Tłumaczenie to za razem najsilniejsza i najsłabsza część tego wydania. Tłumacz genialnie ujął poetycką prozę Bakera, jednak nikt nie przeczytał tej książki przed drukiem i jest w niej zatrważająco dużo literówek. Jako dyslektyk zacinam się na takich błędach i czytam zdania kilka razy co z pewnością odjęło mojej przyjemności czytania - stąd gwiazdka w dół. W przeciwnym wypadku jest to książka niezwykła. Jak wszystkie wielkie dokumenty opowiada w równej mierze o temacie jak i o autorze. Jego obsesja na temat sokołów wędrownych jest równie fascynująca co same ptaki. Autor nie stroni od tematu śmierci. Momentami czułem się jakbym czytał Sny o Pociągach Denisa Johnsona. Baker wie, że ptaki to maszyny do zabijania i w jego własnych słowach:
"Obrońcy sokołów często prześlizgują się nad tematem. Człowiek mięsożerny w żadnej mierze nie jest lepszy. Tak łatwo jest kochać zmarłych. Słowa 'drapieżnik' często używa się opacznie. Wszystkie ptaki na pewnym etapie życia jedzą żywe mięso. Pomyślmy o zimnookim droździe, zwinnym trawnikowym mięsożercy, który przygważdża dżdżownice i tłucze ślimaki na śmierć. Nie powinniśmy poetyzować na temat jego pieśni, zapominając o podtrzymujących ją mordach."
Cieszę się, że Sokół wpadł mi w ręce. Pozwolił uciec z gorącego miasta w brytyjskie sady i estuaria. Aż ciężko uwierzyć, że ta książka została wydana w 1967 bo jej przesłanie jest wciąż tak bardzo aktualne.