Ileż razy czytałam już relacje więźniów obozów koncentracyjnych? Ile już za mną dzienników, opracowań naukowych, (auto)biografii, powieści wojennych…? Prawdopodobnie więcej, niż byłabym teraz w stanie na szybko wymienić. Raptem kilka tygodni temu czytałam inną książkę Anny Herbich, „Dziewczyny sprawiedliwe” o kobietach, które podczas wojny wraz ze swoimi rodzinami narażały się, ratując Żydów. Dziś z kolei skończyłam książkę opisującą sylwetki kilku z tych, które były po tej drugiej stronie. Które pomocy i ludzkiej dobroci potrzebowały wówczas tak, jak jeszcze prawdopodobnie nikt nigdy.
„Dziewczyny ocalałe” to kilka krótkich biografii i opisów wojennych perypetii kobiet, które same o sobie mogą dziś mówić „ocalałyśmy z holocaustu, żyjemy, przetrwałyśmy to”. I w zasadzie to jedyna łącząca je rzecz. Bo Anna Herbich w tych krótkich formach historii mówionej pokazuje, że holocaust naprawdę dotyczył wszystkich Żydów. Młodych, starych, bogatych, biednych, brzydkich, pięknych, miejskich, wiejskich, wykształconych, bez szkoły i te pe i te de. Ich doświadczenia są różne, ale wszystkie one na własnej skórze doświadczyły tego pełnego spektrum przeżyć, które spotykały Żydów podczas II wojny światowej. Więc jest tu smutek, zwątpienie, tęsknota, porzucenie, śmierć, kłamstwo i głód, strasznie dużo głodu. Jedna z bohaterek tej książki wspomina, że tym, co ciążyło nad nimi wszystkimi – czy to w getcie, czy w ukryciu, czy obozie – był głód właśnie. Głód, który zabił więcej ludzi aniżeli niemieckie kule.
Kiedy skończyłam lekturę, czułam się jak ignorantka. Nie licząc tylko jednej z kobiet, wszystkie pozostałe po dziś dzień mieszkają w Polsce. Nie wiem dlaczego, ale ja sama zawsze uważałam, że dziś wszyscy ci, którzy przetrwali okres wojny mieszkają poza granicami naszego kraju; w Izraelu, USA, Ameryce Południowej...Być może odpowiedzialnym za takie a nie inne moje myślenie jest fakt, że w każdej książce, w każdym programie telewizyjnym w którym stykała się z prezentowaniem losów ocalałych z holocaustu, miałam do czynienia z relacjami osób, które zaraz po wojnie – lub w kilka lat po niej – opuściły Polskę. Tymczasem Anna Herbich uświadomiła mi, że to jedna wielka nieprawda. Poczułam wstyd i zażenowanie, gdy to sobie uświadomiłam. I to nie tylko ze względu na moją niewiedzę. Odpowiedzialnym za te uczucia było przede wszystkim to, że antysemityzm w naszym kraju to wciąż nie jest zamknięty temat, a dla wielu stanowi on wręcz chlubne hasła z którymi wychodzi na ulice. Nie chcę nawet myśleć, jak muszą czuć się wszyscy ci, którzy przeżyli piekło wojny, którym wymordowano całe rodziny, a dziś muszą patrzeć, jak wielu Polaków w brutalnych, agresywnych słowach chciałoby pozbyć się z kraju, który przecież jest tak samo ich, jak i narodowca wykrzykującego potępieńcze, antysemickie hasła.
Książka jest trudna, choć – jak zwykle u Anny Herbich – napisana prosto, wręcz lekkim piórem. Po przeczytaniu już wielu jej publikacji odnoszę jednak wrażenie, że autorka trochę odbiera swoim bohaterkom ich charakterność. Ich głos jest bowiem słyszalny tylko przez nią. Autorka ma bardzo wyraźny „swój” styl, który powiela w każdej ze swoich książek u każdej z bohaterek. Czy to zarzut? Trochę tak, choć też nie do końca. Jak wspominałam kilka linijek wyżej, prace Herbich naprawdę dobrze się czyta. Każda z opisywanych historii ma jasno określone ramy, każda kończy się swego rodzaju puentą. Język jest zrozumiały, przystępny. Ale czasem chciałoby się więcej z tej bohaterki w jej własnej historii. Poszczególne rozdziały, czytane ciurkiem, zdają się być opowieścią tylko jednej osoby. Brakuje im indywidualności.
Nie mogę jednak ocenić tej książki nisko. Uważam, że lektury tego typu są szalenie cenne i potrzebne. Czas płynie, świadkowie tamtych wydarzeń odchodzą i już za kilkanaście, kilkadziesiąt lat nie będzie już nikogo, kto byłby w stanie opowiedzieć ich historie. Nie możemy dopuścić, żeby ich głos zamilkł. Potrzebujemy takich lektur, by uświadamiać – tak sobie, jak i pokoleniom, które nadejdą po nas – że w połowie XX wieku wydarzyło się coś, co nie miało prawa mieć miejsca. Coś, co zmieniło świat, co zmieniło kompletnie postrzeganie słów takich jak ból, czy strach. Dlatego pomimo moich uwag, co do stylu Anny Herbich nadal będę czytać jej książki i nadal będę je polecać innym. Bo są bardzo, bardzo ważne.