Bałuty, czołgi, punk rock, zbuntowana młodzież i wtedy oni wchodzą cali na czarno. W latach 90. XX wieku przez Łódź przeszła prawdziwa burza zmian. Zespół Cool Kids of Death, jak sama nazwa wskazuje, pochodzi właśnie z Łodzi. Jego przekaz był jednak szerszy, wyrażający niepokoje tzw. Generacji NIC. Czy naprawdę dwie dekady po przełomie 1989 roku młodym ludziom pozostawała albo mrówcza praca w korpo, albo rzucanie butelkami z benzyną?
To nie jest kolejna historia wzlotu i upadku rockowego zespołu. To podróż w czasie do epoki bazarowego kapitalizmu, kaset VHS, przegrywanych płyt CD i traconych złudzeń.
Nie umiem ocenić książki o czymś, czego byłam naocznym świadkiem. Zgadzam się jednak z opiniami, że pewnemu wątkowi poświęcono jakby za dużo jednak uwagi, co może czytelnika skonfundować. O matko, jaka ja stara jestem.
Ale ten pomysł był zły, bo to nie zdarza się nam. Ten pomysł się zdarzył im. Weszli ubrani na czarno, bananowi rewolucjoniści. Po rozczarowaniu, jakiego doznałam przez brak informacji, lektura zaspokoiła moją ciekawość. Do dotychczas znanych mi łódzkich zespołów należeli Coma, Ich Troje oraz Blue Cafe. Wprowadzając w nastrój, autor przedstawia obraz brudnej Łodzi, z której tak śmieszkuje się w memach, z ulicą Limanowskiego na czele. A priori zatrzymuje się na tamtejszym undergroundzie. Obserwując przemiany społeczne w Polsce, można przełożyć to na zmiany na rodzimym rynku muzycznym.Wchodzimy wówczas w życiorysy przyszłych twórców C. K. O. D. Pojawiają się z nowym projektem, chcą być kids of death, ale jednocześnie cool. Czują, że mają coś do przekazania. Jednak za bardzo odstają, są zbyt inni, żeby utrzymać się na fali. Anarchistyczne teksty, przyciągają uwagę punków, mimo to subkultura nie uznaje
ich za swoich. Zbyt często, po debiucie pojawiają się w największych mediach. Sprzedali się? Nie do końca. Byli wykształceni, nie należeli do klasy robotniczej, dlatego ich twórczość nie była odbierana jako prawdziwa. Aspirowali do symbolu buntu społeczeństwa wobec transformacji ustrojowej, zwłaszcza jej skutków gospodarczych. Prezentowali młodych, gniewnych i głodnych nowych doświadczeń. Wydaje się, że nie trafiają do publiczności, której oczekiwali, a co ciekawe dziennikarze ich cenili. Pół żartem. pol serio nie lubili ich fani. Wydawali kolejne płyty, grali następne płyty, aż w końcu zniknęli.
Pewnie mój odbiór byłby inny gdybym nie był fanem CKOD. Albo gdybym przeczytał wcześniej mnóstwo książek-biografii zespołów muzycznych. Wszystkie opinie jednak są subiektywne z natury rzeczy, więc to chyba nie powinno dziwić.
Fakt jest faktem, że książka Rajnerowicza była świetna. Z jednej strony doskonałe tło, które z założenia miało pokazać na jakich korzeniach powstawała muzyka łódzkiej kapeli. W jakim otoczeniu i w jakim środowisku dorastali muzycy. Co na nich wpływało. Jakie zespoły ich inspirowały. Co się działo na polskim rynku muzycznym w momencie powstawania ich płyt. To nie są fakt, które można łatwo odnaleźć, wyczytać. Wszystkie te kwestie dotyczące ery przedinternetowej wymagają dokładnego researchu, drobiazgowych weryfikacji, połączenia w jednolitą historię. Autorowi się udało, słuchałem z wypiekami na twarzy.
6,5/10 Historia zespołu, którego nigdy nie słuchałam i historia miasta, w którym się nie urodziłam. Choć "Nie będzie żadnej rewolucji" to głównie opowieści o Cool Kids of Death, to również portret miasta (Łódź) oraz zjawisk z przełomu wieków.
Po kilku latach spędzonych w Łodzi noszę w sobie sentyment do tego miasta, dlatego lektura pełna odniesień i anegdot o mniej lub bardziej znanych mi miejscach i ludziach była nostalgiczna i naprawdę przyjemna. Być może więc oceniam tę książkę wyżej niż zrobiłby to przeciętny odbiorca.
Denerwują jedynie fragmenty-laurki, o niektórych osobach. Są krótkie, ale jakby sztucznie wpisane w książkę.
A dam 5⭐️ choć może powinny być 4 ale to nie ważne, bo o to dostałam świetny reportaż o zespole, który pomagał mi dorastać. Pewnie inaczej bym oceniła całość gdybym CKOD nie znała ale muszę przyznać szczerze, że łyknęłam ten tytuł na raz z ogromną przyjemnością i nostalgią. A najlepsze jest to, że świetnie tu połączono historie zespołu z ciekawym obrazem łódzkiej sceny muzycznej i zmianami zachodzącymi w samej Łodzi. Jestem kupiona, choć nie zliczę ile razy mówiłam do siebie pod nosem „ale jestem stara”
Wstyd się przyznać, ale nawet nie wiedziałem, że CKoD to polska kapela. ;) Tak więc moje 5 gwiazdek nie jest subiektywnym i nostalgicznym zachwytem fana tej kapeli, a oceną czytelnika naprawdę dobrej książki opisującej Polskę (i trochę Świat) epoki przełomu.
Nigdy nie byłem fanem CKOD, ale książka szalenie ciekawa. Trochę mało o samym zespole (połowa książki, a tu dopiero wydają debiutancki album), ale nakreślenie całego otoczenia, w jakim zespół funkcjonował - szalenie udane.