W Żywopłotach poznajemy losy tzw. zwykłych ludzi, bohaterów szarych, z założenia niczym się niewyróżniających i przez to niezwykle ciekawych. Tematy takie jak wspomnienia nastoletnich wakacji spędzonych z przypadkową koleżanką lub urządzanie pierwszego własnego mieszkania są dla autorki pretekstem do wyrażenia prawdy o ludzkim losie, sensie istnienia, przeznaczeniu, pamięci, a przede wszystkim: miłości i śmierci. Kameralne, nastrojowe opowiadania przenika ton spokojnej, błyskotliwej refleksji nad przemianami ludzkiej osobowości i uczuciowością.
Przy gotowaniu ogórkowej, nie powiem, sprawdza się nieźle (słuchałam audiobooka). Poza tym wątpliwym komplementem, ten debiut nie wyróżnia się niczym. Warstwa językowa jest przyzwoita, ale nic poza tym. Treść jest tak miałka, że jedyne co utkwiło mi w pamięci to próba odratowania uwiędłych kwiatków w jednym z pierwszych opowiadań (ze wskazaniem rozdziału miałabym problem). Jedynie narracyjnie coś się tu dzieje, bo narratorami są mężczyźni, a za nimi stoi przecież autorka. Tylko że to nie wystarcza, bo co w tym wyjątkowego?
"(...) śmierć polega na braku, a nie na istnieniu ciała". Aha, rzeczywiście. Może gdyby była mowa o kremacji, ale nie przy pochówku...
Liczyłam na to, że będzie to jedna opowieść, bo bardzo wciągnęłam się w historię z pierwszego opowiadania. Ogólnie lubię krótką formę, niestety w tym przypadku, jak tylko zanurzyłam się w świat przedstawiony, byłam z niego brutalnie wyrywana. Może to kwestia mojego złego nastawienia, ale finalnie podobało mi się głównie opowiadanie z sadystyczną dziewczynką i to z miłośnikiem roślin.
„Żywopłoty” Marii Karpińskiej to zbiór 8 opowiadań (7+prolog) o zwyczajnym życiu. Opowieść zaczyna się w latach nastych, gdy rodzice wysyłają chłopca na wakacje, w czasie których poznaje dziewczynkę Anielkę. Potem przechodzimy przez pracę w palmiarni, zimowy ogród sąsiada, pracę na rusztowaniu, zeznania na policji, aż po szpital i szykowanie grobu dla swojego psa.
Po „Żywopłoty” sięgnęłam zachęcona opinią @basiaprime i krótkim czasem trwania audiobooka (niecałe 4h). Stwierdziłam, że nawet jak mi się nie spodoba, to chociaż nie zmarnuję dużo czasu. Czasu nie zmarnowałam, a niektóre opowiadania przeczytałam dwa razy. Zachwycił mnie ten krótki i nieoczywisty zbiór opowiadań, z pozoru oderwanymi od siebie historiami, które łączą się w całość, tworząc jednocześnie coś zwyczajnego i unikatowego.
Napisany prostym językiem, mówiący o przyziemnych sprawach, traktujący o życiu prostych ludzi. Każde opowiadanie mnie czymś do siebie przyciągnęło i utrzymało moje zainteresowanie na dłużej. Mam ochotę kupić tę książkę, postawić na półkę i wracać do tych historii wiele razy. Do wielkiego bernardyna chodzącego codziennie dokładnie 8 okrążeń dookoła domu, do chłopaka malującego grafitem kamienie czy też do mężczyzny opowiadającego zmyślone historie o ogrodzie sąsiadów. Polubiłam tych bohaterów i ich historię.
Fajnie tak czasem sięgnąć po coś nieoczywistego i odkryć prawdziwą perełkę, której każde słowo do ciebie trafia. Bardzo polecam!
l„Kiedy Helena spytała swoim zwykłym, obojętnym, choć uprzejmym tonem: „Co słychać w pracy?”, powiedziałem: „nic” trochę zbyt gorliwie, zanim jeszcze „w pracy” wybrzmiało do końca. To musiał być początek, ostatni ułamek sekundy, kiedy można się jeszcze było wycofać. Zdrada - zbyt duże słowo, by użyć go w tej historii, zaczyna się właśnie w taki sposób, takim "nic", które w ciągu paru dni, tygodni, miesięcy, urośnie do rangi wszystkiego." l
4+/5. Och, jak ja uwielbiam takie debiuty polskich autorów! Po lekturze tej pozycji nasuwa mi się tylko jedno pytanie - dlaczego ja tak rzadko sięgam po zbiór opowiadań?! Otóż, "Żywopłoty" to debiut młodej polskiej pisarki Marii Karpińskiej, a do zrecenzowania jej debiutanckiego tytułu zaintrygował mnie opis od samego wydawcy. I od razu Wam powiem, że śmiało możecie sięgnąć po tę krótką formę narracji, bo Maria Karpińska stworzyła bardzo plastyczne, ale do bólu rzeczywiste i realne mikrohistorie, obok których nie da się przejść obojętnie.
Osobiście w "Żywopłotach" odnalazłem nagromadzenie różnorodnych uczuć i emocji. Mamy tutaj z jednej strony losy jednego bohatera, poznajemy pewnego człowieka od jego narodzin, aż po moment odejścia i śmierci. Jednakże każde z tych opowiadań można również czytać jako oddzielną historię, a każda ta mikrohistoria urzeka swoją prostotą, przekazem i plastycznością. "Żywopłoty" to przede wszystkim samotność wśród tłumu, to poszukiwanie swojego azylu, miejsca na Ziemi. To również normalna szara rzeczywistość, proste czynności wykonywane każdego dnia w znany nam ten sam sposób i z tą samą monotonią.
To co niesamowicie mi się podobało, to ukazanie przez autorkę motywu czasu i przemijania na kartach swoich opowiadań. Sam podczas lektury dawkowałem sobie kolejne sceny i wydarzenia, gdyż bardzo często przed oczami przemykały mi wspomnienia z mojego dzieciństwa oraz własnej przeszłości. Natomiast sceny i wydarzenia w mieszkaniu Judyty w rozdziale "lata 20" skradły moje literackie serce! Z czystym sumieniem polecam Wam ten zbiór opowiadań , a sam czekam z niecierpliwością na dalsze książki Marii Karpińskiej.
Jest tu trochę dobrych fragmentów i ciekawych pomysłów, ale to jednak za mało. Głównie się nudziłam. Miałam wrażenie, że opowiadania zaczynają się interesująco, a potem... jakoś rozłażą. Czuć, że to debiut.
Sama nie wiem na ile chcę ocenić te pozycję, więc zostawię bez oceny. Myślę, że chciałabym jeszcze kiedyś wrócić do tych historii i niektóre z rozdziałów zrozumieć lepiej. Trochę się gubiłam. Jednak ujął mnie przekaz ostatniej części. A audiobooka słuchało mi się bardzo przyjemnie!
Oceniam tę książkę na jedną gwiazdkę. Nie dlatego, że jest jakaś zła, szkodliwa, beznadziejna czy autorka nie potrafi pisać. Ocena wynika z tego, że jestem świeżo po lekturze i jakby mnie ktoś zapytał o czym to było to ja autentycznie nie wiem. Dla mnie to jest to pisanie o niczym dla samego napisania. Nie odradzam, bo nie zauważyłam nic negatywnego, ale i nie polecam, bo nie będę polecać czegoś czego nie rozumiem.
3,25/5 końcówka mnie wzruszyła i za to dałam 0,25 więcej 😭😭 to po prostu nie jest moja książka, ale jest dobrze napisana! no i dosłownie jest o tym, że życie to życie i są traumy, śmierć i jest czasem trudno?🤨 (może za dużo hejtera w sobie miałam czytając)
Ciekawy debiut. Życie jako nieustająca narracja o pozornie zwykłych wydarzeniach, które jednak mają swoją siłę i treść, i wagę. Przypominało mi się "Całe życie Sabiny", trochę "Ciche wody".
Siedem opowiadań (plus prolog), w których bohaterami są mężczyźni, ale wykreowani przez kobietę. Sporo emocji, które zmieniają się z dekady na dekadę w rytm kolejnych opowieści. I to nie jest historia jednego bohatera, ale mogłaby nią być 😉
Poszczególne losy dotyczą zwykłych ludzi. Ich codzienność nie jest czymś wyróżniającym się. Nie są to mężczyźni niezwykli czy też wyjątkowi. Ale ta prostota ich życia nabiera sensu, gdy są oplatane językiem autorki.
Mamy tutaj sporo relacji z kobietami, a także relacji ze śmiercią. Wszystko w rytmie dorastania i dojrzewania - bohater z rozdziału na rozdział starzeje się i ma inne pokusy, myśli i samotności. I często jest z boku otaczającej go rzeczywistości.
Te opowiadania są niczym akty teatralne - świetna podstawa do rozbudowania na sztukę teatralną, a z drugiej strony - świetny pomysł, by całość opowiadania uchwycić w jednym zdjęciu.
Tytułowy żywopłot może być wyznacznikiem granicy obserwacji - co się dzieje u sąsiada.
Mimo że nie przepadam za opowiadaniami, to tym razem dałam się skusić i nie żałuję. Może dlatego, że przypominały mi długie ujęcia filmowe 😉
Krótkie formy, ale przepełnione treścią. Udany debiut. Warto przeczytać.
Ciekawe ujęcie motywu przemijania. Nasunęła mi się w pewnym momencie myśl, że wszystko co czytam to jakiś sztafaż bez motywu przewodniego. Tym natomiast jest właśnie żywopłot - statyczny, pragmatyczy, acz żywy. Choroba i śmierć czasem ukryta pod warstwą codziennych przedmiotów i scenek rodzajowych, czasem wyłaniająca się z nich w pełnej okazałości. Wyczytać można w "Żywopłotach" dużo egzystencjalnej dramaturgii. ~ "Prosta linia wyznaczająca życie matki była stała, równa, a jej początek niknął pośród strzępków jej rzadko snutych wspomnień i jego domysłów, dlatego wydawało się, że w lewą stronę jest nieskończona. Sens miało więc założenie, że i w prawo nie będzie miała końca. Tymczasem matka okazała się nie prostą, ale odcinkiem, którego koniec zaznaczony jest wyraźną kreską i starannie opatrzony datą i godziną." (rozdział Lata 60.) ~ Ciekawym zabiegiem jest nazwanie rozdziałów tak, jak gdyby były osią czasu, przy konstrukcji podmiotu lirycznego sugerującej, że są to różni mężczyźni w każdym z nich. Duże pole do interpretacji, wskazujące czy to na uniwersalność ludzkiego doświadczenia czy może - zawodność ludzkiej pamięci?
"Żywopłoty" Marii Karpińskiej to zbiór z pozoru prostych opowiadań traktujących między wierszami o tym, co najważniejsze. Czytelnik nie znajdzie tu wyszukanego stylu i kompozycji. Każde opowiadanie w swej prostocie ukazuje w błyskotliwy sposób uniwersalne, trudne i czasem paradoksalne prawdy o życiu. Właśnie dzięki tej prostocie książka ta trafiła do mojego serca z impetem. Polecam.
Maria Karpińska zalicza zbiorem opowiadań "Żywopłoty" bardzo udany debiut. Zaskakująco dojrzały, jak na pierwszą książkę.
Te kilka krótkich tekstów łączy, poniekąd, osoba narratora - choć to nie jest ten sam mężczyzna, choć to osobne historie, narrator jest tu dosyć konsekwentny, jakbyśmy czytali wspomnienia tej samej osoby, na różnych etapach życia. Same historie z kolei przywodzą mi na myśl prozę Jakuba Małeckiego - podobna "zwykła niezwykłość", taki "realizm magiczny", ale bez elementów nadprzyrodzonych, te historie zwykłych żyć opowiadane niczym baśnie. Tam jednak, gdzie u Małeckiego jest melancholia, u Karpińskiej dostajemy lekkość i humor, przewrotność. W tym objawia się wspomniana "dojrzałość" u debiutantki - autorka snuje narrację z wielką swobodą, bardzo naturalnie, niezwykle subtelnie też operuje komizmem.
Polecę więc wam tę książkę. Nawet polecę gorąco - ma niezaprzeczalny urok, ta lekkość daje pewien oddech, którego chyba każdy z nas teraz potrzebuje; nazwę to eskapizmem, ale takim wciąż - paradoksalnie - trzymającym się naszej codziennej rzeczywistości
To jest jedna z tych książek, której się nie da ocenić. O której nie wiem co napisać. Zachwyciła mnie pięknymi słowami, pięknym spojrzeniem na świat, na ludzi, ale chyba będę musiała do niej jeszcze raz wrócić, by odszukać baśń, o której mówi opis. Jedno mogę powiedzieć - poruszyła dawno zapomniane skrawki mojej wyobraźni i mimo, że nie złapała za serce, tak jak sobie wyobrażałam to będzie jedną z ważniejszych książek w moim życiu.