Zostało mi po tej książce bardzo nieprzyjemne uczucie pustki.
Podeszłam do niej bardzo sceptycznie, ale im dłużej czytałam, tym bardziej się przekonywałam, że jest w niej jakiś rodzaj prawdy. O czym? Trudno powiedzieć, bo że o naszym - ludzi pierwszego świata - kompletnym zapomnieniu się w pracy w korporacjach i o tym jak korporacje zastępują ludziom życie, to nadmierne uproszczenie.
"Człowiek jest w stanie przeżyć wszystko. Ty również. Potrafi cieszyć się jak dziecko. Wszystko da się naprawić odpowiednią dietą i pozytywnymi myślami. Jeśli coś tracę, niebawem to zastąpię czymś innym. Ale nie stracę. Nie tęsknię. Wszystko jest takie samo, bez różnicy".
Całe to śmieszne, absurdalne i cholernie smutne przeświadczenie, że nasza praca jest tak szalenie ważna.* Te komputerki, tekściki, tabelki, zebranka. Szklane wieżowce, kurtuazyjne uśmieszki, wieczne nadgodziny - to wszystko nic.
Przekonanie, że tylko ta praca nad definiuje, że poza nią nie mamy nic prawdziwego, wartego starania, że ten stołek w korporacji to najlepsza rzecz, jaka nam się mogła w życiu trafić. Fałszywe relacje, nieudane związki, nerwice, To wciąż nie to.
Najgorszy jest lęk przed utratą kontroli. Paniczny strach przed niebyciem, paradoksalnie wywołujący niemożność bycia per se. Samotność i pustka, z którą bardzo nie chcemy się konfrontować - praca daje ratunek. Widmo jej utraty to widmo konfrontacji z wielką, czarną dziurą.
"Linia" to ciekawa książka z literatury środka, która napisana jest całkiem dobrze, czyta się ją szybko, wywołuje efekt jaki miała wywołać. Frapująca, bo inspirująca to nie jest odpowiednie słowo.
"Dozorca kończy. Dział supportu kończy. Tylko jedno się nie kończy. Biuro".