Nie jeden, nie dwa, a trzy plany czasowe postanowił w swoim kryminale umieścić Marek Stelar. Dużo, ale czy w dobie, nasyconego rynku powieści kryminalnych takie bogactwo może dziwić? Inna sprawa, że szczecinianinowi ten zabieg wyszedł całkiem nieźle, szczególnie jeśli rozpatrywać Blask pod kątem obyczajowym.
1946, 1978 dwie tajemnice z przeszłości, które postanowiły wyjść z szafy otwartej przy okazji śmierci ojca głównej bohaterki - pani adwokat Agaty Prażmowskiej. Pani adwokat, jak to w kryminałach, jest osobą prężną, przebojową i jakoś tam skrzywdzoną przez życie, o czym nie daje czytelnikowi zapomnieć, bo często sobie na głos myśli w dłużących się wewnętrznych monologach, lub dyskutuje z innymi bohaterami, a że usposobienie ma chwilami bardzo refleksyjno - filozoficzne, to strefy ziewania i progi zwalniające tempo lektury w Blasku są i czują się dobrze.
Przejdźmy jednak do fabuły. Pisałem już, że akcja książki jest rozłożona na trzy plany czasowe? Pierwszy rok 1946 i masowa migracja kresowej ludności na ziemie odzyskane, wątek nierozliczonej, wojennej przeszłości bohaterów i tajemniczy skarb nazistów, a w tle zrujnowany Szczecin. Autor świetnie oddał klimat powojennego "dzikiego zachodu", niesnasek na tle narodowościowym i etnicznym, oraz próby odnalezienia się w nowej rzeczywistości. Akcja A.D. 1978, to typowy kryminał i tutaj pojawia się mój drugi zarzut: wprost niepojęty zbieg okoliczności, który łączy oba wątki, ja wiem, że literatura rządzi się własnymi prawami, ale to co się tutaj zadziało, to dla mnie zbyt wiele, tym niemniej, jeśli przymknąć na to oko, fabuła jakoś tam się trzyma kupy.
Blask to dobry kryminał. Książka wciąga i mimo takiego sobie warsztatu autora, czyta się przyjemnie. Wątki historyczno - obyczajowe i fabuła rozciągnięta na trzy pokolenia to jej największy, ale niejedyny atut.