W pustostanach na Grochowie wiele się dzieje: ktoś odbiera korespondencję, opiekuje się roślinami, zostawia jedzenie na stole. Po śmierci trwa życie – jakby nikt nie umarł, tylko na chwilę wyszedł po zakupy na bazar. Śmierć jest bezpieczna i wydarza się mimochodem. W rzeczywistości na wpół magicznej jest też miejsce na lęk, samotność, trudności adaptacyjne, czułość i poczucie humoru.
„Pustostany” to surrealistyczna historia o mieszkaniu w starym domu w Warszawie – strasznie dziwnym mieście.
To taki dość szalony, trochę wsobny, pełen dziwnych prawie-przygód (w których często nie dzieje się wiele, ale nadal są przygodowe) przelot po kilku dniach czy wydarzeniach, wizjach z życia dziewczyny, która kontempluje i kontestuje czas, to jak się żyć powinno, robi zupę, czyści uszy, donasza ubrania po zmarłych, nasłuchuje domu, który ma swoje życie, próbuje handlować na bazarku, ale lepiej jej wychodzi na OLX, cały czas jest pytana dlaczego ścięła włosy - codzienne sprawy, tylko inaczej: zza zamglonej absurdem, może wyobcowaniem, trochę dziwacznością szyby. Żyje pomiędzy, na granicy chcenia kariery pisarskiej a leżeniem w łóżku, słuchaniem jak kapie woda i cieszenia się z darmowego jedzenia które pozostało po poprzednich lokatorach. Jest i zabawnie i smutno, wręcz gorzko egzystencjalnie, cały czas gdzieś tam majaczy śmierć, pytania po co to wszystko, dlaczego ludzie są okropni i wspaniali, kim się jest i kiedy kąpiel jest już stanowczo za długa.
Kiedy czytałem często było mi lekko i przyjemnie, heheszkowałem sobie pod nosem, ale już po chwili upoważniałem się, bo coś mnie tam trąciło, zahaczyło tak, że świat zachrzęścił i pomyślałem „O Ty! Życie!”
Melancholijne i ironiczne, pełne ruin i używanych przedmiotów, aż nazbyt realistyczne, wypełnione czarnym humorem opowieści, etiudy, urywki z życia codziennego. Cieszę się, że właśnie ten nietuzinkowy zbiór zdobył tegoroczną Nagrodę Literacką Gdynia.
„Cukry” podobały mi się zdecydowanie bardziej, ale jest coś urokliwego w tym, w jaki sposób Dorota Kotas opisuje codzienne życie mieszkańców warszawskiej Pragi Południe. Dużo tu ironii, ale też melancholii ze szczyptą surrealizmu. Opowiadania są zazwyczaj niepowiązanymi ze sobą scenkami z życia, jedne lepsze, jedne gorsze, ale całościowo odebrałem „Pustostany” bardzo pozytywnie. Bardziej 3,5, bo 4 to niestety nie jest.
„Pustostany” bardzo wpisują się w moją wrażliwość i w upodobanie do czytania o codzienności. Ta codzienność w „Pustostanach” jest outsiderska, nieco dziwna, czasem krytyczna a czasem naiwna, ale całość bardzo do mnie przemawia. Urzeka mnie styl pisania, zgrabne wychodzenie z morza dygresji, to szukanie sensu w przedmiotach, brzydkich, zapomnianych, jak te tytułowe pustostany, na które nikt nie chce patrzeć, a które jednak trochę uwierają i brzydką obecność których czujemy, ale jej nie nazywamy. Dla mnie to będzie jedna z książek roku.
Książka uciekająca od fabuły, złożona ze scenek, obserwacji i luźnych dywagacji, klecona przede wszystkim z monologu bohaterki, który językowo jest gęsty (momentami za bardzo), czasem ironiczny, czasem oniryczny, niekiedy błyskotliwy, ale też czasem po prostu nużący. Wszystko to osadzone na Grochowie, na Szembeku, w prawie całkiem opuszczonej kamienicy – ogólnie w łatwo poddającej się metaforom krainie warszawskiej drobnej „dziwności”, którą autorka czasem podaje prawie wprost, ale najczęściej jeszcze podkręca i odrealnia, surrealizując w sposób, który czasami skutecznie odcina ją od wszelkiego Grochowa „prawdziwego”.
Wszystko to przesiąka na wskroś „ja” bohaterki – i autorki, bo bardzo trudno ich nie utożsamiać, w czym Kotas nijak nie pomaga kończąc swój debiut przedstawieniem czegoś na kształt CV, w którym potwierdza zbieżności pewnych faktów i miejsc. Bohaterka wydaje się być właściwym tematem większości fragmentów. Toniemy w jej luźnych rozmyślaniach, jej opiniach o świecie, jej wycofaniu od społeczeństwa w standardowej i normatywnej formie (jest tu dużo deklaratywnych odrzuceń symboli „normalnego życia” – od pracy (niezmiennie nudnej) przez małżeństwa (w domyśle hetero), po fitness i rozmawianie z ludźmi). Brzmi to czasami nawet niby radykalnie, ale częściej jak echo fejsbukowych prześmieszków w stylu „ojej, trzeba wyjść z domu i rozmawiać z ludźmi, najgorzej”. Bohaterka zresztą na kartach książki w izolacji wcale nie żyje – pojawiają się tam nie tylko współlokatorzy, ale też przygodnie poznawani sąsiedzi, przyjaciele i liczni znajomi. Literacko wydaje mi się to wszystko bardzo nierówne na różnych poziomach – są passusy zabawne, są kompletnie irytujące i, co już jest większą zbrodnią, przydługie i niewiele wnoszące, są obserwacje wnikliwe i ferie wyliczanek, które są jak rzut oka na „dziwny świat”, są w końcu i mini perełki scen i opisów postaci, gdzie jest i człowiek i coś czuło-smutnego w jego obserwacji, ale też o wiele za dużo scenek gdzie surrealizm i żonglowanie metaforami topi całe przesłanie (jeśli jakieś w ogóle istnieje).
Całość wydawała mi się obiecująca, ale zmarnowana. Najciekawiej dla mnie było, gdy autorka odchodziła o krok od „siebie”/monologu, ale zdarzało jej się to niezbyt często. Możliwe, że to po prostu nie mój typ literatury. Lista nagród wskazuje na to, że zdecydowanie istnieje spora liczba osób, której właśnie to odpowiada.
Tym, którzy zechcą sami próbować polecam czytanie na raty – książka jest bardzo krótka, ale mimo to robi o wiele lepsze wrażenie, gdy nie konsumuje jej się przy jednym posiedzeniu w całości.
Wspaniała powieść. Opary absurdu, dygresja w dygresji. Ale to wszystko to nic. Spod tej treści przebija taki smutek, poczucie bezsensu świata. A może tylko mi się tak wydaje? W każdym razie Dorotę Kotas na pewno zapamiętam.
Ja bym tej książki na waszym miejscu nie zignorował. Sprawna i intrygująca literatura, zapowiadająca wielki talent, który musi trochę okrzepnąć, a wtedy autorka pewnie da nam popalić. Póki co mam przed sobą świetną zapowiedź przyszłych dzieł. Drodzy agenci - na waszym miejscu już bym się licytował na zaliczki.
Kolejna książka o trudach życia w epoce późnego kapitalizmu? O smutku bezrobocia, trudnościach w kontakcie ze społeczeństwem i męce tworzenia? Kolejna kobieca postać, która pałęta się po świecie lękliwie i trochę bezcelowo? Wszystko po trochu, ale Dorocie Kotas udaje się stworzyć książkę tak wzruszającą jak smutną, groteskową i surrealistyczną jak realną, bo dzisiaj nam się rzeczywistości mieszają i nic nie jest pewne. No, może poza tym, że pisanie to faktycznie męka.
"Pustostany" są zbiorem opowiadań, które choć łączą się w jedną opowieść, to dają się podczytywać powoli i indywidualnie. Polecam jedno opowiadanie dziennie, bo "ciurkiem" opowieść, którą snuje Kotas moze być przytłaczająca - brakuje tu oddechu od rozbuchanego monologu narratorki, która opowiada nam świat smutny, ułomny, brutalnie nieatrakcyjny, ale z drugiej strony zabawny, ironiczny. Kotas udowadnia, że fantastycznie odnajduje się w lekko barokowym strumieniu świadomości, gdzie można wyżerać jedzenie po zmarłych i na karteczkach zapisywać numery nieodebranych telefonów. To opowieść o wycofaniu się z życia, ale też o jego pragnieniu, o tym, że żyjemy w świecie różnych iluzji i tylko od nas zależy, czy będziemy umieli je zaakceptować i potraktować jak coś codziennego. "Pustostany" są też opowieścia bardzo warszawską - stolica, a raczej jej praska część są tu trzecioplanowym, ale jakże ważnym bohaterem.
Monologiem wewnętrznym, jakkolwiek nie zabawnym i błyskotliwym można czytelnika zamęczyć i po trochu Kotas się to udaje. Obsesyjność i odmienność głównej bohaterki usprawiedliwiają przyjętą metodę, ale - jak już pisałem- brakowało mi oddechu, chwil odpoczynku, jakby ktoś cały czas podstępnie próbował mnie gilgotać, a to w efekcie jest bardzo bolesne doświadczenie. Dlatego warto "Pustostany" dawkować sobie w porcjach niewielkich, ale warto to zrobić, bo autorka w biogramie zarzeka się, że to, co w życiu chce.robić to pisać. I bardzo dobrze! Gdy już Kotas wyjdzie z tej pewnej nieśmiałości literackiej, którą tu łatwo wyczuć, powinna jej wyjść powieść błyskotliwa, acz podejrzewam, że też cholernie smutna. Czekam, podjadając "Pustostany".
Książka, która nie trafi do każdego, bo jest to dosyć ironiczno-abstrakcyjny strumień świadomości autorki, splot najróżniejszych zdarzeń nie-zdarzeń, oscylowanie między rzeczywistością, a osobliwą fantazją. Dorota Kotas, w formie długiego monologu, bezpośrednio mówi o codzienności, często groteskowej i zaskakującej. Trzeba przyznać, że jest to niezwykle interesujący debiut.
jeśli ktoś szuka fabuły - to nie tutaj. „pustostany” to zbiór lekko powiązanych ze sobą opowiadań, współcześnie osadzonych w jednej z warszawskich dzielnic, w których autorka dokumentuje i komentuje szarą polską rzeczywistość. książka napisana z dozą absurdu, pełnią metafor i okazjonalnym realizmem magicznym, okazała się jednak być dość chaotyczna. nie brak jej poczucia humoru i uszczypliwości trafnie komentujących współczesność - wszystkie facebooki, potrzebę określenia się poprzez zawód, specyfikę pracy w korporacji i tak dalej. niestety, nie do końca umiałam złapać tę narrację (swoją drogą, przypominającą strumień świadomości) i miałam wrażenie, że jest za bardzo w opozycji do absolutnie wszystkiego. to książka bardzo nierówna, bo choć nie można jej odmówić kilku celnych metafor i porównań, to przez większość czasu sprawia wrażenie zbyt protekcjonalnej i w tym nudnej, a czytelnik kończy lekturę przebodźcowany. tym, którzy jednak chcieliby ją poznać, polecam tryb czytania jednej-dwóch historii przy jednym posiedzeniu, bo na dłuższą metę forma męczy. jedno mogę powiedzieć na koniec: autorka chciała napisać książkę o niczym i to się udało, ale ja jej nie zapamiętam.
Podobały wam się „Samosiejki”? Tę książkę pokochacie. To jak Kotas bawi się przedstawioną rzeczywistością to po prostu cudo. Nieustannie będę porównywać tego typu literaturę do twórczości Kereta, bo to u niego po raz pierwszy spotkałam się z pozornie zwyczajnym opowiadaniem non fiction. W którym nagle rzeczywistość zaczyna się naginać, jakby należała do innego wymiaru. U Kotas w jednym opowiadaniach stąpamy bardziej po ziemi (np. to o neonaziscie) w niektórych odpływamy razem z oddychającą kamienicą. Jednocześnie nie brakuje tutaj uszczypnięć w stronę naszej polskiej, prawicowej rzeczywistości. Czytajcie „Pustostany”!
Niezwykła, dziwna, błyskotliwa. To książka, którą poczujemy w środku, tam najgłębiej, lub książka, od której odbijemy się jak piłka kauczukowa. U mnie wygrało to pierwsze i już nie mogę doczekać się kolejnych tekstów autorki.
Ksiazka o niczym ubrana w sprytne słowa, które dobrze się czyta. Tekst, który miałam wrażenie napisany jest pod publikę, bo teraz takie jest modne postrzeganie świata, więc z cala pewnością poruszy w większości jakaś cząstkę wrażliwości. Ja niestety nie odnalazłam w niej niczego.
kontrowersyjnie cukry podobały mi się bardziej, ale to nie zmienia faktu, że było wiele momentów w "pustostanach", które mnie chwyciły i udowodniły mi, że przeczytam dosłownie wszystko, co napisze dorota kotas
Tak długo czekałem z napisaniem recenzji, że aż w głowie pozostała mi jakaś pustka, emocje uleciały i pozostało jedynie wrażenie błogostanu, jaki ta książka mi przyniosła. To w sumie dziwne słowa, bo to co napisała Kotas jest raczej gorzko-słone, z elementami kwaśnego. Ale jej historie odkrywają dla mnie miejsca, które po części znam, a których dotąd nie widziałem w ten konkretny sposób. Przyglądają się temu co za oknem, opowiadają napotkanych ludzi i po prostu opisują trudny świat. Nie dają gotowych odpowiedzi, no może czasem sugerują poprzez narrację. Ale w gruncie rzeczy książka się sama broni na każdym kroku. Warsztatem, tematyką, spostrzeżeniami, emocjami. Więcej takich
Świat do którego zaprasza Dorota Kotas to ponure miejsce. Pełne nieskrywanej mizantropii, lęku i wszechobecnego rozpadu. Bohaterka-narratorka mieszka w opuszczonej kamienicy, nie ma pracy, nosi ubrania po zmarłych, a jej najlepszy przyjaciel jest psem. Jedynym ratunkiem przed ostateczną rozpaczą dla narratorki współtworzącej ten krajobraz, wydaje się ironia. Przybiera ona również postać kuriozalnego zmyślenia. „Pustostany” to bowiem opowieść utkana z półkłamstw, ubarwień i przejaskrawień. Realizm magiczny przeplata się z przechwałkami/zażaleniami dotyczącymi rynku pracy i życia w kapitalistycznym realiach. Zwykle te opowiadanka przedstawiane są chaotycznie, a całość pozbawiona jest spójnej kompozycji czy przewodniej myśli. Może to dlatego, że - jak sama narratorka przyznaje - nieprzewidywalny nastrój jest jej ulubionym. Mimo, że uważam „Pustostany” za słabą książkę, doceniam perspektywę, którą prezentują. W tej smętnej litanii mizantropki tkwią perły szczerej relacji z życia osoby głęboko zagubionej w dzisiejszej rzeczywistości. To jest coś z czym potrafię się utożsamić. Wręcz traktuję tę książkę jako tekstu aspirujący do manifestu (mojego) pokolenia. Niestety tylko aspirujący, ponieważ narracja jest zbyt solipsystyczna. Mam wrażenie, że w trwodze przed rzeczywistością narratorką/autorka chowa się we własnym pępku. Za inną perłę uznałbym oddanie klimatu bazarów i powszechnego badziewia. Opisy ulicznego życia na Grochowie są momentami naprawdę ciekawe i sądzę, że książka dużo by zyskała, gdyby pchnąć ją bardziej w kierunku takiej właśnie prekariuszowskiej obyczajówki. Autorka wolała napisać jednak dziennik szalonej samotnicy.
Lubię wsobność, drobiazgowość i lokalność "Pustostanów". Lubię, że znam miejsca zdarzeń. Nie lubię, że język cały czas próbuje być bardzo sprytny. Trochę robi się z tego gęsty zbiór umizgów. Nie, żeby nie bywał celny i dowcipny, bywa. Po prostu za bardzo się stara i staje się męczący.
No i sposób potraktowania zwyczajności. Czuję, że szkoda, że książka robi z niej ostatecznie coś niezwykłego, używa jej dla hecy. Poszukuje okazów. Brakuje mi w tym delikatności, przypomina to literackie pasożytowanie na rzeczywistości. Nie chodzi mi o momenty, kiedy ześlizgujemy się w onirykę i zwykłe rzeczy dzieją się niestandardowo, właściwie o te najmniej.
Bardzo to przyjemne i zmyślne. Ciekawie skonstruowana narratorka i przestrzeń nasączona delikatnie praskim realizmem magicznym. Przekorne, nieszablonowe spojrzenie na rzeczywistość bardzo pobudza.
Naprawdę chciałam, żeby mi się ta książka bardziej podobała. Trzy gwiazdki są trochę na wyrost, ale znalazłam w kilku fragmentach samą siebie, co było zarówno komfortowe, jak i nie.
Gdzieś na warszawskiej Pradze trwa w starych kamienicach życie pomimo śmierci i rozpadu. Mikrokosmos dla ludzi nieprzystających do rzeczywistości. Trzeba się przyzwyczaić do sposobu opowiadania Kotas i surrealistycznego toku narracji, a mimo to można się od niego uzależnić. Za zaletę uważam, że nie umiem tej powieści z niczym zestawić, bo po prostu nikt tak nie pisze. Świat tego utworu rozpościera się między bardzo intymnym "ja" narratora, świadomego swojej osobności i indywidualności, a życiem w specyficznej społeczności Grochowa, której narratorka jest ważnym ogniwem. I to jest chyba właśnie Tajemnica Istnienia, o którą chodziło Witkacemu i wielki niepokój, który z niej płynie. Czytałam z fascynacją.
„Pustostany” chodziły za mną już od jakiegoś czasu. Mieszkałam przez jakiś czas w Warszawie, co prawda na Pradze-Północ, ale i tak byłam oczarowana tym jaki specyficzny folklor można spotkać w tym, bądź co bądź, osobliwym mieście. . Niby nic się w tej książce nie dzieje, ale tak naprawdę dzieje się mnóstwo. Jest ironicznie, jest melancholijnie, jest zabawnie i jest życiowo. Każda opowieść to krótki wycinek z życia pewnej mieszkanki Grochowa, — dzielnicy Warszawskiej Pragi-Południe — która opiekuje się tytułowym pustostanem, podlewa kwiaty, poszukuje (?) pracy, robi zakupy, dba o zmarłych, spotyka się z sąsiadami i zmaga się z tym, co każdego dnia przynosi jej los. . Uważam, że książka ta jak najbardziej zasługuje na otrzymane nagrody, czyli między innymi tę w Gdyni i na Festiwalu Conrada. Jest to dziwna proza, nieszablonowa i bardzo współczesna, ale ciekawa i niezwykle wciągająca. Momentami jednak przytłaczająca i zdecydowanie lepiej sobie ją dawkować, niż zanurzać się w niej, gdyż może ona przyprawić o ból głowy.