Opowieść o lekarce, naukowczyni, działaczce społecznej, feministce, patriotce, automobilistce, przedsiębiorczyni, lesbijce – bohaterce jednego z najgłośniejszych skandali obyczajowych międzywojennej Warszawy.
„Zarzut uprawiania miłości lesbijskiej nie jest hańbiący” – miała powiedzieć w czasie procesu Zofia Sadowska, bohaterka jednego z najgłośniejszych skandali obyczajowych międzywojennej Warszawy. O „ekscesach” w gabinecie lekarskim na Mazowieckiej 7 powstały setki artykułów, dowcipów, karykatur i piosenek kabaretowych. Brukowce oskarżały Sadowską o organizowanie lesbijskich orgii, uwodzenie pacjentek i przyczynienie się do rozpadu kilku małżeństw, a nawet o doprowadzenie do dwóch zgonów. Czy lesbijka może być lekarką? – to pytanie zadawali sobie sędziowie i członkowie izby lekarskiej.
„Panna doktór Sadowska” – pisali o niej dziennikarze. Pierwsza w Imperium Rosyjskim polska lekarka z doktoratem. Zaangażowana feministka, która poszła do Piłsudskiego upomnieć się o prawa wyborcze dla kobiet. Działaczka społeczna i naukowczyni. Ceniona przez pacjentów internistka. Niosła pomoc bieżeńcom w czasie pierwszej wojny światowej i poszkodowanym w powstaniu warszawskim. Właścicielka kopalni ropy naftowej i przedsiębiorczyni inwestująca w budowę osiedla. Automobilistka. Zawsze w męskiej marynarce, pod krawatem, w binoklach na nosie. Mówiono, że nie rozstaje się ze szpicrutą.
Zofia Sadowska przez lata walczyła o dobre imię. Wojciech Szot odtwarza mechanizmy zaszczuwania lekarki przez prasę i przywraca jej miejsce w historii.
Panna doktór Sadowska to opowieść o wymazywaniu niewygodnych biografii, ale przede wszystkim − o odwadze i walce o godność.
Dziennikarz działu kultura "Wyborczej", pisze o literaturze. Urodzony i wychowany w wałbrzyskich okolicach, co często okazuje się ważne w jego biografii. Od ponad 15 lat pracownik rynku książki - jako współtwórca księgarni internetowej i dwóch wydawnictw. Pracował m.in. w wydawnictwie Prószyński i s-ka oraz Dowodach na istnienie, gdzie opublikował książkę "Panna doktór Sadowska". Tłumaczy książki (m.in. "Fun Home" Alison Bechdel) i je redaguje. Prowadzi blog "Zdaniem Szota", na którym publikuje recenzje.
Imponująca kwerenda, ale kwerenda to jeszcze nie książka. Pierwsze 60 stron to jak gigantyczna notka na wiki i w podobnym stopniu porywająca. Żywiej i ciekawiej robi się we fragmentach dotyczących procesów, a to dzięki intensywnie cytowanym mediom z epoki. W ogóle cytaty z różną zręcznością zmontowane to jakieś 85% tekstu. Najciekawsze jest porównywanie historii Sadowskiej - dokonujące się w głowie czytelnika - z czasami obecnymi, które wykazuje niepokojące paralele. Całość pozostawia spory niedosyt, ale chyba większym problemem jest to, że więcej życia i treści jest w blurbach oraz opisie na tyle okładki niż w książce właściwej.
W co trzeciej entuzjastycznej recenzji autora, publikowanej na tym portalu można przeczytać, że recenzowana pozycja jest "świetnie napisana", "z fantastycznym tempem", "kapitalna w swojej strukturze". Tego samego nie da się napisać o jego debiutanckim "reportażu". Słowo reportaż rozmyślnie ująłem w cudzysłowie, gdyż biorąc pod uwagę zaserwowaną przez autora treść, bardziej adekwatnym określeniem osiągniętego rezultatu byłoby "antologia cytatów". Bogactwo materiału źródłowego stanowi zarazem błogosławieństwo i przekleństwo dla piszącego. Błogosławieństwem dla badacza jest możliwość wzajemnego konfrontowania tych źródeł, ich zestawiania i porównywania. Przekleństwem zaś jest późniejsza konieczność dokonywania niekiedy brutalnej selekcji materiału badawczego podczas procesu pisania. To, co kuleje w wypadku tej książki, to brak jakiejkolwiek selekcji zgromadzonego materiału. Dla Wojciecha Szota każda, nawet najmniejsza wzmianka warta jest zacytowania. I w obfitym cytowaniu przypomina on gorliwych krasnoarmiejców na poligonie ćwiczebnym - strzela do czytelnika kolejnymi cytatami nie bacząc, czy trafia czy seryjnie pudłuje, byleby wyczerpać cały magazynek. Tymczasem nie wszystko w tym magazynku nadawało się do cytowania.
Od reportera wymagać należałoby umiejętności syntezy, ujmowania pewnych zjawisk czy czynników pod szerszy, wspólny mianownik, dostrzegania pewnych mechanizmów, prawidłowości i wyciągania z tego wniosków. Z obfitego cytowania przez Wojciecha Szota nie wynika nic poza poklaskiem dla jego zdolności archiwisty w dokopaniu się do źródeł. Kwerenda archiwalna robi wrażenie, ale nie zastąpi ona pisarskich umiejętności. Na podstawie tej książki nie sposób pokusić się o ocenę warsztatu Wojciecha Szota, bo trudno wyrokować o warsztacie autora, który nieustannie chowa się za cytatami i relacjonuje opowieść cudzymi słowami. Być może, choć musi to pozostać w sferze domysłów, ta ucieczka w cytaty miała zamaskować to, że autor sam zwyczajnie nie ma nic ciekawego do powiedzenia i dlatego co chwilę chwyta się cytatów, uważając za interesujące wplecenie do tekstu sześciu różnych cytatów o jednym i tym samym. Nie taka jest jednak rola reportera.
Zasadniczą część Szotowej (choć złośliwi pewnie powiedzieliby shitowej) opowieści wypełnia relacja, jaką Zofia Sadowska wytoczyła stołecznym brukowcom za szkalowanie jej osoby. Tworzywo, jakim jest proces sądowy, stwarza reporterowi okazję do zbudowania pewnej dynamiki wokół swej relacji - to dlatego dobre reportaże sądowe czyta się niekiedy jak dobre kryminały. Relacja o procesach Zofii Sadowskiej to jednak typowe męczenie buły. Znów mamy wysyp cytatów, co o danym procesie napisała pewna bulwarówka, a co o tym samym wydarzeniu napisał inny brukowiec itd. Dla Wojciecha Szota wszystko, naprawdę bez wyjątku WSZYSTKO jest warte i godne odnotowania i zacytowania. I dlatego więcej literatury czytelnik znajdzie w okładkowym opisie niż w środku książki. A wydawać by się mogło, że reportaż to gatunek literacki...
Poza zasadniczymi zastrzeżeniami "jak" Wojciech Szot napisał, a raczej skompilował z kilkuset cytatów, opowieść o Zofii Sadowskiej, na usta ciśnie się również pytanie "po co"? Po co AD 2020 na światło dzienne wychodzi książka, która główną bohaterkę czyni kobietę, o której dziś powiedzielibyśmy, że jest nieheteronormatywna. Pewnie znakomita większość czytelników dośpiewa sobie powód, choć to również powinno być poletko obrobione reporterską motyką. Zofia Sadowska nie była pierwszą, i zapewne nie ostatnią, która odniosła pyrrusowe zwycięstwo. Przed nią sprawiedliwości na sali sądowej szukali i nie znaleźli m.in. Oscar Wilde czy Filip książę Eulenburga. Sprawa doktór Sadowskiej złamała jej dobrze zapowiadającą się karierę naukową. Dużo groźniejsza dla niej, jak i dla wymienionych wyżej panów, okazała się jednak kara, na którą żaden sąd ich nie skazał, a mianowicie kara śmierci cywilnej. Nawet zwycięskie procesy nie zdołały zatrzeć tego skazania. Kara infamii za życia nie ulega zatarciu ani przedawnieniu, mimo że żaden kodeks o niej nie wspomina.
Panna doktór Sadowska to dobry przykład na to, jak koncertowo można spieprzyć niebanalną historię o ciekawej postaci. I nie zwalajmy na młody wiek autora albo na to, że to jego debiut. Albo ktoś zwyczajnie umie pisać albo takich umiejętności nie posiada. Po lekturze tej książki tylko jedno wiem na pewno - że jej autor lubi cytować. Oriana Fallaci w swym Kapeluszu całym w czereśniach wspomina lekcję, jaką dał jej w początkach jej dziennikarskiej kariery wuj "po fachu": Po pierwsze, nie zanudzić czytelnika. Szkoda, że podobnej lekcji nikt nie udzielił autorowi.
Czekałam na tę książkę niecierpliwie, ale bardzo mnie rozczarowała. Z bardzo ciekawego tematu wyszła książka nudna i chaotyczna. Zabrakło przede wszystkim porządnej selekcji źródeł. Przytłacza tu nadmiar cytatów ilustrujących to samo. Po co cytować chyba z kilkadziesiąt prasowych wierszyków o Sadowskiej?
Żeby dowiedzieć się czegoś o Zofii Sadowskiej, lepiej poczytać "Homobiografie" Krzysztofa Tomasika albo internetowe Sprawy Sadowskiej. Szkoda, bo Sadowska pewnie drugiej "własnej" książki już nigdy nie dostanie.
Cieszę się, że na różnych portalach ludzie zaczynają pisać o tej książce to, o czym wielu wie, ale do tej pory bało się napisać. Na przykład, że została ona przez kilka osób (głównie jedną) ogłoszona wybitną... zanim jeszcze powstała - w trakcie pisania, jeszcze w zeszłym roku. Od dłuższego czasu można zaobserwować w "światku literackim" grupkę osób, które próbują wspólnie narzucać innym czy dana książka jest dobra, czy nie. Uważają przy tym, że są nieomylni i potężni. Dla niedowiarków -nie trzeba być super uważnym, aby domyślić się o jaką grupę chodzi. Zawsze te same opinie na temat tych samych książek albo wspólnie wychwalają, albo wspólnie krytykują, albo każdy z nich książkę po prostu lekceważy i nic o niej nie pisze. Bardzo dobrze się stało, że książka "Panna doktór Sadowska" się ukazała. Niestety nie dlatego, że jest to książka dobra czy choćby przeciętna, ale dlatego, że poziom absurdu związany z PR-em tej pozycji skłonił wreszcie różne osoby do opisywania prawdy o układach i układzikach w polskiej literaturze, o "przyjaciołach" wzajemnie poklepujących się po plecach i bezwstydnie promujących tylko "swoich". Cieszę się, bo sygnał od wielu osób jest bardzo jasny - nie tolerujemy takiego zachowania, widzimy co wyprawiacie i przede wszystkim - nie jesteście tak cwani i silni jak wam się wydawało. Sama książka - cóż... Trzeba docenić wysiłek autora w zebranie ogromnej ilości materiałów. Niestety oprócz prezentacji tych materiałów w postaci setek cytatów stanowiących większość książki nie znajdziemy w tej pozycji nic ciekawego. Spodziewałem się dużo więcej, najbardziej zaskoczył mnie bardzo kiepski styl fragmentów tekstu pisanych przez autora (bo pamiętajmy, że większość to jednak cytaty) oraz jego językowa zapaść (nieudolność?). Myślę, że książkę tę można by było pozytywnie ocenić w kategorii kronik czy może zbiorów cytatów, jednak z literaturą z prawdziwego zdarzenia nie ma to nic wspólnego.
Jest to jedna z najgorzej napisanych, o ile nie najgorsza książka, którą kiedykolwiek czytałem. Jaka ogromna szkoda, że za historię głównej bohaterki zabrał się pan Wojciech znany dotąd jedynie z prób zdobycia rozgłosu poprzez publikowanie pełnych jadu, hejtu i złości tekstów nazywanych przez niego chyba żartobliwie recenzjami, a uderzających przede wszystkim w autorki i autorow, których w mojej opinii po prostu nie lubi. Okazało się, że gdy przyszło napisać własną książkę, pan Szot zebrał jakaś gigantyczną ilość wycinków prasowych, które dość skąpo rozdzielił własnym tekstem. Wyszła z tego mieszanka kompletnie niezrozumiała, chaotyczna, ale przede wszystkim nudna do bólu. Życzę panu Wojciechowi, żeby nabrał trochę pokory oraz nauczył się szacunku do innych ludzi. Niestety jego debiut reporterski jest tragiczny. Jednocześnie to wspaniały materiał do napisania przez pana Szota swojej recenzji życia - oczywiście w jego własnym, hejterskim stylu.
autor zdaje się wierzyć w nieograniczoną inkluzyjność literatury oraz że czytelnik powinien mieć zawsze pierwszeństwo w interpretacji, a jednocześnie zapomina o podstawowym fakcie, że sam akt pisania jest interpretacją - inaczej ta książka nie byłaby tak płaska / szkoda, bo historia Sadowskiej świetna
Temat i postać Sadowskiej szalenie ciekawy. Postać warta przywróceniu w polskiej historii ale Szot chyba za szybko chciał wydać książkę. Brakuje mi wyrzeźbienia formy jaka ta książka miałaby przybrać. Jak sam napisał na końcu książka formuje się od quasinaukowej pracy po za zapis historyczny co sprawia że czyta się ciężko, ale często nudno przez ilość cytatów które wręcz wchodzą na kolejne cytaty.
Nie było tu porywającej narracji, pięknych figur i haczyków rzucanych czytelnikowi. Był ogrom solidnej pracy i chęć jej rzetelnego przedstawienia. Bez własnej projekcji bohaterki, bez narzucania odbioru, oddanie jej czytelnikowi do wyciagnięcia własnych wniosków. Bardzo podszedł mi pomysł na skonstruowanie tego tekstu w oparciu o cytaty, co zarysowało nastrój i atmosferę Warszawy w trakcie skandalu, ale nie uczyniło z tego paszkwilu czy sztuki teatralnej. Doceniam, że nie wyciągano tu i nadmiernie nie omawiano wszystkich zasług i zalet Zofii Sadowskiej, nie było próby tworzenia jej mitologii, czynienia z niej zapomnianej bohaterki. Dzięki temu nie dostajemy wypchanej biografii, tylko reportaż historyczny, skoncentrowany na konkretnym aspekcie jej życia i poprzez ten pryzmat wyłuszczający kontekst społeczno-obyczajowy całej epoki. Sposób pojawiania się nienormatywności w przestrzeni publicznej był momentami fascynujący, a uświadomienie jak niedaleko przez 100 lat udało nam się w tym myśleniu ewoluować przygnębiające. Do tego rola prasy, jej funkcja opiniotwórcza, żądza sensacji, etyka dziennikarska lub jej brak, nadal są tematami aktualnymi, a mechanizmy postępowania nie zmieniły się, dziś tylko dzięki pojawieniu się internetu mogą działać na większą skalę. No i pozytywny mimo wszystko wydźwięk historii doktor Sadowskiej, w skrócie: wszystko ***** i się nie dać! Ja to kupuję. Ale jest też druga strona medalu - chociaż ona o siebie walczyła, historia z niej zrezygnowała. Osoby nadmiernie się wyróżniające nie są dobrym materiałem na reprezentantów narodu i nie zmieniło się to do dziś. Cieszę się, że ktoś się o nie upomina.
Osobliwie niskie oceny na portalu lubimyczytac.pl tego reportażu historycznego o interesującej, niezależnej kobiecie wyprzedzającej swoje czasy są - smutnym zjawiskiem naszych czasów. Po przeczytaniu paru negatywnych opinii nie mam wątpliwości, że oceny są wystawiane przez trolli, którzy nie znoszą osoby autora albo myślą, że można napisać pozytywnie o przedstawicielu mniejszości seksualnych; część z nich z pewnością książki nie przeczytała. W takich chwilach mam wrażenie, że niektórzy rodacy przechylają się na tę stronę dalszą od cywilizacji zachodniej, bo jak w "Tabula rasa" pisze Pinker (choć wydarzenia ostatnich lat w USA trochę temu zadają kłam, jak wszystkim ładnym uogólnieniom) - "Od tamtej pory [eugeniki, ideologii niższych ras itd.] przeszliśmy długą drogę. [...] We współczesnej Ameryce, Wielkiej Brytanii czy w innych państwach Europy Zachodniej żadna szanowana osoba publiczna nie może bezkarnie obrażać kobiet ani posługiwać się w swych wypowiedziach ubliżającymi stereotypami przedstawicieli innych ras czy grup etnicznych. Ludzie wykształceni starają się być świadomi swoich ukrytych uprzedzeń i konfrontować je z faktami oraz z odczuciami innych." Ech. A ja odczytałam tę książkę nie do końca jako biografię ani nawet reportaż o samej pannie doktór Sadowskiej, choć oczywiście zajmuje ona w niej główne miejsce. To raczej reportaż o mentalności międzywojennej Polski, o prasie brukowej i postrzeganiu mniejszości seksualnych, które dzięki skandalowi wzbudzonemu przez zawistników i procesom o zniesławienie wytaczanym przez Sadowską weszły do świadomości publicznej. A przy okazji można się w "Pannie doktór Sadowskiej" zapoznać z dziejami polskich organizacji feministycznych, bo Sadowska od 17 roku życia, jeszcze na studiach w Rosji, działała w takich bardzo aktywnie. Niezwykłe, że tak zupełnie o niej zapomniano po II wojnie światowej, i to mimo jej poświęcenia pacjentom nie tylko w czasach pokoju, ale i podczas I i II wojny światowej. Świetna, niezależna, dumna kobieta. Sam styl prowadzenia reportażu bardzo mi przypadł do gustu - suche fakty w pierwszych 50-60 stronach, które niektórym czytelnikom przeszkadzają, mnie bardzo odpowiadają, podobnie jak reportażowo-cytatowa część poświęcona procesom, też skupiająca się na konkretach. Tyle dziś tych biografii i książek historycznych, które spekulują, co na śniadanie jadł ich bohater, a co mu się marzyło o poranku, gdy spacerował po Patriarszych Prudach - przesyt, przesyt, mociumpanie. Trzymanie się faktów bez wymyślonych ozdobników, relacje osób trzecich i barwne cytaty z prasy lat 20. - ten biografio-reportaż historyczny był dla mnie powiewem świeżości.
Rozczarowująca książka, w której dominuje "cytoza". Temat miał duży potencjał, mimo to książka okazała się nudna, wikipedyczna. Pisząc tak słabą książkę Szot podważył tylko swoją wiarygodność jako recenzenta - niezrealizowanego autora, który obsmarowuje konkurencyjne wydawnictwo.
Materiał na książkę doskonały. Doceniam ogrom przygotowań i pracy włożnej w szuknie źródeł, ale same źródła reportażu nie tworzą. Z czystej przyzwoitości przebrnęłam do końca. Rozczarowanie.
Przez pierwsze 80 stron się czułam jakbym czytała wikipedie i przez większość ksiazki nie wiadomo czy autor pokazuje Sadowską w dobry czy złym świetle. Temat interesujący ale wykonanie mi się nie podobało
Literacko jest to przerażający potworek. Ogromnie szkoda zmarnowanego tematu na świetny reportaż. Żałuję, że książki tej nie napisał Tomasik, Bałuk albo Ryziński. Autorowi wydawało się, że stworzy reportaż przepisując setki cytatów z akt sądowych. W dodatku jest to zrobione w stylu jakiejś pracy magisterskiej. Tekst ten nie ma żadnej sensownej formy - zwróciło na to uwagę wielu recenzentów - choćby Darska. Zastanawiające jest, że kilka ważnych postaci z kultury próbowało te książkę na siłę przepchnąć. Po co? Szot próbuje na siłę znaleźć jakieś swoje miejsce w polskiej literaturze czy szerzej - w kulturze. Z komiksów wyszła błazenada, z "krytyka literackiego" - paskudny, przekraczający wszelkie granice przyzwoitości i obiektywizmu hejter literacki, z pisarza - pseudoliterat. Próbuje udowodnić światu, że zna się na wszystkim (o zgrozo pisuje nawet o poezji) - z jakim skutkiem sami widzimy...
lekarka, działaczka społeczna, bohaterka jednego z najgłośniejszych skandali obyczajowych międzywojennej Warszawy - idealny temat dla reportażu, a jednak autorowi udało się zrobić bardzo nużąca literaturę cytowania źródeł. Przez to, tak naprawdę czujemy się jakbyśmy czytali Wikipedię, a nie książkę.
Instytut reportażu ewidentnie ma za małe wymaganie co do reportażu, a ja mam nadzieję, że ktoś faktycznie przedstawi Sadowską w formie, która pozwoli ją poznać i sprawi, że zapadnie nam w pamięć.
Za to muszę pochwalić autora w jego umiejętności kronikarza, materiały zebrane są imponujące, tylko nad sztuką pisania trzeba popracować
Zofia Sadowska była postacią niewątpliwie ekscentryczną, kobietą niezwykle odważną, mądrą i bezkompromisową. Urodzona na końcu XIX wieku wyprzedzała swoje czasy - była pierwszą lekarką z doktoratem uzyskanym na uniwersytecie w St. Petersburgu, działaczką feministyczną i polityczną, pasjonatką motoryzacji, aktywistką i wreszcie lesbijką. Dodatkowo nie była osobą o łatwym charakterze - potrafiła walczyć o swoje i na pewno nie wpisywała się w kobiece kanony.
Warto chyba zaznaczyć, że o istnieniu takiej osoby jak pani doktor Zofia Sadowska pierwszy raz dowiedziałam się widząc ów książkę na półce miejskiej biblioteki. Specyficzna oprawa serii reporterskiej, kojarzonej przeze mnie głównie przez "27 śmierci Toby'ego Obeda" przyciągnęła, nie będę kłamać. Opis zapowiadanej historii przyciągał nawet bardziej, więc ślepo wskoczyłam w lekturę.
Czytając liczne recenzje - głównie negatywne - "Panny doktór Sadowskiej" zgadzałam się z zarzucanymi autorowi (z braku lepszego słowa nazwijmy to) błędami. Ale żem uparty osioł, to czytałam, żeby zobaczyć jak sama odbiorę tę kuriozalną dość biografię.
Chyba największą ujmą na tym tytule jest jego forma, a mianowicie przesyt cytatami. Nie pojedynczymi zdaniami, a częstokroć zalewaniem czytelnika całymi akapitami wycinków z gazet, wspomnień czy artykułów. Na dwóch stronach bywały one zgromadzone liczniej niż ilość ludzi w komunikacji miejskiej w godzinach szczytu. Tylko tu wypada zadać sobie pytanie czy to wada.
Specem w dziedzinie nie jestem, ale uważam, że wykreowanie reportażu o postaci żyjącej przed setką laty nigdy nie będzie równe wykreowaniu tego samego reportażu z osobą, z którą w chwili pisania można przeprowadzić wywiad na żywo. Więc nie dziwię się autorowi, że wykorzystał każdy skrawek wzmianki (których, o dziwo, i tak jest mało), by jakkolwiek odmalować nie tylko porter Zofii Sadowskiej, ale i międzywojennej Warszawy bez perspektywy okołowojennej. Światło na wiele decyzji rzuca ostatni rozdział książki, Prywatne Śledztwo, w którym Wojciech Szot objawia się jako on sam i opowiada o procesie twórczym. I uważam, że to bardzo ważny rozdział w kontekście całej lektury, bo wiele wyjaśnia, choć wielu się ze mną w tej kwestii nie zgodzi.
Bo o doktór Sadowskiej nie mówiło się jako o Zofii Sadowskiej. Nie pamiętało się o niej (tu można postawić kropkę i cały ten akapit miałby tyle samo sensu, ale ciii) jako o doktorce, ani jako o automobilisce, ani też jako o córce Stanisława i Marii. Zofia Sadowska była tylko i wyłącznie tą Sadowską, o której wypisywali się wszyscy warszawscy satyryści, o której plotkowały brukowce, byleby jeszcze bardziej ją, chyba, oczernić. Nieważne były jej studia i słowa, ta Sadowska jest tylko od rozprawy sądowej i lesbijskiego skandalu. I to niesamowicie widać w przytoczonych przez autora fragmentach gazet, cytatach z wierszy, ilustracjach i prawie każdemu źródłu zewnętrznemu. Więc argument, że jest ich za dużo, a za mało samej Sadowskiej, trochę sam sobie dołek kopie - bo skąd inąd czerpać te informacje? Odprawić rytuał nekromancki?
Paradoksalnie reportaż o Sadowskiej wpada w ten sam dołek - nie pisze o Sadowskiej, tylko bardziej o efekcie Sadowskiej. Ale znów, inaczej się chyba nie dało.
Niemniej nie chciałabym mówić, że to reportaż idealny. Że wszyscy są w błędzie, chociaż niektórzy i tak podchodzili do lektury nieco zbyt zamknięci. Warto na pewno sięgnąć po doktór Sadowską, by zobaczyć, że osoby LGBT+ to nie jest wymysł nowoczesności, tak samo jak homofobia czy transfobia. Że wiele podejść się nie zmieniło, a wiele głów się nie otwarło, i "nowe ale nie tak nowe" dalej można traktować z pogardą, no bo przecież to zabawne, zniszczyć czyjeś życie, na jego kanwie tworząc dziwne i krzywdzące stereotypy.
Forma mimo wszystko pozostaje dość dużą przeszkodą. Bo po lekturze jestem skołowana, i to dogłębnie, nie wiem, czy bardziej podobała mi się książka, czy euforia ze znalezienia polskiego reportażu o tych tematach. Nie wiem, czy w kategorii dobry kawał roboty to jest dobry kawał roboty, wykluczając oczywiście research, bo jest on porządny. Decyduje się na ocenę trzech gwiazdek, bo jest ona w połowie danej tu skali, tak samo jak moje odczucia.
Na pewno wielu się od tej książki odbije, oczekując odkrycia wielu enigm, które doktór Zofię Sadowską owijają. Odbiją się i Ci, którzy czekają na dogłębny porter jej osoby czy całkowite skupienie na niej. Ale jeśli komuś nie przeszkadza forma podręcznikowa, czy może czasem encyklopedyczna, jest ciekaw, jak spojrzenie na osoby LGBT+ dawniej wyglądało, jak balansowało na granicy potępianego grzechu i nieco dziwnego, acz okołonaukowego próbowania opisania ich, to można sięgnąć. Z otwartą głową na pewno się coś z lektury wyciągnie.
Studia medyczne w Petersburgu skończyła jako pierwsza Polka z tytułem doktora. W wolnej Polsce angażowała się w walkę o prawa wyborcze kobiet. Ale pamięć o niej jako lekarce i działaczce nie przetrwała. Natomiast w latach 1920-ych warszawskie brukowce i ich krajowe mutacje rozprzestrzeniały jej wizerunek lesbijki deprawującej pacjentki. Procesując się z gazetami doktor Zofia Sadowska nie zaprzeczała swojej orientacji, jednak stanowczo odrzucała zarzuty wykorzystywania swojej praktyki lekarskiej, organizowania seksualnych orgii i stosowania przymusu.
Dziesięć lat pracował Wojciech Szot nad książką, przestudiował całą dostępną prasę i mocno niekompletne akta sądowe. Procesy toczyły się przy drzwiach zamkniętych, ale jak to zwykle w podobnych sytuacjach bywa, oskarżani przez Sadowską pismacy, bazując na trudnych do sprawdzenia przeciekach, z łatwością odwracali kota ogonem. A żądna sensacji opinia publiczna, podgrzewana przez rozmaitej maści ekspertów i prześmiewców, dopiero mogła sobie poużywać. Nawet, kiedy wyroki sądowe przyznawały rację Sadowskiej.
Widowisko ciekawe, pouczające, choć jednocześnie dziwnie znajome, niewiele się przecież jako społeczeństwo zmieniliśmy. No, może z jednym wyjątkiem, sto lat temu wpływ na kształtowanie opinii publicznej obok Kościoła i typowych bulwarówek miały też szeroko kolportowane pisma satyryczne. Przy czym autorom niektórych zamieszczonych w nich homofobicznych tekstów trudno jest odmówić iście literackiego zacięcia. Co doskonale wykorzystuje mój ulubiony lektor audiobooków, Filip Kosior, interpretujący książkę Wojciecha Szota. Polecam.
Niezwykła kobieta, a zapomniana przez historię. Wojciech Szot, bardzo ceniony przeze mnie człowiek literatury, wyciąga postać doktor Sadowskiej z odmętów zapomnienia i przedstawia ją w bardzo dobrze napisanym reportażu historycznym. Bardzo dużo pracy i skrupulatności zostało włożone, aby opisać historię silnej, niezależnej kobiety, która w walce o dobre imię, zasłużyła sobie niewątpliwie na miejsce w historii kobiet międzywojnia. Lekarka z doktoratem, automobilistka, przedsiębiorczyni, emancypatka oraz lesbijka. Jej seksualność wywołała bardzo wiele emocji w Warszawie, byla przedmiotem drwin, skandalu, oburzenia. Podczas czytania fragmentów gazet, umieszczonych w książce, zastanawiałam się, jak ta kobieta nie dała się zniszczyć przez brukowce, jak nie dała sobie odebrać godności. Ogromna siła i wola walki o dobre imię - to odczuwałam podczas lektury. Nie bała się być sobą. Mimo upływu ponad 100 lat, opinie dotyczące osób LGBT, rządzące Warszawą w latach 20., wciąż pozostają aktualne w wieku środowiskach naszego kraju. Dziś Zofia Sadowska mogłaby co prawda głośniej krzyczeć w walce o swoje prawa, na pewno też nie była w tej walce osamotniona. Pozostaje symbolem tej właśnie walki na miarę swoich czasów. Cieszę się bardzo, że powstała książka o niej.
Jedna z ważnych postaci zapisanych na kartach polskiej historii – niestety poprzez swoją orientację często pomijana, oskarżana i zapomniana. Polska obecnie niewiele odbiega od Polski ubiegłego wieku. Te same zaściankowe, zacofane tezy i twierdzenia. Taka sama krótkowzroczność i prześladowanie osób LGBT. Ciemny naród potrzebuje oświecenia. Poszerzenia horyzontów myślowych. Mądrego przewodnika.
Chciałem bardzo przeczytać tę książkę, ale (jak inne osoby wypunktowały) ilość cytatów przekracza to, co pisze sam autor. Może jako wybór to działa, ale nie jako reportaż.
Książka rozwija się ciekawie - szczególnie ze zaczęłam ją bez przyglądania się okładce a dodatkowo bez czytania żadnych recenzji - i byłam zachwycona! Taka historia, tyle szczegółów! Szkoda jedynie ze nie rozwija się dalej a brnie w szczegóły. I już już kiedy się myśli ze pójdziemy w historii dalej otrzymujemy kolejne streszczenia procesów lub cytaty z kolejnych gazet. Ale więcej takich śledztw! Więcej trzeba!
Sam temat jest niezwykle ciekawy, jednak reportaż ma trochę problemy z dostosowaniem tempa. Chwilami tekst ciągnie się i brnie się przez niego z pewną trudnością; w innych lektura przychodzi łatwiej. Fragmenty dotyczące samego procesu, jak i przedstawienia go w prasie, były chyba najciekawsze i czytało się je najprzyjemniej. Pozycja daje ciekawy wgląd w standardy epoki w której przyszło żyć Sadowskiej, jednak aby ją dokończyć potrzeba być zdeterminowanym.
Nie wiem czy to biografia dobrze lub źle napisana, ale jest to na pewno książka potrzebna, o osobie, która walczyła z normami społecznymi, wyprzedzała swoją epokę, stawała w kontrze do patriarchatu. Inspirującą i niestety zapomniana postać.