Ha, trochę trudno mi uwierzyć, że w końcu tu zabrnęłam. Skończyłam Szklany tron – ale to dramatycznie brzmi. Zwłaszcza, że nie raz miałam wrażenie, że to on skończy ze mną. Nie ma niestety na goodreadsie miejsca, w którym mogłabym ocenić tą serię jako całość, także chcąc nie chcąc oberwie się trochę Królestwu Popiołów II, które wcale nie jest najgorszą książką w tej serii.
Jestem tak sfrustrowana po ostatnim miesiącu zmagań, że aż trochę nie wiem, od czego zacząć, a moja notatka ze wszystkimi moimi uwagami liczy sobie pewnie niecałą stronę A4, także może zacznę po kolei.
FABUŁA
Kiedy byłam młodsza i czytałam tą serię po raz pierwszy jakimś dziwnym trafem (i jestem przez to trochę zażenowana sobą) nie zauważyłam, jak bardzo w całym tym pierdolniku nie ma pomysłu na fabułę. I to już nawet pomijając fabuły poszczególnych tomów (imo, najbardziej wymiata Korona w Mroku – jest najbardziej spójna, a akcja jest wartka i w miarę przemyślana. Potem goni ją Wieża Świtu z uroczymi romansami, a dalej wszystko leci na łeb na szyję [aż do położonego kompletnie Imperium Burz]), ta seria jako całość po prostu nie ma sensu.
Jestem w stanie na przestrzeni tych siedmiu tomów (plus nowelki) znaleźć co najmniej pięć różnych zalążków fabuł, które z jakiegoś dziwnego powodu nie zostały rozbite na osobne opowieści, a włożone wszystkie do jednego worka i ułożone losowo z myślą „hej, będzie fajnie!”. I o ile sam zamysł tego wydaje się całkiem spoko, o tyle wykonanie… pozostawia wiele do życzenia. Poszczególne wątki wydają się łączyć tylko dlatego, że autorka tak chce, nie bacząc na to, czy np. nagłe dodawanie powiązań między wcześniej już istniejącymi postaciami ma jakikolwiek sens.
Poszczególne wątki, jak to zazwyczaj bywa, są mniej lub bardziej angażujące lub lepiej czy gorzej napisane. After all, jak patrzę na tą serię wstecz to większość wypada masakrycznie wręcz nudno, bo brakuje tutaj jakiegoś najzwyczajniej w świecie powściągnięcia. Żadna z tych książek nie liczy sobie mniej niż 500 stron, a zdecydowana większość grubo przekracza 800 i absolutnie nie ma powodu, aby tak było. Maas ma tendencję do rozciągania wydarzeń w nieskończoność, co skutkuje strasznym zaburzeniem tempa akcji i problemem z utrzymaniem uwagi na przedstawianych wydarzeniach (a przynajmniej było tak w moim przypadku). Nie bez powodu chyba moim ulubionym tomem jest ten najkrótszy (i najbardziej poukładany), a tym najmniej – najdłuższy (najbardziej rozlazły).
STRUKTURA
Czymś, przez co cała ta seria cierpi najmocniej, jest sposób, w jaki ta marna fabuła została ułożona oraz to, jak została napisana. Maas z wielkim zamiłowaniem stosuje parę takich zabiegów, które imo niszczą tylko to wszystko, co można z tej serii wyciągnąć.
1.Brak żadnych granic
Dla Sary J. Maas w jej świecie nie ma rzeczy niemożliwych. Jak już wspomiałam, z wielką miłością łączy ona ze sobą różne pomysły na fabuły robiąc z tego tak barwną mozaikę, że gubi się w niej jakikolwiek obraz. Składanie ze sobą poszczególnych wątków tej historii wygląda tak, jakby Sarah J. Maas była pięciolatką w basenie pełnym klocków i składała je ze sobą zupełnie losowo, a żaden z jej redaktorów nigdy nie powiedział jej, żeby przestała. Wątki zostają ułożone ze sobą tak, żeby wyglądało to epicko a nie tak, by miało jakikolwiek sens.
Podobna rzecz tyczy się magii – ona nie ma granic, a bohaterowie posiadają dokładnie takie zdolności, jakie im się akurat przydają. Nawet jeżeli kończą im się zasoby magii na dany moment, to chwilę później okaże się, że nie dość, że wcale tak nie jest, to jeszcze przy okazji nauczą się jakiegoś nowego, epickiego skilla.
2.DRAMATYZM
Sensu nie ma też ARCYTURBODRAMATYCZNY sposób, w jaki Maas pisze. Momentami wręcz widać, które fragmenty zostały napisane dokładnie po to, aby je później cytować. Poza tym, to wszystkie wydarzenia, wszystkie myśli i nawet same opisy pisane są w taki sposób, że czytelnik tylko może się dziwić, jakim cudem to wszystko jeszcze nie jebło pod ciężarem własnej zajebistości.
Bitwy i potyczki, których niestety z czasem jest tu tylko więcej, pisane są chyba z większym rozmachem, niż miał to w zwyczaju Tolkien czy jakikolwiek inny klasyczny twórca fantasy. Krew się leje, flaki bluzgają na lewo i prawo, trup ściele się gęsto, a bohaterowie na przestrzeni jednej bitwy przeżywają więcej traum, niż niejeden człowiek przez całe życie. Nie brak też oczywiście dramatycznych wyznań, przemów, aktów odkupienia czy poświęceń.
Co ciekawe, w pewnym momencie dramatyzm Maas zdaje się wypalać, gdyż już pod sam koniec, gdzie w teorii powinno właśnie dziać się najwięcej dramatycznych rzeczy, w niektórych momentach tego dramatyzmu brakuje zupełnie i tak pewna postać ginie na przestrzeni jednego akapitu i gdybym czytała choć trochę mniej uważnie, to nawet bym tego nie zarejestrowała.
3.Sprytne plany
Największą jednak zbrodnią, której Maas dokonała na strukturze tej serii, jest sposób opisywania „sprytnych planów” zarówno samej Aelin, jak i paru innych postaci. Bohaterowie (zwłaszcza Aelin) prawie nigdy nie mówią, co knują, jakie kroki podejmują, by wykonać zadanie, które przed nimi stoi. Nie, bo po co. 90% sprytnych planów staje się wiadome dopiero w momentach, w których zaczynają się spełniać. I to też nie jest tak, że taka Aelin po prostu trzyma fakt, że coś tam planuje w tajemnicy przed resztą ekipy. Nie, ona tego nie zdradza nawet czytelnikowi, przez co w pewnym momencie orientujesz się, że już nic nie wiesz, bo wydarzenia nagle dzieją się z dupy, a ich wytłumaczeniem jest jeden luźny akapit pod tytułem „Bo ja wam nie powiedziałam”.
4.Epatowanie erotyzmem na każdym kroku
Na koniec tego segmentu jeszcze jedna, dość mała rzecz, ale taka, która mi przy czytaniu krew z żył wytaczała. Erotyzm. Po cholerę go tyle wciskać? Po cholerę tyle wspominać, co bohaterowie nie chcieliby ze sobą zrobić? Po cholerę wciskać sceny zbliżeń nawet w środek bitwy o cały świat? Nie mam pojęcia, ale obrzydza mnie to strasznie (sam fakt oraz sposób, w jaki jest to opisywane).
BOHATEROWIE
Yoo, lecimy z ostatnią częścią tego pierdolnika. Ale jakże istotną. Bo, na wszystkich świętych, dawno nie czytałam czegoś, co by miało w sobie tak wielką ilość bohaterów, a przy tym zdecydowana większość z nich tak mocno by mnie irytowała. Serio, nie ma tu postaci, która chociaż raz by mnie nie wkurzyła, a do głównej botaterki, naszej wspaniałej Aelin, czuję nic innego jak po prostu zniesmaczenie i nienawiść.
1.Problematyka Aelin
No właśnie. Aelin. Czy też Celeana, Elentiya, Lilian oraz parę innych imion. Bohaterka o tysiącu imion. Bogini w ludzkiej (czy aby na pewno?) skórze. Najbardziej. Irytująca. Postać. Jaka. Istnieje.
Jestem daleka od tego aby komentować cudze gusta, ale trudno przychodzi mi zrozumienie, dlaczego ktokolwiek jest w stanie lubić ją jako bohaterkę oraz dlaczego co najmniej połowa pozostałych postaci nie rozszarpała jej gardła, gdy miała okazję. Jest wkurzająca, rozwydrzona i rozpieszczona. Ciągle kłamie i zataja przed swoimi bliskimi masę ważnych informacji. Cierpi ewidentnie na kompleks boga i wydaje jej się, że może wszystko, że jest niesamowicie hop do przodu i zawsze ma rację.
Nie ma jej. W większości jej plany i działania są bezsensowne, a ona w kółko strzela fochy bo może.
Maas pisze ją tak, że absolutnie wszystko jej się udaje (nawet kiedy wydaje się, że wcale nie), wszystkie jej sprytne plany zawsze mają pozytywne skutki i w ogóle wszyscy patrzą na nią jak na aniołka w aureoli, którym nie jest.
2.Kult Aelin
No właśnie, Aelin w oczach wszystkich pełni rolę bóstwa, nawet jeśli absolutnie na to nie zasługuje. Wszyscy, nawet ci, którzy początkowo jej nie cierpią, albo powiedzmy uważają ją za albo martwą, albo innego człowieka, i tak prędzej czy później zaczynają traktować ją jak samego Stwórcę.
Mimo tego, że ona tak często ich okłamuje, nie słucha, zataja swoje plany, to wszyscy wciąż traktują ją jako Wybrańca, Obiecaną Królową i w dupie mają to, że z niej żadna królowa, bo przez 10 lat siedziała pod kamieniem i grzała dupę w bogatych domach. Jedyna postać, która ośmiela się wytknąć jej wszystkie wady i podważyć słuszność kultu, jaki się wokół niej tworzy, zostaje sprowadzona do roli antagonisty, którego nie należy słuchać, a końcowo nawet i on zmienia swoją opinię.
3.Reszta wesołej gromadki
Cała reszta bohaterów, poza faktem, że mają zdecydowanie zbyt wysokie mniemanie o Aelin, prezentuje się jako naprawdę spora i zróżnicowana ekipa.
No, tyle że nie do końca.
Mimo, że mamy z końcem tej historii do czynienia z naprawdę ogromną ilością mniej lub bardziej głównych postaci, które pochodzą z dosłownie całego cholernego świata, to wszyscy są opisywani na jedno kopyto.
W książkach Sary J. Maas zasadniczo wszyscy są zawsze bosko piękni. Niezależnie, czy są dobrzy czy źli, młodzi czy starzy, nie spotkałam w tej serii ani jednej postaci, która byłaby brzydka lub chociaż przeciętnej urody.
Wszyscy mężczyźni są tak samo potężnie zbudowani, umięśnieni, każdy z nich jest wysoki i jakby wyciosany w kamieniu.
Każda kobieta jest szczupła, ma pełne kształty, piękną twarz i długie włosy.
Niezależnie od tego, skąd pochodzi dana postać, opis zawsze będzie wyglądać mniej więcej tak samo.
Wszyscy oni oceniani są tylko poprzez ich fizyczność, wszelkie relacje zawiązują się właśnie na tej płaszczyźnie i ja wiem, że dla zdecydowanej większości społeczeństwa wygląd ma duże znaczenie, ale no kurwa mać szanujmy się, ludzie mają też jakieś inne ciekawe cechy czy nawet po prostu inny typ sylwetki.
4.Czy to człowiek czy zwierzę
Pomijając już fakt epatowania fizycznością i cielesnością na każdym etapie, Maas ze swoich bohaterów (zwłaszcza męskich) często robi po prostu zwierzęta. Przysięgam, oni wszyscy ciągle na siebie warczą, gryzą się itp. Wszyscy mężczyźni Sary J. Maas, niezależnie czy ludzcy, czy Fae, są chorobliwie terytorialni i osaczający wobec kobiet. Zdecydowana większość z nich ma problemy z utrzymaniem paska od spodni we właściwym miejscu i część z nich byłaby w stanie zabić swojego przyjaciela/ojca/brata tylko dlatego, że krzywo spojrzał na „ich” kobietę.
Boże, aż nie wierzę, że dobrnęliśmy do końca.
Pewnie te przemyślenia ostatecznie wyszły strasznie nieskładnie, ale po 1. siedziałam nad nimi bez mała dwie godziny, po 2. nie mam ochoty wracać myślami do tego czegoś, co kilka lat temu sprawiło mi tyle przyjemności, a teraz okazało się jedną wielką porażką.
Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba.
Straszna ze mnie trąba. Nie bierzcie ze mnie przykładu.
Jeśli ktokolwiek to doczytał do końca – jestem pod wrażeniem. Dajcie mi znać, upiekę wam ciastko.