wraz z szalenie czerwoną okładką najnowszej Pauzy przykleił się do mnie taki nastrój pewności, niezawodności i obietnicy TEJ lektury. Od razu zabrałam się za pierwsze opowiadanie i poczułam znajomą ulgę: no, to Aubert mnie już zabrała do domu.
"Zabierz mnie do domu" to zbiór dziewięciu opowiadań, z których każde stanowi wycinek (nie)zwyczajnego mikroświata. To opowiadania krótkie, ale wyjątkowo dobrze skonstruowane. Nie ma się wrażenia niedopowiedzeń i zdecydowanie nie są to teksty przegadane. Aubert umie w równowagę. O tym, że idealnie odnajduje się w mikropowieściach wiedzieliśmy już po lekturze "Dorosłych", a "Zabierz mnie..." pokazuje, że świetnie odnajduje się również w opowiadaniach. Chyba ta krótka forma pasuje Aubert - ta lakoniczność treści nie przekłada się na lakoniczność wyrazu, bo te opowiadania intensywnie oddziałują na zmysły i dostarczają emocji. Mnie dostarczyły. Banałem byłoby napisać, że są to opowiadania o relacjach międzyludzkich (czy większość tekstów nie jest właśnie o tym??), ale to SĄ opowiadania o ludzkich interakcjach, jak również o interakcjach z samym sobą. Pasuje mi ta esencjonalność prozy Aubert. To, jak precyzyjnie potrafi odnaleźć i zobrazować ludzkie rozżalenie, frustrację, niechęć, oczekiwania, marzenia. Pozornie nic nie znaczące sceny z życia przeciętnych Norwegów - a tak bardzo prawdziwe, tak bardzo znaczące, mówiące tak wiele. Od zawsze uważam, że to właśnie ta "normalna" codzienność stanowi najlepsze źródło literackich inspiracji. W mojej ocenie. Aubert sprawia, że myślę w podobny sposób o swoim życiu. Jaki urywek mojej codzienności mogłaby wybrać i o jakich uczuciach na jego bazie opowiedzieć. Bo Aubert udowadnia, że wielkie historie nie dzieją się tylko z udziałem wielkich ludzi. Wielkie historie dzieją się w nas, obok nas, z nami - każdego dnia naszej wielkiej codzienności.