Mam mieszane uczucia. Miał być fajny kryminał z wątkiem romantycznym, a trochę nie wyszło ani to, ani to.
Główna bohaterka irytowała mnie nieziemsko. Właściwie jedyne co robiła to tylko piła: wino, koniak, nieważne, aby procenty były. Na dobrą sprawę była na ciągłym rauszu, więc nie dziwne, że miała problemy z rozwiązaniem zagadki kryminalnej. Zresztą jeśli o to chodzi , to oprócz przeczuć, które ciągle miała, nie wykazała się ani odrobiną przenikliwości, pomysłowości, czy chociażby ciekawości, która pchała by ją na właściwe tory.
Chemia między nią, a komisarzem, moim zadaniem nie istniała. W ogóle nie wiadomo skąd wziął się ten ich duet na końcu. Brakowało mi ciętych i zabawnych dialogów, które podsycały by atmosferę między tą dwójką, czy chociażby wodzenia za sobą wzorkiem. Już bardziej na główną bohaterkę nadawała się Ilka, która to często właśnie namawiała Matyldę, żeby zrobiły to, czy tamto, co ciągnęło fabułę do przodu, i miałam wrażenie częściej rozmawiała z Komisarzem niż Matylda.
Do tego ten nieszczęsny styl pisarski. Zdania, myśli urywały się w połowie i ciężko się było odnaleźć w ciągłości fabuły. Najgorszy pod tym względem był początek, ponieważ jesteśmy świeżo wrzuceni w wydarzenia, ale i później nie było lepiej. Pamiętam rozmowę między Matyldą i Ilką, gdzie mówią o kopalniach i nagle któraś pyta "czy zajęłaś mi buty?" - i ty sobie myślisz: co jest? - później bez słowa komentarza gadają nadal o kopalniach i nagle bach zmowu jest pytanie o buty. Ależ to było irytujące.