Prawie dokładnie rok temu obejrzałam 'Wynajmij sobie chłopaka' z koleżanką w drodze na wakacje. 24h w autokarze, ciepło, potrzebowałyśmy odmóżdżenia. Film był głupiutki, beznadziejny, pozbawiony ciągu przyczynowo-skutkowego oraz podstawowych zasad logiki, ale szczerze? Nie sądziłam że cokolwiek z tego będzie zawierać.
I choć o istnieniu książki słyszałam, byłam przekonana że po nią nigdy nie sięgnę, bo po co.
No i patrzcie gdzie mnie to doprowadziło.
Powiem szczerze, że nie miałam żadnych oczekiwań wobec tego tytułu. A i tak jestem zawiedziona na całej linii.
Po pierwsze nadmienię, że film w porównaniu z tekstem źródłowym wypada o niebo lepiej, nawet jako głupia komedia młodzieżowa produkcji stacji na n. Dlaczego?
Bo odbiorca pozbawiony jest jakże genialnych przemyśleń bohatera.
(disclaimer: zaznaczam, że nie szukałam żadnych informacji o autorze, nie obrażam go tutaj ani nie przytaczam faktów, wszelkie zwroty mówiące że książkę napisał taki a taki są porównaniami tego, co czuje się podczas lektury, a nie odzwierciedleniem rzeczywistości. dziękuję za uwagę, wracamy do cierpienia)
Jestem w 99% przekonana, że 'Wynajmij sobie chłopaka' jest self-insertem czterdziestolatka, który z zawiścią patrzy na bogatych, pięknych i umięśnionych licealistów, gotując się bo w jego przeświadczeniu im wszystko jest podawane na tacy, a on należy do kategorii 'biednych dobrych chłopców, którzy nic nigdy nie osiągają bo świat jest taki zły i nie potrafi ich docenić'. Po tym zdaniu możecie już spokojnie domyślić się, czemu ta książka jest zła.
A mimo to pociągnę wątek, bo przypadek Brooksa Rattigana jest pewnego rodzaju fenomenem.
Chłopak jest typowym przedstawicielem grupy biały (nie doszukałam się w tekście informacji iż jego skóra ma inny kolor, jeżeli tak jest to przepraszam, ale nie jest to opisane w tekście) hetero młodzieniec, którego świat nie cierpi bo jest dla niego za dobry, więc co rusz rzuca mu kłody pod nogi. Dlatego też matka Brooksa jest dupkiem, ojciec jest dupkiem, najlepszy kumpel jest dupkiem, szkolna doradczyni jest dupkiem, drugoplanowa bohaterka jest dupkiem, profesor na uniwersytecie jest dupkiem.
I zaraz mi powiecie, no ale chwila jakoś dużo tych dupków.
I macie całkowitą rację. Bo każda postać, której imię nie zaczyna się na 'B' a kończy na 'rooks' jest dupkiem. Bo ten zabieg ma podkreślić, że tak zdolny i pracowity chłopak żyje w okropnie niewspierającym środowisku, i to dlatego wydaje się taki okropny i wredny.
Tylko że nie, nieważne gdzie chłopaka postawić jest on okropny i wredny. Bo nikt mi nie wmówi, że jego sposób bycia jest adekwatny do nastoletniego nastawienia, ba, nawet młodzieńczego buntu. Brooks jest dupkiem i koniec historii.
Wspominając historię - fabuła, mimo że dosyć prosta, w wielu momentach strasznie zjeżdża na dziwne tory. Bo z początku mamy zaaferowanego licealistę u progu szkoły, dzielnie walczącego o zdobycie minimalnej ilości punktów na swe wymarzone studia. Pomijając okraszenie tego wątku jakże błyskotliwymi myślami bohatera, z ręką na sercu muszę przyznać że to jedyny realistyczne i w miarę ujdzie poprowadzony wątek przez 400 stron.
Bo droga chłopaka, który poświęca wszystko w imię zdobycia miejsca na wymarzonej, prestiżowej uczelni, wymagającej 50 koła czesnego za semestr, który w końcu gdy się dostaje musi zrezygnować z owej szansy, bo nie ma takich funduszy nawet po przyznaniu stypendium, i świadomość że jego miejsce zajmie jakiś rozpieszczony duży dzieciak tylko dlatego że ma nadzianych rodziców-absolwentów JEST reprezentacją systemu szkolnictwa w Stanach. Smutną, realną reprezentacją, przez co jest to jedyny aspekt w którym szczerze możemy współczuć bohaterowi.
Tylko że nie do końca, bo wokół tej melancholijnej, szarej rzeczywistości chłopak nawywija takich głupot, a dodatkowo okrasi to przemyśleniami z cyklu 'ależ ja jestem taki super przecież ten świat jest taki niesprawiedliwy o ja nieszczęsny' że w momencie gdy Brooksowi odmawia się szansy na marzenia Ty krzyczysz entuzjastycznie KARMA S*KO, BU-YAH!
Wydawać by się mogło, że skoro posiadamy takie postaci jak ojciec dupek czy Celia dupek, epizodycznie przewijające się przez fabułę, to logicznie rzecz biorąc dostaniemy rozwinięcie ich historii i wyjaśnienie, czemu dupkami są.
O ile Celia doczekuje się jako-takiego backstory, tak Charlie będący rodzicem Brooksa absolutnie nie. Podkreślane jest tylko, jak żałosnym i wstydliwym wrakiem człowieka jest dla syna, z którego wyziera pogarda rodzicielem; i dopiero gdy ten sprzedaje swą wartościową kolekcję na poczet czesnego dla swego niewdzięcznego syna nagle wszystko jest okej, Brooks kocha ojca, ojciec kocha Brooksa, prawie dwie dekady totalnego olania i pogardy znika.
High fantasy mocniejsze niż największe tytuły z gatunku.
I to w zasadzie tyle, co o tej książce można powiedzieć. Oczywiście pozostaje kwestia "ponętnej" Shelby, którą Brooks próbuje poderwać, ale jeżeli z moich wcześniejszych ustaleń wyciągnęliście pewien wzór to doskonale sobie zdacie sprawę, jak to się potoczyło.
A w ciągu ostatnich 5 stron nagle mamy happy end. Wszystko się układa, choć kilka kartek wcześniej leżeliśmy pod gruzami i nic nie działało. Ale oczywiście bohater pokroju Brooksa nie może skończyć z brzydką panną, słabymi studiami i kryzysem egzystencjalnym.
Bogowie, jakie to było złe. Jeżeli choć przez myśl wam przeszło (tak jak mi) by sięgnąć po tytuł chociażby dla czystej radości ze śmiania się z beznadziejnego tworu to odpalcie sobie film. Traktuje tak samo, ino jest mniej szkodliwy. I mniej kretyńskich myśli Brooksa.
amen kochani