W Polsce, w której wysokie czynsze, niskopłatna posada w bankomacie, gadające ptaki, uchodźcy z krajów Beneluksu oraz psy upijające się w tawernach są na porządku dziennym, dziewczyna o refleksyjnej naturze mierzy się z wejściem w dorosłość. Czy wyjdzie z tego cało? Czy chomik-jasnowidz poda jej pomocną łapkę? I kto w rzeczywistości czyta wasze CV oraz czy czasem warto trochę nazmyślać?
“Dropie” sprawiały mi momentami dziką radość dzięki niezwykłej wręcz wyobraźni autorki, która groteskowe, surrealistyczne historie potrafiła zamienić w gorzką opowieść o współczesnym świecie. Bo czy można pracować jako drukarka w bankomacie lub mieszkać w kiosku dzieląc go z podejrzanym przyjacielem? Można. Bo czy można pojechać nad morze tak, by z miejsca pobytu jechać na plażę trzy godziny? Mozna. U Suszczyńskiej wiele można, bo i dzisiejsze warunki, które dumnie się ostatnio nazywa “rynkiem pracownika” to parodia i smutna groteska, a walka o przeżycie kieruje nas czasem do wyborów tak absurdalnych, że jesteśmy jak te chomiki na karuzelach. Oczywiście chomiki, jako ważne doświadczenie pokoleniowe w “Dropiach” znajdziecie. Suszczyńska trochę nie wykańcza tej powieści, jakby zabrakło jej jeszcze umiejętności wyjścia poza atrakcyjne opowiadanie i stworzenie powieści, która się nie rwie. Zbyt często spada tu napięcie, a bohaterowie jednak mogliby mieć pełniejsze charakterystyki. No i trochę porządku by się w tej powieści przydało, ale tu mi się wydaje, że zaczynam zrzędzić. Suszczyńska wygrywa jednak świetnym językiem, humorem, umiejętnością budowania wyrazistych sytuacji, co w surrealistycznej grotesce jest podstawą. I klimatu duchoty, ciasnoty, brudu, jakby z powieści grozy, albo pozytywistycznej nowelki o najbiedniejszych warstwach społecznych. To ciekawa gra konwencjami, szkoda tylko, że brakuje spajającego spoiwa.
Przedziwna była to lektura, trochę próbowałam dogłębnie zrozumieć i dopatrywać się metafor, trochę próbowałam się dobrze bawić, nie wiem co myśleć, daje taktyczne 3 gwiazdy XD
może i zgrabnie napisane, ale trochę dalej nie wiem co jest pięć - no chyba, że podepnę to pod surrealizm jak inni i podbiję ocenkę. goodreads jeśli to czytasz to ta zmiana layoutu to padaka - nie idźcie toooom drogooom
Krótka lektura na jeden wieczór. Czasem zbyt dosłownie, czasem zbyt płytko, czasem zbyt oczywiście, ale w sumie bawiłam się wyśmienicie. I nie potrzebowałam niczego więcej.
Za dużo poziomów abstrakcji. Czułem się jakbym faktycznie nic nie zrozumiał. Chyba za duży próg wejścia dla mnie no i zupełnie nie mój komediowy klimat.
Przykład literatury osobnej, zdecydowanie nie dla każdego.
Jeśli ktoś chce wiedzieć, czego może się spodziewać po prozie Natalki Suszczyńskiej, proponuję przeczytać początek otwierającego ten zbiorek opowiadania pod tytułem: "Oparte na prawdziwej historii":
"Wskutek recesji na rynku nieruchomości zmuszona zostałam podówczas do zamieszkania w psiej budzie. Ogłoszenie znalazłam na Gumtree. Buda znajdowała się na posesji byłych nauczycieli języków Bliskiego Wschodu, starszego małżeństwa, a wynajęta mi została przez ich syna, przedsiębiorczego trzydziestolatka znakomicie odnajdującego się w czasach kryzysu i umiejącego rozsądnie gospodarować majątkiem rodowym. W celu zmniejszenia opłat do niezbyt zawrotnej sumy trzystu pięćdziesięciu złotych miesięcznie (plus media), zgodziłam się na dzielenie budy z siedmioletnim biszkoptowym labradorem nazywającym się Borys Szyc. (....). byłam wówczas zatrudniona w bankomacie na stanowisku kontrolera poprawności kodów PIN. Nie była to prosta praca. Żeby ją wykonywać, musiałam wcześniej zapamiętać miliony PIN-ów zestawionych z numerami kart, a potem jeszcze ich nie mylić".
Gdy traci mieszkanie w budzie, przez jakiś czas błąka się jako bezdomna, aż wreszcie znajduje lokum w wiacie śmietnikowej:
"Jeszcze tego samego wieczoru dowiedziałam się, że ludzie znajdujący się w śmietniku są imigrantami z krajów Beneluksu. Mówili, że tam jest jeszcze gorzej niż tu. Przyjechali do nas z nadzieją na cieplutkie umowy śmieciowe i prace w kebabach. Liczyli, że raz w miesiącu będą wysyłać swoim rodzinom pieniądze i paczki z dobrami z naszych sklepów. Niestety, wszyscy wylądowali w policealnych szkołach mentoringu, vlogingu i unboxingu. Zostały im przyznane niewysokie stypendia socjalne, ale rynek pracy był dla nich zamknięty".
Takie klimaty. Opowiadań jest łącznie pięć, z czego co najmniej trzy były bardzo jajcarskie. Taki, powiedziałbym, wisielczy humor.
Zbiór, mniej lub bardziej groteskowych, opowiadań, zorientowanych na życiu w Polsce późnego (albo i jeszcze późniejszego) kapitalizmu. Tam gdzie autorka odpina wrotki i bawi się tematem jest dobrze, chociaż niewiele tutaj krytycznego spojrzenia, a więcej fanfikowania memów o kolejnych kuriozalnych pomysłach czynszojadów i prywaciarzy.
Nie ma też wiele ponad to, bo bohaterowie są trochę pisani w jednym kluczu - apatyczni, bezwładni, przygnębieni.
Również i sama narracja jest dosyć prosta, co nie jest w żadnym razie wadą, jest to zbiór napisany poprawnie i bezpiecznie, więc może i ciężko się zachwycać, ale przynajmniej nie ma powodów do zażenowania.
Z tego powodu całość tomu oparta jest na wyobraźni autorki i od tego jak bardzo uda się jej kogoś rozbawić/zadziwić swoimi pomysłami. Mnie kupiła na naciągane 3. Im bliżej końca, tym nudniej.
O polskiej rzeczywistości zapisanej w absurdzie snuje opowieść Natalka Suszczyńska w Dropiach - będących jednym z ciekawszych debiutów zeszłego roku i moim wielkim odkryciem tegorocznym.
Stanowią one zbiór pięciu opowiadań, w których cechą wspólną jest anonimowa kobieta występująca w roli narratora. To osoba, którą można utożsamiać z ludźmi, którzy nie potrafią odnaleźć się we współczesnej Polsce. Ma co prawda niskopłatną pracę, ale jest bezdomna. Jej "dom" stanowi psia buda, kiosk wynajmowany wspólnie z pewnym gburem, przyjaciele to domorośli artyści i drobni naciągacze oraz frotrowa skarpetka, czy gadające ptaki. Wszystko jest tu chwilowe, bez perspektywy na małą stabilizację.
Natalka Suszczyńska proponuje prozę na pierwszy rzut oka, dość osobliwą. Z jednej strony mamy do czynienie ze współczesną, "realną" opowieścią, w jednym z opowiadań ma w sobie cechy klasycznej bajki z morałem. Wszystko przybrane w absurd sytuacyjny, groteskę czy satyrę na dzisiejszą Polskę i Polaków zatrudnionych za najniższą krajową, w coraz bardziej dziwacznych pracach na umowach śmieciowych. Z drugiej strony ludzie goniący za sukcesem. Karierą i idącymi z nią w parze pieniędzmi. Niespełnieni artyści bez grosza przy duszy, czy współcześni koczownicy. Galeria indywiduów służąca do pokazania dość przygnębiającego obrazu tzw. Polski "B" bez żadnych perspektyw. Autorka w tych wszystkich historiach prowokuje, wyrywa ze strefy komfortu, kieruje wzrok na to, czego wcale nie ma się ochoty oglądać. Obserwując jej bohaterów nie ważna jest ich przeszłość, środowisko z jakiego się wywodzą, liczy się tylko tu i teraz.
Dropie pełne są melancholii, niepewności jutra, tęsknoty za prawdziwą przyjaźnią i uczucia przynależności do jakieś grupy. To odpowiedź na nasze czasy przepełnione social mediami, chwilówkami i plotkarskimi portalami. To opowiadania, w których akcja płynie powoli, nie spiesznie, pozwalając dzięki temu głębiej zanurzyć się w nich i znaleźć chwilę na głębszą refleksję.
moj pierwszy polski surrealizm i szczerze, nie wiem do konca jak go opisac. sam proces czytania byl przyjemny, i choc pierwsza opowiesc wydawala mi sie troche 'pusta', to z czasem zaczelam bardziej doceniac ta ksiazke. kocham pankracego.
absurd, surrealizm i groteska. pięć gwiazdek może trochę na wyrost, książkę jednak polecam całym sercem. styl autorki jest lekki, przyjemny, dobrze się czyta. jeśli suszczyńska napisze coś jeszcze, na pewno przysiądę i przeczytam. te opowiadania to dobry komentarz dotyczący współczesnego świata, chociaż można czasem odnieść wrażenie, że autorka trochę pisze dla samego pisania, bo brakuje treści. ja osobiście z czymś takim problemów nie mam, jednak wiem, że wielu może to przeszkadzać. nastrój jaki odczuwałam, gdy czytałam dropie, przypominał trochę ten z „opowiadań bizarnych” tokarczuk, co zdecydowanie jest plusem
2.5 Nie można odmówić autorce fajnych pomysłów na prezentację kultury prekariatu, szkoda tylko, że nie umie ich zrealizować, przeprowadzić z należytą dramaturgią. W języku brakuje wyrazistości, bywa szalenie infantylnie (czego można się było spodziewać po "Natalce"). Czasem przypominały mi się Pustostany, ale Dorocie Kotas debiut udał się lepiej, zarysowany przez nią świat jest nieco barwniejszy, bardziej przekonujący, a narratorka zbudowana o wiele bardziej świadomie. Niemniej myślę że coś jeszcze może z tego być. Zobaczymy.
This book appears to have been written by an art major with a drinking problem. While it attempts to be cool and inventive, it ultimately falls flat. The writing is skilled, for the most part, but the content is vapid and pointless. By the time I blitzed a quarter of the way through, I was frustrated knowing I still had hours of tedium ahead of me. Dropie is like a joke that goes on for far too long.
Takie sobie. Krótkie i bezboleśnie wchodzi, ale jednocześnie dość bezzębne jak na coś traktującego o istotnych współczesnych problemach. Mocno surrealistyczny świat przedstawiony dodatkowo zwiększa poczucie asekuranctwa.
Odjechane, ale napisane całkiem zgrabnie. Przesłanie jest nie do końca jasne, bo niektóre miniatury to trochę sztuka dla sztuki. Chyba taki mamy klimat.
To kilka opowiadań. Jedne lepsze, drugie gorsze. Osadzone bardziej lub mniej w rzeczywistości, ale mnie zupełnie nie poruszyły, nie dowiedziałam się niczego ciekawego. Zdecydowanie nie czytajcie blurbów. Nie mam pojęcia do jakiej książki je napisano, ale raczej nie do tej 😊 Klimat dla mnie podobny jak w „Pustostanach”, ale „Dropie” są dużo słabsze.
„Tymczasem ja udałam się w sentymentalną podróż po krainie dzieciństwa. Nie znalazłam w niej nic artystycznego, wyłącznie chomiki. Przyszedł mi jednak do głowy pewien pomysł, a kiedy pojawił się Rudolf, wszystko było już gotowe. Otworzyłam nam po piwie. W korytarzu rozłożyłam brystol i z każdej strony obłożyłam go cegłami. Przygotowałam farby plakatowe, „NON TOXIC”, i pędzelek na sznurku. -Mam taki pomysł: maczam pędzel w farbie, przyczepiam sznurek z pędzlem do kuli, do środka daję Leonarda. I on sobie biega i maluje. To taka jakby nasza kolaboracja. -Nie mówi się „kolaboracja”. -Nie lubię pouczania, stary. Przejechałam placami po prętach klatki i z małego drewnianego domku wyłonił się zaspany Leonard. Wybrałam kolor farby – zielony, ulubiony. Ogrodziłam dokładnie brystol, aby chomik nie zamalował całej piwnicy. Wróciliśmy pół godziny później. Dosyć powiedzieć, że efekt nie był powalający. Leonard najwidoczniej nie dorastał do pięt wszystkim artystycznym zwierzakom, o których jest tak głośno: słoniom, które malują trąbami, świnkom tworzącym obrazy za pomocą swoich uzdolnionych racic i ryjków, delfinom trzymającym pędzle w pyszczkach, szopom rozmazującym farbę swoimi małymi stópkami i innym wybitnym psom, szympansom oraz papugom. Potężnie mnie rozczarował ten niewielki, zielony bohomazik w rogu brystolu”. Tamże, s.33-34.
„Trochę po południu wyruszyliśmy znów na miasto. Co i rusz zachodziliśmy do sklepów po kolorowe picia. Byliśmy na wczasach, więc mogliśmy sobie pozwolić na te wszystkie modne napoje w szklanych butelkach, które na co dzień wstydziliśmy się kupować. Byliśmy na wczasach, więc mogliśmy też udać się na burgery z chrupiącym bekonem i na chwilę zawiesić nasz – i tak udawany – wegetarianizm. Byliśmy na wczasach, więc mogliśmy kupić sobie paczkę papierosów. Byliśmy na wczasach, więc zachodziliśmy do wszystkich sklepów, o których wiedzieliśmy, że odprowadzają pieniądze do rajów podatkowych, albo że zatrudniają małe dzieci, by w nieludzkich warunkach szyły dla nich ubrania. Czytaliśmy fragmenty książek, których w domu nigdy nie wzięlibyśmy do rąk. No – sprawdzaliśmy po prostu, co nas ominęło czasie tzw. codzienności. Uważaliśmy, że właśnie z powodu wczasów wszystko to się nam należy”. Tamże, s.76-77.