Pochówek dla rezuna to książka która ma już ponad 10 lat. Niemniej naa fali ostatniej wojny na Ukrainie i filmu Wołyń jest to ostatnio żywy temat. I niestety poważny i smutny. Niesamowite okrucieństwo tamtych lat i ludobójstwo było nie tylko udziałem Ukraińców, Litwinów, Rosjan ale niestety również Polaków. Zabijanie bezbronnych kobiet i zwłaszcza dzieci w tym niemowlaków to jest ludobójstwo. Nie ma co tego co usprawiedliwiać. Oczywiście panowała psychoza, Rosja i Niemcy robili wszystko by napuścić na siebie Polaków i Ukraińców i Litwinów. Istnieje też potrzeba usprawiedliwiania się bo to była np. reakcja na zdarzenia na Ukrainie. Itd. Tylko co ma pchnięcie bagnetem małego dziecka z szałem bitewnym lub patryiotyzmem itd. Nie ważne jakiej narodowości było to dziecko. Niestety uważam, że ktoś kto zabija niemowlaka albo małe dziecko powinien być rozstrzelany jak chore zwierzę. Albo spędzić resztę życia w więzieniu. I niestety ukraiński OUN który miał zasługi w walce o niepodległość, stukrotnie splamił się akcjami przeciwko ludności cywilnej. Niestety takie akcje też miało na koncie AK czy niektóre formacje Żołnierzy Wykletych. W akcji Wisła, czyli akcji Wschód która była planowana długo przez jej rozpoczęciem po zabójstwie generała Świerczewskiego ucierpali Bogu ducha winni Łemkowie. Ci ostatni nie czuli się ani Ukraińcami ani Polakami stanowili od wieków ludność miejscową z osobnym językiem itd.
Parę cytatów:
Wskazywano na Edwarda Prusa, autora wielu sprzedawanych na zjeździe książek, człowieka o dwóch biografiach. (Gdy Polską rządzili komuniści, zapewniał, że w latach czterdziestych walczył z Ukraińcami w szeregach wywiadu NKWD i w sowieckich „istriebitielnych batalionach”, zwanych przez Ukraińców szwadronami śmierci. Po 1989 roku dowodził, że bił UPA, będąc członkiem Szarych Szeregów, choć wskazywał miejsca, gdzie Szarych Szeregów nigdy nie było).
– Na zebraniu wszystkich księży diecezji przemyskiej nasz arcybiskup Józef Michalik mówił, że każdy ma prawo do krzyża, daty śmierci, własnego nazwiska wyrytego na nagrobku, i rugał księdza z Birczy za to, że nie wspomaga starań o pochówek – rzekł mi inny ksiądz katolicki. – Tylko nic konkretnego z tego nie wynika. Mam wrażenie, że jednego dnia arcybiskup zabiega o jak najlepsze stosunki z grekokatolikami, drugiego – kurialni urzędnicy puszczają oko do przemyskich ekstremistów, gdy ci wyskoczą z jakimś antyukraińskim ekscesem. Dlaczego tak się dzieje, co o tym wszystkim myśleć, nie mam pojęcia.
podczas pierwszej wojny dla prorosyjsko nastawionej inteligencji łemkowskiej Austriacy zorganizowali obóz koncentracyjny w Tallerhof
Czasem wpierw ze wsi jechała delegacja, zobaczyć, jak tam jest w sowieckiej ziemi. Pokazywali im najlepsze kołchozy, domy z elektrycznym światłem, a jak zajechali na stałe, nie było co jeść.
Sam ciotkę ściągnąłem w pięćdziesiątym szóstym, na repatrianckie, polskie papiery, bo tak jej się Związek Radosny odwidział. Kaszczak: – To i ze Zdyni delegacja pojechała. Wrócili, miny nietęgie. I złożyło się, że ktoś strzelił na śmierć polskiego agitatora. Wrzucili agitatora do dołu, zasypali ziemią, jeszcze niedawno kwiaty mu składano, bo upowska ofiara, dopiero teraz mogiła porosła. Ale my myślelim: jaki to pogrzeb, bez trumny, bez księdza, w nieświęconej ziemi. Swoich tak chowają, jak nas będą? Człowiek nie bydlę, należy mu się pochówek, nawet agitatorowi komuniście, więc gdy zobaczylim, co z ciałem robią, nikt już nie chciał jechać.
Na Ziemie Odzyskane pojechały całe wsie: weterani Armii Czerwonej (obywatele polscy narodowości ukraińskiej lub białoruskiej nie byli mobilizowani przez armię generała Berlinga), którzy niewiele wcześniej wrócili spod Berlina, przesiedleńcy do ZSRR, którym obietnice agitatorów nie zgodziły się z realiami życia, więc wrócili przez zieloną granicę albo na fałszywe papiery repatriantów, komuniści, a czasem nawet Polacy, którzy żyli między Ukraińcami. W polskim Beskidzie zostało może kilkuset Łemków. Po słowackiej stronie nie ruszono nikogo.
Zrobią nam drugi Wołyń. Wojsko strzelało na postrach, bo byłby pogrom. Ja sam dowiedziałem się, że jestem ukraińskim bandytą, gdy kolega w klasie walnął mnie kamieniem w głowę. Tak był nauczony. Po latach, gdy wszystko się uładziło, mama powiedziała najbliższej sąsiadce: Tak się was baliśmy, że przez trzy lata spaliśmy z siekierami. A ona: A my was, że przez pięć. Teraz można się z tego tylko śmiać.
Czuchta: – Ale na koniec tak się porobiło, że kiedy mieli my święta, zabużaki przychodzili pod okna, kolędy nasze śpiewali. To my na następne święta do nich. Z osiem lat trwało, aż do takiej zgody żeśmy doszli.
ZMIENIALI WIARĘ na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych. Często dlatego, że przyszli do nich prawosławni księża; wielu historyków uważa, że jeszcze za Austro-Węgier Moskwa agitowała Łemków przeciw Wiedniowi, a najłatwiej było agitować religią. Wiedeń, a potem Warszawa Łemków nie pieściły, a miejscowa inteligencja łatwo wyszukała, że w mowie tutejszych górali słychać nutę starocerkiewnego z czasów, gdy Ruś Kijowska była potęgą. Tak Ruś i Moskwa stały się bliższe niż druga Rzeczpospolita.
W Bieszczady wysyłano specjalny typ oficerów. O pułkowniku Plucie wiadomo, że w żołnierskich papierach wpisywał, iż czuje się komunistą, Polakiem znającym biegle język, nadto dziennikarzem. Miał się za oficera z wojennym doświadczeniem; wszak zanim przybył w Bieszczady, zaszedł aż nad Nysę. W raportach władz cywilnych uchodził za człowieka, który wspiera „rabunek, pijatyki, rabowanie przedmiotów użytku domowego i płodów rolnych”, a wszystko „zabiera bez pokwitowania i spisów na swoje potrzeby”. Raporty UPA podkreślały, że Wojskiem Polskim dowodzą oficerowie sowieccy.
banderowca i dlatego zniszczył jego warsztat pracy […]. Ostatnio w czasie spalenia gromady Mchawa w gminie Baligród – za zabicie dwóch żołnierzy polskich przez banderowców – spalono 40 gospodarstw ukraińskich. Ale za co spalono przy tym 14 gospodarstw polskich i zabito 5 Polaków, skoro Polacy byli zupełnie niewinni i stale przez banderowców prześladowani? […]. Wszystkie wyżej przytoczone fakty wywołują ogromne rozgoryczenie wśród ogółu, podkopują autorytet Wojska Polskiego, stwarzają nieufność ludzi do Wojska i nienawiść, budują reakcję i bandy”
Kurwa, panie, kurwa go mać, skąd w ludziach taka nienawiść, żeby kobietę, co zasłaniała dzieci obrazem Panienki, bagnetem przebić? – Kochanowski znów ściągnął czapkę z siwej głowy. – Najgorzej, jak brat brata bije, tak jak my siebie bili nawzajem. Pociągnął nosem, odwrócił się, a gdy znów spojrzał na mnie, zobaczyłem łzy błyszczące w zachodzącym słońcu.
Dziś to aż dziwne, żeśmy żyli w takim strachu i milczeniu – zamyśla się Żurat. – Bo żeby my, Ukraińce, byli nawiezione, obce. Ale my tu siedzieli od stuleci, te wioski jeszcze na prawie wołoskim zakładane.
Zrazu przyjeżdżali tam na zmianę ksiądz greckokatolicki i łacinnik, ale łacinnik pieniądze z tacy chował do kieszeni, a cerkiewnym budynkiem nie interesował się wcale. Ciekł dach, jeszcze parę zim, a nie byłoby czego zbierać. Miarka przebrała się, gdy ksiądz rzymskokatolicki zażądał dla siebie mszy we wszystkie niedziele. Ludzie przegnali go i poszli szukać sprawiedliwości.
Nie uratowaliby może morochowskiej cerkwi, ale pewnie ocaliliby zgodę. Bo gdy setka grekokatolików przyjęła prawosławie, za nimi poszła garść innych, ale ci, którzy modlili się w komanieckim kościele, patrzyli na przechrztów jak na odszczepieńców.
Prawosławni mówili o grekokatolikach – Polacy. Grekokatolicy o prawosławnych – Ruscy, Moskale.
Ale byli i tacy, jak Stefan Bończak, co w duszy zostali grekokatolikami, lecz do łacińskiego kościoła chodzić nie mogli, bo przeszkadzał inny obrządek i inny język modlitwy. A nade wszystko uwierała pamięć – w końcu to Polacy, więc rzymscy katolicy, zabili Zawadkę.
Śpiewają, modlą się, palą świece. Wspominają. Ksiądz Pipka mówi o Kainowym mordzie, bo w Zawadce brat zabijał brata, o czasach, gdy nad mogiłami wisiała cisza, a między Ukraińców wkradła się złość i niechęć, podsycana – tego jest pewien – przez kogoś z zewnątrz.
Ojciec mój, Polak i rzymski katolik, przyszedł do Pawłokomy obcy i ożenił się z mamusią, Ukrainką i grekokatoliczką. Dom wystawili na kolonii, między Polakami. We wsi było tak, że jak mąż był Polak i rodził się syn, dziecko nieśli na chrzest do kościoła, a jak córka, a matka Ukrainka – chrzcił pop z cerkwi. Ale na kolonii jednako Polaki i Ukraińce nieśli dziecko do łacińskiego księdza. Ja całe życie na kolonii, więc Polak jestem, w rzymskim kościele chrzczony. I jako Polak robiłem to, com robił. I robić będę. Z szacunku dla pomordowanych.
– Nazywam się Eugeniusz Misiło. Jestem historykiem i wydawcą. Trzysta sześćdziesiąt pięć ofiar mordu w Pawłokomie to dla Polaków wstyd, a dla wielu Ukraińców symbol narodowej martyrologii.
Poticzna, była mieszkanka Pawłokomy. „Mojemu skatowanemu ojcu wycięto krzyż na piersiach. Zrobiono to w cerkwi. A potem wzięto go za nogi i zawleczono do dołu wykopanego na cmentarzu. Wrzucono go tam razem z innymi ludźmi. Niektórych z nich dobijano kołkami, innych wrzucano i zakopywano jeszcze żywych”. Tak wspomina Pawłokomę Seweryn Karpa, dziś mieszkający na Pomorzu.
Potem dowiedziałam się, że mój tata kopał grób na cmentarzu i kiedy przyprowadzono tam moich starszych braci: Josyfa (14 lat) i Petra (17 lat), zemdlał i upadł na ziemię. Tam też został zastrzelony wraz ze swoimi synami. Mojego dwudziestoletniego brata Włodzimierza, który nie wiedząc, co się stało, już po tej tragedii wrócił do Pawłokomy z przymusowych robót w Niemczech, Polacy złapali i utopili w studni”.
Na Pogórzu nastały straszne czasy. Jeśli w poniedziałek polskie wojsko spaliło ukraińską wieś, we wtorek i środę UPA puszczała z dymem polską, w czwartek palili Polacy, w piątek – Ukraińcy. Nakręcał się krwawy, fanatyczny kołowrót, śmierć za śmierć.
Dziubina. -Przemyśl jest na ziemiach ukraińskich, do połowy czternastego wieku nie było tu Polaków. Ukraińcy nigdy nie walczyli z Polakami na polskich ziemiach. To Polacy zabierali nam ziemie etnicznie ruskie, wbijali Ukraińcom nóż w plecy. – Myśląc tak, powinniśmy uznać, że Berlin i Hamburg należą do Polski, Czech, Ukrainy lub Rosji, bo te miasta założyli Słowianie. – Lecz zgodzi się pan ze mną, że Przemyśl ufundowali Rusini – ksiądz jest nieprzekonany – a gdyby nie Orlęta Lwowskie, biali i czerwoni Moskale, gdyby nie Węgrzy i Rumuni, niepodległa Ukraina mogłaby powstać już po pierwszej wojnie.
Zżyliśmy się, na styku dwóch kultur powstaje mieszanka, w której tyle jest polskości, ile ukraińskości. Nie grozi nam wynarodowienie, jesteśmy zwartą społecznością, może nawet bardziej ukraińską niż przed laty. Gdy powstała niepodległa Ukraina, nabraliśmy więcej pewności, żyjemy w Polsce, ale mamy wreszcie ojczyznę, nie czujemy się gorsi. Na ulicach słychać nasz język, na nasze święta polskie ekspedientki mówią mi w sklepie „wesołych świąt”.
W barakach w Jaworznie i w celi na Montelupich w Krakowie przesiedział pięć lat. Wspomina więzienną zażyłość z żołnierzami ak; dzięki nim wielu upowcom udało się przetrwać. Wyszedł w 1952 roku.
– Do organizacji (UPA) wstąpiłem po szkole podstawowej – wspomina. – Nikt mnie nie zmuszał. Ukraińskie wojsko, nadzieja na własny kraj, pewność, że nikt nie będzie nas bezkarnie krzywdzić. Jeśli w mojej wsi chłopak nie konspirował, dziewczyny nie chciały z nim chodzić. Dla mnie żołnierze polegli pod Birczą to koledzy i bohaterowie. Ksiądz mitrat tylko to chciał przypomnieć.
A było tak, że kiedy z Baligrodu uciekli Niemcy, a słowacki garnizon zbratał się z Sowietami, do miasteczka weszła sotnia dowodzona przez Wołodymyra Szczygielskiego. Mieli ze sobą listy Polaków, których podejrzewano o niechęć wobec Ukraińców, sprzyjanie Sowietom lub posiadanie broni. Ukraińcy zaczęli strzelać pod kościołem i chcieli ludzi siłą wyciągnąć ze środka, ale wtedy greckokatolicki ksiądz Olenko z baligrodzkiej cerkwi stanął w drzwiach świątyni i nie dopuścił do masakry. Upowcy chodzili po domach. Jeśli nie było ojca, brali na rozstrzelanie synów. Ale znane są również przypadki, że do prowadzonych Polaków mówili: „Uciekajcie, będziemy strzelać w powietrze”. I tak rzeczywiście się działo. Na koniec Ukraińcy rozbili aptekę. Wycofali się w góry, gdzie nazajutrz dostali straszliwe baty od Sowietów.
Wojciech Grzanecki, który od kilku lat mieszka w nieodległej wsi Polana, powiada, że tu powietrze cały czas jest rozedrgane. Ściskają się prezydenci Polski i Ukrainy, jednają się biskupi obu obrządków, na górze padają słowa o wzajemnym wybaczeniu, odsłania się pomniki. A tu wystarczy byle pretekst, odgrzebane wspomnienie, jakaś opowieść, nieopatrzny gest i zamiast powietrza zaczynają drgać ludzkie namiętności.
Herbaciarnia jest w kamienicy, gdzie przed wojną mieściło się Leskie Towarzystwo Kasynowe, a miejscowa elita grała w brydża i preferansa. Miejscową elitę: adwokatów, lekarzy czy aptekarzy Sowieci wywieźli na Sybir już w 1939 roku. Niemcy wymordowali Żydów. Polacy i Ukraińcy zaczęli się nawzajem wybijać. Na koniec deportowano Ukraińców. Z przedwojennych czasów zostało parę kamienic, zameczek, synagoga i żydowski cmentarz. Lokalnej elity, tej od Towarzystwa Kasynowego, nie udało się już odbudować.
A w Piskorowicach – inny świat. Miejscowa władza przyjazna. Ksiądz – pomocny i serdeczny. Ludzie otwarci i - choć to śmiesznie brzmi – po ludzku ludzcy. – Na uroczystość przyjechali goście z Ukrainy – wspomina Turska. – Zimno, mokro, wypadałoby ich ugościć. Wiele nie musiałam prosić. Szkoła dała salę. Ochotnicza straż pożarna przywiozła stoły i krzesła. Koło gospodyń wiejskich nakryło. Miejscowy przedsiębiorca dołożył do poczęstunku. Ksiądz użyczył kościoła i zachęcał, by przyjść tłumnie, bo dla Piskorowic to wielkie święto. We wsi na szkole wisi dwujęzyczna tablica: „Pamięci mieszkańców Piskorowic i okolic narodowości ukraińskiej zamordowanych w tym budynku w kwietniu 1945 roku”. Pod tablicą zamarznięte wieńce, wypalone lampki cmentarne i niewyraźne zdjęcie młodej dziewczyny, jednej z ofiar oddziału Wołyniaka. Ktoś przejdzie i poprawi sino-żółtą szarfę. Ktoś otrzepie ze śniegu biało-czerwoną kokardę. Zetrze szron ze starego zdjęcia, podniesie zmarzniętą różę, stanie na chwilkę, zemnie czapkę w garści, przeczyta, choć krótki tekst zna na pamięć.
Polski ksiądz w Tarnawcu podczas spowiedzi powiedział, że za Ukraińca nie ma grzechu… Niektórzy zabici nad Sanem leżą tam do teraz. Jedna kobieta z Dąbrowicy i jeszcze jedna leżą u Siewnego na polu.Aha, idzie panu o zaakceptowanie prawdy? Prawda to prawda i nie zmieni się od akceptowania. Część rodziny mam stąd, część zza Sanu. Polakiem jestem bez dwóch zdań. Myśli pan, że jak jedziemy na mecz i krzyczą na nas: „Ukraińcy”, to mi polskości ubędzie?
W całej Słowiańszczyźnie nie ma dwóch takich narodów, które by pod względem życia politycznego i duchowego tak ściśle zrosły się ze sobą, tak licznymi były powiązane węzłami, a mimo to tak ciągle stroniły jeden od drugiego, jak Polacy i Ukraińcy. Iwan Franko na zjeździe literatów i dziennikarzy polskich we Lwowie, 1894
Ojciec opowiadał jeszcze o pogromie Żydów dokonanym przez żołnierzy Petlury. To prawda, że tamte ziemie nieraz oglądały podobne zdarzenia. Tyle że ojciec mówił z oburzeniem: wojsko nie walczy z babami, wojna to rzecz okrutna, lecz rycerska.
Maria Dąbrowska zanotowała w Dziennikach: „Polska skręci kark na dwóch sprawach, które stanęły przed nią do rozwiązania jako pierwsze zadanie niepodległego bytu. Na sprawie chłopskiej i na sprawie ukraińskiej, w ogóle na sprawie mniejszości. [Żadne] »mocarstwo« nie będzie mocarstwem, gdy będzie oparte na krzywdzie społecznej i ucisku narodowościowym. Sto pięćdziesiąt lat niewoli nie nauczyło nas tego”. W 1932 roku, widząc nasilające się polskie represje, przywódcy UNDO zaproponowali Polakom rozmowy, by położyć kres napięciom.
A szóstego były wybory, endecy szli w pochodzie, krzycząc hasła przeciw piłsudczykom, dostali od policji jak Ukraińcy.
6 lipca powstaje we Lwowie, przy poparciu metropolity Andrija Szeptyckiego, rząd Jarosława Stećki; tworzą się zręby narodowej administracji, co gorliwsi odreagowują na Polakach poczucie dawnych krzywd. 10 lipca ministrowie jednak zostają aresztowani i przewiezieni do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Trafia tam też Stepan Bandera, bo nie chce odwołać aktu niepodległości. Zdaniem ukraińskich i wielu polskich historyków to dowód, że współpraca OUN z Niemcami miała charakter wyłącznie taktyczny. Bandera siedzi razem ze starszym bratem Jewhena. Za dwa lata Wołodymyr Stachiw pozna w Sachsenhausen komendanta Armii Krajowej generała Stefana Grota-Roweckiego. Będzie nim zauroczony do końca życia.
Wyjechałem z Ukrainy Zachodniej tuż po rozpoczęciu wojny sowiecko-niemieckiej. Byłem przekonany, że jako człowiek polsko-ukraińskiego pogranicza poradzę sobie na pograniczu ukraińsko-rosyjskim. W Donbasie stworzyłem silną organizację, choć tropili nas Niemcy i zakonspirowani komuniści. Po latach myślę, że odniosłem wielki sukces, bo żyję, a tylu moich krewnych i przyjaciół poległo. Terror był straszny, większy niż w Galicji, za członkostwo w ukraińskim podziemiu Niemcy wieszali całe rodziny. Przeznaczono nam taki los, jaki miał być udziałem Polaków.
Droga donikąd. Opisywała ona działalność OUN i upa: „Natychmiast po wkroczeniu Niemców na Ukrainę Zachodnią nacjonaliści obu odłamów, melnykowcy i banderowcy, a zwłaszcza banderowcy, zgodnie z zaleceniami berlińskimi rozpoczęli działalność terrorystyczną i eksterminacyjną. Na murach Lwowa rozplakatowano odezwę Bandery. Ustanawiano władze administracyjne w mieście i terenie, mianowano nawet inspektorów szkolnych. Zaczęła się nagonka na Polaków i Żydów. Hasła ii Kongresu »Ukraina dla Ukraińców« wprowadzono w życie. Do antypolskiej działalności zaangażowano różnorodne elementy ukraińskie niezależnie od przynależności do obozu politycznego. Wsie polskie pacyfikowali członkowie OUN i UPA, policja ukraińska, melnykowskie oddziały dywizji SS »Galizien«; dała się do tego wciągnąć również część popierającego nacjonalistów chłopstwa – zarówno przez udział w wyżej wymienionych organizacjach, jak i z własnej inicjatywy. Początkowo mordowano poszczególne osoby, później rodziny polskie zamieszkałe z dala od wsi i większych skupisk ludzkich, a następnie rozpoczęto systematyczną masową rzeź całych polskich wsi i osiedli. Pod ciosami siekier i noży, palona żywcem, ginęła bezbronna ludność. W wielu miejscowościach zapanowała cisza śmierci”.
Powoli zacząłem rozumieć Donbas – opowiada Stachiw. -Tyle tu było narodowości, języków, kultur, całe to pomieszanie, poplątanie, młodzież z mieszanych małżeństw, która walczyła w UPA. Pojąłem, że szedłem ślepą uliczką. Nadal tworzyłem ukraińskie podziemie, werbowałem ochotników do UPA, gdyż uważałem, że to moja patriotyczna powinność. Ale ze skrajnym nacjonalizmem skończyłem raz na zawsze, zacząłem myśleć tak, jak zdecydowana większość członków OUN na Ukrainie Wschodniej.
Pewien oficer AK opowiadał mi, jak było na Wołyniu, kiedy przyjechał tam na przełomie lata i jesieni 1943 roku. W Warszawie jeszcze niewiele osób miało pojęcie, co tu się stało. – To był drugi, może trzeci dzień pobytu, szedłem z oddziałem na patrol, gdy nagle z krzaków wylazło na nas dwóch ukraińskich chłopów: ojciec i syn. Stanęli pod lufami, bez pytania zzuli buty, ściągnięte koszule powoli układali na ziemi, jakby chcieli odsunąć tę chwilę, która nieuchronnie się zbliżała. Mój podoficer zaprowadził chłopów pod drzewo, przeładował karabin. Dopiero wtedy pojąłem, co ma się stać. Sierżancie – wrzasnąłem – jak pan może, to morderstwo, zabraniam! Panie poruczniku – odpowiedział spokojnie – niech pan się lepiej odwróci, bo coś się może przytrafić. Rozejrzałem się po żołnierzach i już nie miałem wątpliwości, co się stanie, jeśli będę dalej protestować. Co miałem robić? Popatrzyłem w drugą stronę.
moi dawni koledzy z OUN też są z historią na bakier. Szczęśliwie młodzi historycy, którzy szukają prawdy, potrafią pisać o ukraińskiej winie.