć tylko w fandomach Star Wars i Transformers) po cosplayowanie dziecka i moje własne cosplaye - i po przekucie fanowania w zarabianie na fantastyce (przekłady komiksów i kolekcji Star Wars, a także pisarzy takich jak Riordan i paru innych, podobnych mu autorów). Pod sam koniec lat 80. odkryłam "Fantastykę" (dzięki, pani Aniu, koleżanko rodziców, za przekazanie mi paru roczników tego miesięcznika), a dzięki niej zaraz potem zaczęłam szukać literatury fantastycznej w bibliotece. Oj, ubogo było na półkach, a na niektóre pozycje trzeba się było zapisywać w moim miasteczku... Ale był Lem, Kir Bułyczow - Alicja i Wielki Guslar, była Tomaszewska - "Tapatiki", przypadkiem trafiłam na zaczytaną Le Guin i na magiczny realizm włoski, a zaraz potem zaczęły pojawiać się rozlatujące się Phantom Pressy. "Okruch lodu", który ukazał się w "Nowej Fantastyce", sprawił, że łapczywie porywałam wszystko, co Sapkowski wydawał później - saga o wiedźminie była dla mnie niesamowitym przeżyciem literackim rozłożonym na całe liceum i studia. Jednocześnie o fandomie nie wiedziałam nic do studiów, nie miałam nawet pojęcia, że istnieją inni zagorzali fani tych książek, że się spotykają, że rozmawiają, że jest coś takiego jak konwent. Byłam samotną czytelniczką fantastyki wśród zalewu osób, które albo nie czytały, albo czytały tzw. literaturę wysoką. Zmienił to wszystko internet i znajoma poznana na stażu w wydawnictwie, siedząca troszkę bardziej w fandomie.
Dlaczego ten przydługi wstęp? Ano dlatego, że z pewnością nie mogę być obiektywna oceniając tę książkę - i dlatego też, że siedzę okrakiem na dwóch światach jej potencjalnych czytelników - tym, który o fandomie nie ma pojęcia i tym, który w fandomie jest zanurzony od dawna i głębiej niż ja, więc pewnie odbieram ją inaczej niż jedni i drudzy. Nie mam pojęcia, jak ocenią ją ludzie, którzy w fandomie byli w latach 80., jak przyjmą dobór rozmówców. Mnie samej pierwsze dwie trzecie książki, poświęcone właśnie tym początkom fandomowym w Polsce z lat 70. i 80. wydały się przeciekawą, rzetelną opowieścią życzliwego outsidera, który nie wszystko może rozumie, ale wie o tym i stara się uczciwie dociec, jak to było, za lasami, za jeziorami, za cenzury i przydziałów papieru, w czasach, gdy kobiety stanowiły może jedną dziesiątą fandomu w Polsce (ale absurd, prawda?). Końcowa jedna trzecia to po części rozbudowany reportaż o Pyrkonie, po części relacja o Polconach i współczesnym fandomie, już mniej dla mnie "nowa", bo ten świat już znam, ale ciekawa, jako świadectwo osoby z zewnątrz. Bardzo dużo tu o cosplayu - zauważyłam, że irytowało to część recenzentów, bo przecież "tylko cosplay i cosplay, to spłycanie oblicza fandomu" - tylko że książka jest raczej przeznaczona dla osób spoza tego elitarnego grona aktywnych fanów fantastyki, a te zauważają zapewne w relacjach medialnych z konwentów przede wszystkim barwne stroje cosplayerów. Zupełnie mnie zatem nie dziwi, że autor poświęcił temu zjawisku tyle miejsca. Poza tym to jedno z ważnych zjawisk współczesnej pop- i kultury fantastycznej. Z pewnością nie gorsze od innych (mam podejrzenie, że bywa lekceważone ze względu na to, że uprawiane jest głównie przez dziewczęta i kobiety), podobnie jak fanfiction i ogólnie różne formy twórczości fanowskiej, o których autor też wspomina, zestawiając je z konserwatywną fanowską aktywnością polegającą a katalogowaniu kanonu - i chwała mu za to. Jedyne, czego mi trochę zabrakło w tej krótkiej książce, to może zwrócenia uwagi, że współczesny fandom, ten młodszy, złożony i z fanów, i z autorów, coraz bardziej zwraca się w stronę wartości liberalnych i lewicowych, przynajmniej pod względem społecznym. Wiele miejsca Tomasz Pindel poświęcił na podkreślanie prawicowych, konserwatywnych, a niekiedy lekceważących dla kobiet (żeby nie powiedzieć mizoginicznych) poglądów niektórych starszych członków fandomu - dziwię się trochę, że nie zauważył (chyba), jak bardzo ta struktura poglądów - i procentowy udział płci, co być może też ma na to wpływ - się zmienia w młodszym pokoleniu pisarzy i fanów. Niemniej jednak całą książkę odebrałam bardzo pozytywnie: to poręczny, siłą rzeczy skrótowy, ale starający się zachować rzetelność przewodnik historyczny po fandomie dla osób spoza niego, który może też posłużyć za okienko do nostalgicznego zerknięcia w przeszłość dla aktywnych fanów - i półaktywnych, takich jak ja, którzy przez tyle lat sądzili, że są sami samiutcy w świecie, gdzie na fantastykę patrzy się raczej tylko z pobłażaniem.
PS Dodaję post scriptum, zdziwiona nieco krytyką książki za to, że przedstawia niepełną historię fandomu - mało o latach 90., mało o współczesności. Kiedy siadałam do książki, wiedziałam już, że autor skupia się raczej na latach 70. i 80. - tak też istotnie jest. Cała reszta to taki dłuższy epilog. W ogóle też nie odczytałam tej książki jako historii polskiego fandomu - tylko jako historię jego początków, tych zamierzchłych, tych, których fani nawet trzydziestoletni już nie pamiętają. Dlatego zupełnie mnie nie drażni pobieżny przelot przez lata 90. i zamknięcie współczesności fandomu w migawkową formę reportażu o Pyrkonie i parę wzmianek o Polconie. Jeśli ktoś zaczyna czytać tę książkę z założeniem, że to monografia od A do Z, nic dziwnego, że jest rozczarowany. Ale nie o to w niej chodzi :) Może wypada na koniec przypomnieć jej tytuł- "Historie fandomowe", nie zaś "Historia fandomu"...
I parę znaczących dla mnie cytatów: 1. O rzekomym wyparciu SF przez fantasy na początku lat 90. "– Nie zgadzam się z tezą, że fantasy wyparła SF. Po prostu się pojawiła, co niektórych wtedy bardzo zdumiało – twierdzi Wojciech Orliński, dziennikarz i krytyk piszący od lat o fantastyce i fandomie w „Gazecie Wyborczej”, także autor, sięgający czasem po konwencję fantastyczną. – Tyle że w popkulturze co rusz ogłasza się śmierć jakiegoś gatunku: westerny miały zdechnąć, a mamy ich falę, hard SF miało się skończyć, a wchodzi taki Marsjanin Andy’ego Weira i odnosi wielki sukces. W Polsce tak samo: Dukaj wypełnia sale, Lem ciągle jest pisarzem sprzedającym się bestsellerowo, a takie wydawnictwo Powergraph jedzie głównie na SF. – Podział na naukową SF i tę gorszą, wyssaną z brudnego palucha fantasy szczerze mnie bawi – komentuje ironicznie Anna Brzezińska, jedna z najbardziej znanych polskich autorek fantasy, a zarazem zawodowa historyczka i autorka ściśle historycznych książek, jak choćby bestsellerowych Córek Wawelu. – Pisanie o przeszłości to nie jest takie hop-siup. Bawi mnie, że na przykład Rafał A. Ziemkiewicz jest naukowy, a ja już nie. Piszesz o kosmosie i przyszłości, jesteś naukowy; piszesz o przeszłości, to nie. Żeby umieć oddać inne czasy, też trzeba się porządnie obczytać."
2. O tym, że bardzo nieliczni fandomici byli zaangażowani w latach 80. w jakąkolwiek działalność opozycyjną: "– Pewne środowiska fanów były opozycyjnie zaangażowane – wspomina Paulina Braiter-Ziemkiewicz. – Pamiętam, że niektórzy się wymieniali podziemnymi drukami. Te ruchy się przenikały, ale nie były tożsame.
Z perspektywy czasu może to wydawać się nieco zaskakujące, bo w obiegowej opinii polski fandom fantastyczny – w każdym razie ten „stary” – jest postrzegany jako zdecydowanie prawicowy, a zatem – antykomunistyczny. Wrażenie to gruntuje bez wątpienia fakt, że spora część znanych twórców fantastycznych nie kryje się dziś ze swoimi poglądami. Na myśl od razu przychodzi Rafał A. Ziemkiewicz, obecnie znacznie szerzej znany jako mocno prawicowy publicysta niż prozaik fantasta, ale nie on jeden pasuje do tego obrazka. Tyle że zaangażowanie polityczne czy wygłaszanie ostrych sądów światopoglądowych po roku osiemdziesiątym dziewiątym to jednak co innego niż działalność opozycyjna w PRL-u.
– Jakiejś szczególnej odwagi u tych młodych wtedy nie widziałem – Mirosław Kowalski [dziennikarz Tygodnika „Solidarność" w 1981 r., potem jeden z prowadzących wydawnictwo podziemne NOWA, który przekształcił ją w SuperNową, wydającą m.in. Sapkowskiego] pozwala sobie na uszczypliwość. – Dziś podają się za wielkich antykomunistów, ale wtedy bali się wiązać z opozycją. Powody bywały różne: a to paszport, a to mityczny spadek, który źli ludzie chcą naszemu utalentowanemu odebrać, a to leżąca w drukarni od lat książka. Teraz ktoś wyjaśnia, że już wtedy wiedział, że Michnik to kryptokomunista, więc nie chciał się z kimś takim zadawać… A mnie było przykro, bo zdawałem sobie sprawę, że opozycja potrzebuje młodych, zdolnych, inaczej skostnieje."
3. O podziałach politycznych w fandomie, przede wszystkim dawniej, w latach 90.: "– Zawsze były podziały – przypomina Orliński. – No i niby prawica przeważa, ale przecież jest taki Sapkowski, on nie lansuje własnych poglądów w swojej prozie, ale przecież to wyraźnie widać. A mimo to są ludzie, którzy go biorą za prawicowca. Inna sprawa, że konwenty już nawet w latach dziewięćdziesiątych miały tak rozbudowany program, że jak ktoś nie chciał patrzeć na swoich prawicowych czy lewicowych kolegów, to łatwo mógł się z nimi rozminąć.
– Były konflikty, większość środowiska była prawicowa, ale jak ja to mówię, od pasa w górę, bo od pasa w dół to wielu z tych facetów było nadzwyczaj lewicowych – ironizuje Brzezińska. – Ja zawsze myślałam, że jestem konserwatywna, a w środowisku miałam opinię lewicowej i antyklerykalnej. Ale to wszystko nie miało związku z tym, jacy ci ludzie byli naprawdę, tylko na co się kreowali. Nie pamiętam jakoś, żeby w niedzielę na konwentach organizowano gremialne wyjście do kościoła. Mnie o deklaracje ideowe nikt nie pytał, o polityce nie rozmawiałam po prostu."
Dużo sobie obiecywałem po tej książce. Po jej lekturze zrozumiałem, dlaczego często pod pręgierzem krytyki - wielbicieli, fanów i fanatyków - stawia się autorów, którzy zafascynowani jakimś zjawiskiem popkultury i kultury w ogóle, biorą się za barki z jego poznaniem, opisaniem i przybliżeniem go tym, którzy - podobnie jak autor - są na początku drogi do iluminacji w dziedzinie, którą pragną zgłębić.
Takie właśnie są "Historie fandomowe". Z jednej strony autor, w interesującej i przyjemnej dla - przede wszystkim "nieobytego w temacie" - czytelnika narracji, przedstawia genezę fandomu w Polsce, jego początki, ewolucję oraz kluczowe i pionierskie przypadki ludzi, którzy "kładli fundamenty na ruchomych piaskach". Z drugiej zaś wszystko - mimo wywiadów z wyżej wspominanymi pionierami - jakoś takie powierzchowne i "po łebkach". A ponadto, perspektywa tego, który trochę stoi z boku, trochę się wszystkiemu dziwi, ale też trochę zachwyca, zabija magię, którą mogłoby cechować się podobne dzieło, gdyby zabrał się za nie ktoś o otwartym umyśle, ale z "ferajny". Plusy łapie Tomasz Pindel dopiero w finale, gdy dobiera się do fandomu współczesnego i sam wreszcie zaczyna czuć niespodziewany vibe...
Podsumowując, na esef.com.pl znajdziecie masę publicystyki tych, którzy "tam byli", napisanej z pasją równej dystansowi (bo to trochę wspominki ludzi, którym kiedyś serio zależało, a teraz mają szerszą perspektywę), podpartej doświadczeniem i wiedzą. Jakkolwiek, "Historie fandomowe", to całkiem dobry drogowskaz, wskazujący które publikacje i których publicystów i pisarzy warto zgłębić.
Bardzo nierówna książka, spojrzenie na historię fandomu fantastyki w Polsce było dla mnie ciekawe, szczególnie że wiele z pojawiających się nazwisk znałam z moich wczesnych literackich fascynacji, jednak strasznie raziło mnie jak 'boomerscy' się ci ludzie zrobili. Strasznie dużo tu podejścia 'Panie, my tośmy byli same inteligenty i filozofy a teraz to by się tylko za te japońskie diabły przebierali.'
(9 listopada 2021) Nie powiem, dałem się książce Pindela zaskoczyć. W pierwszym odruchu trochę na pomysł opisania dziejów polskiego fandomu machnąłem ręką, myśląc, że niczego ciekawego się tam nie dowiem. Dałem się zaślepić swojemu przekonaniu, że ponieważ żyłem przez jakiś czas na samiuśkim obrzeżu Środowiska (nigdy jednak tej granicy nie przekroczywszy), to wiem wszystko. Jak się okazało, nie wiedziałem nic, a poznając tę historię setnie się ubawiłem, oraz utwierdziłem we własnych przekonaniach na temat polskiej fantastyki en masse; [teatralnym szeptem] złych, jakby ktoś nie załapał.
O ile późniejsza część książki opisująca stan obecny (trochę wyszła Autorowi z tego reklama Pyrkonu), faktycznie nie dała mi zbyt wielu nowych informacji, to część „historyczna” (nota bene książka Pindela jest znakomitym przykładem oral history w działaniu, bo styl ten najsmakowiciej sprawdza się właśnie w historiach niszowych i subkulturowych) była dla mnie kopalnią anegdot i szczegółów, które znałem średnio – zwłaszcza opisy fandomowych inb i fundamentalnego dla środowiska konfliktu wszystkich ze wszystkimi o wszystko.
Ujął mnie zwłaszcza opis starcia starych działaczy fandomowych (spod znaku Parowskiego, Oramusa, Jęczmyka et consortes), walczących o „poważną literaturę fantastyczną” (czytaj: społeczną SF [czytaj: antykomunistyczną SF]) z Klubem Tfurców w którego szeregach gościły takie nazwiska, że aż mi się sofa na samą myśl o nich. To cudowna opowieść o walce głupich z głupszymi, bo przecież ostatecznie połączył ich ten sam cel – walka ze społeczeństwem pooświeceniowym (czytaj: progresywnym). Różnica w tym, że jedni chcieli to robić na mądrale, a drudzy na błazna. Co jest gorszego od raka? Dwa raki. Nieboraki.
To oczywiście niejedyny przykład. Inba, jaka zapanowała w środowisku po nagrodzie Zajdla za A kochał ją, że strach Brzezińskiej, to kolejny smakowity i miodny przykład zwichrowania ideologicznego trawiącego fandom, który śmiało można nazwać głupszym od GamerGate, bo wywodzącym się z tych samych przesłanek, tylko że bardziej. Dobrze chociaż, że Parowski – główny inkwizytor w sprawie Brzezińskiej – po latach chyba zrozumiał, że było to paskudne. Jemu udało się odpokutować choć część win na krótko przed śmiercią.
I tak w kółko: starzy przeciw młodym, wszyscy przeciw jeszcze młodszym, chłoptasie (bo nie mężczyźni) przeciw kobietom, SF przeciw fantasy, ogół przeciw mandze i anime… cudowny pieprznik niezaspokojonych ambicji, umysłów, a pewnie i ciał. Dlatego tak mocno wyróżniają się w tej opowieści nazwiska osób, które były w tym wszystkim osobne. Kogo mamy w tej grupie: Sapkowski – siła natury, której chyba nikt nie rozumie i nie zrozumie (plota o tym, że wcale nie pracował w handlu, tylko „walczył w Afganistanie” to mój faworyt); Brzezińska, Białołęcka i Dukaj; grupa Orbitowski, Szostak, Twardoch – uciekinierzy; Wegner i Końtoch; Braiter i Cholewa; Harda Horda. Kilka fajnych nazwisk i inicjatyw jednak pozostało w środowisku; młodzież też kreuje je na nowo, kierując ku lepszym horyzontom, ale z fandomem nie przeproszę się chyba nigdy. Chociaż kilka tytułów przypomnianych mi przez Pindela na pewno nadrobię
„Historie fandomowe” Tomasza Pindela to niezwykła podróż przez polski fandom fantastyczny, ukazująca jego korzenie, ewolucję oraz współczesne oblicze. Książka podzielona jest na dwie części: pierwsza skupia się na historii fandomu, druga natomiast przedstawia współczesne subkultury, takie jak manga, anime, komiksy czy cosplay.
Pindel, jako ktoś z zewnątrz, podjął się trudnego zadania opisania tego środowiska z perspektywy obserwatora. Dzięki temu udało mu się stworzyć klarowny obraz, zrozumiały nawet dla laików. Autor nie ukrywa swojej pozycji outsidera, co nadaje jego opowieści świeżości i obiektywizmu. Przez książkę przewija się wiele postaci, które odegrały kluczowe role w polskim fandomie – od Parowskiego, przez Dukaja, po Orbitowskiego. Pindel przedstawia ich historie w sposób interesujący i zaskakująco dynamiczny.
Pierwsza część książki jest prawdziwą gratką dla fanów literatury fantastycznej. Autor wplata w nią liczne rozmowy z pionierami polskiej fantastyki, które nadają całości osobisty charakter. Czytelnik może poczuć atmosferę tamtych lat, kiedy zdobywanie książek było wyzwaniem, a spotkania fanów miały niemalże rytualny charakter. Druga część książki, opisująca współczesne fandomy, jest równie interesująca, choć nieco mniej dogłębna. Opisy Pyrkonu czy innych konwentów dodają kolorytu i pokazują, jak różnorodne jest to środowisko i jak zmieniało się na przestrzeni lat.
Niestety, książka nie jest wolna od wad. mozna zarzucić autorowi powierzchowność i brak głębszej analizy współczesnego fandomów i istotnych przemian w ostatnich 15 latach. Część czytelników może odczuwać niedosyt, zwłaszcza jeśli liczyli na bardziej szczegółowe omówienie najnowszych trendów i zjawisk. Pindel nie unika także trudnych tematów, takich jak seksizm czy alkoholizm w fandomie, co może wywoływać mieszane uczucia.
Mimo tych niedociągnięć, „Historie fandomowe” to wartościowa pozycja, która z pewnością zainteresuje zarówno starych wyjadaczy, jak i nowicjuszy w świecie popkultury. Książka jest poprawnie napisana, pełna ciekawostek i anegdot, które sprawiają, że czyta się ją z przyjemnością. Pindel otwiera drzwi do świata, który dla wielu pozostaje tajemniczy i nieco dziwaczny, ale jednocześnie fascynujący i pełen pasji.
3,5 - O fandomie i fanach z perspektywy osoby z zewnątrz, która w sposób obiektywny chce przedstawić pewne zjawisko społeczno-kulturowe – dla niektórych to może być zaleta, dla innych zapewne wada. Z punktu widzenia warsztatu i sposobu zbierania informacji – całość napisana jest zręcznie i dobrze się czyta, Autor dociera do i rozmawia z wieloma osobami z różnych fal/pokoleń w celu pozyskania jak najszerszego i najbardziej obiektywnego obrazu. Co niestety przekłada się na coraz płytsze podejście im bliżej czasów bieżących, co powoduje że obiektywizm jest zaburzony na korzyść podejścia bardziej historycznego, zatem młodszych fanów raczej nie zainteresuje; osoby spoza środowiska, może, ale trudno mi to ocenić, tej perspektywy mi brakuje…
Książka świetna dla tych, co weszli do fandomu jedna nogą, na chwilę i przypadkiem i zastanawiają się, czy zostać na dłużej, czy się mają z czym utożsamić, czy ten ruch jest tego warty, czy nadal trzymać dystans. Szybki wgląd w historię fandomu i jego transformacje. Potrafi wzbudzić sentyment do jego początków, nawet jeśli się ich nie doświadczyło. Czwarta gwiazdka za (bez spojlerów) moment zmiany perspektywy autora w trakcie Pyrkonu, który na chwilę przestaje być tylko obserwatorem fandomu oraz za interesującą końcową puentę, związaną z zakończeniem Pyrkonu, który zbiegł się z inną masową imprezą w Poznaniu...
Reportaż bardzo nierówny. Przyjemny język, ale sama forma opowiedzenia tematu trochę męcząca. Autor zbytnio skupia się na "pisaniu" wywiadów, zamiast na ich podstawie narysować historię zjawiska. Ponadto książka wydaje się nie posiadać jednolitej struktury – jakby autor przypominał sobie, o czym jeszcze warto napisać.
Reportaż zdecydowanie dla osób spoza fandomu i tylko jako ogólny wstęp do zaznajomienia się z tym tematem. Niemniej fajnie przeczytać, choćby żeby się zorientować, jak powstały funkcjonujące dziś niektóre wydawnictwa.
Całkiem niezły wstęp do świata fandomu, przeznaczony co prawda dla tych mało z nim zaznajomionych, ale i dla takiego kogoś z połową stopy zamoczoną w fandomowym świecie, jak ja, to też ciekawa lektura. Sporo się dowiedziałem, kilka kwestii się naprostowało i plus za tonę ciekawych głosów. Jest nawet Przewodas ;)
Szczegółowa, sumienna i trochę nudna w lekturze historia fandomu w Polsce. Jej główną zaletą jest zebranie informacji, które trudno wyłuskać z innych źródeł.